W minioną sobotę, w podwarszawskim Milanówku, doszło do dość wyjątkowego muzycznego wydarzenia…

Bo po 24 latach od wydania ostatniego studyjnego materiału Wyobraźnia powrócił legendarny Kapitan Nemo, czyli Bogdan Gajkowski, który przez wielu uważany jest za ojca polskiego new romantic i synth popu. Któż w latach osiemdziesiątych nie nucił, bądź nie słyszał takich piosenek, jak Twoja Lorelei, Wideonarkomania, S.O.S. dla planety, Samotność jest jak bliski brzeg, czy Bar Paradise? Dla nich był to z pewnością wspaniały sentymentalny powrót do ukochanych brzmień, jednak zdecydowanie przez pryzmat najnowszych dokonań Kapitana.

Dokładnie 23 maja premierę miał piąty pełnowymiarowy album artysty zatytułowany Rycerz. I z tej okazji w ogrodzie Milanowskiego Centrum Kultury, tuż przy pięknej i stylowej Willi Walerii, zorganizowano najpierw wernisaż tej płyty, po nim zaś odbył się nieco ponad godzinny koncert zespołu Kapitana Nemo.

Całość zainaugurowała rozmowa z Bogdanem Gajkowskim, która odbyła się w plenerze, przy pięknie zachodzącym i przebijającym się przez liście drzew słońcu oraz przy… kilku wysepkach ze słodkościami, owocami i napojami. Ubrany cały na czarno, w szerokich spodniach i skórzanej kurtce, z „butami w szpic”, charakterystycznym beretem i ciemnymi okularami słonecznymi, sprawiał wrażenie, jakby czas się dla niego zatrzymał. A zebrani pytali między innymi o to kim była słynna Lorelei, o kultowego żółtego Mercedesa należącego do artysty, o jego muzyczne inspiracje (przy okazji których Gajkowski opowiedział, czym był i jest dla niego new romantic), czy wreszcie o jego reminiscencje dotyczące nagrywania muzyki kilkadziesiąt lat temu i współcześnie.

Po krótkiej przerwie muzyk wraz z zespołem w składzie: Jacek Potoł za klawiszami, Tomasz Głowacki na gitarze, Paweł Krulikowski na basie i Andrzej Kwiatkowski za bębnami, wyszedł na scenę i zaprezentował absolutnie premierowy koncert promujący nowy album. I tu – choć wiem, że był to wernisaż nowego wydawnictwa – pojawiło się spore zaskoczenie. Bo zwykle tak już bywa, że większość artystów, promując podczas koncertowych tras nowe albumy, gra z nich 4-5 numerów, resztę koncertu wypełniając sprawdzonymi kawałkami. I podobnie mógłby postąpić Kapitan Nemo, wszak kultowymi hitami wypełniłby niemalże całą setlistę. A jednak muzyk wraz z zespołem postawił na odegranie całego nowego materiału, poza znanym już tytułowym Rycerzem, kompletnie przecież nieznanego zebranym.

I przyznam otwarcie, że dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Nie tylko dlatego, że być może taka setlista nigdy się już nie powtórzy, ale także dlatego, że gdy po powrocie do domu w odtwarzaczu odpaliłem nową płytę, okazało się, że wszystkie kompozycje doskonale pamiętam! Oznaczać to mogło tylko jedno - w dalszym ciągu jest w nich ta charakterystyczna „rockowo-elektroniczna” nośność i atrakcyjność, z której znany był Kapitan Nemo już w latach osiemdziesiątych. W głowie naturalnie zostawały refreny takich energetycznych piosenek, jak Rycerz, Love in the City, czy Twoja generacja, ale mnie szczególnie przypadły do gustu utwory balladowe, takie jak Boże w złotych klonach, czy przestrzenny Spójrz na świat z klimatycznym solowym popisem na saksofonie (fakt, że na koncercie wybrzmiałym „z taśmy”). Punktem kulminacyjnym występu był wzniosły Zostań tu kochany, w którym Kapitan Nemo dokonał swoistego muzycznego mezaliansu, łącząc swoje eletro-rockowe brzmienia z… operą. Wykonująca sopranowe partie śpiewaczka operowa Justyna Reczeniedi zrobiła na zebranych ogromne wrażenie, fantastycznie urozmaicając występ.

Czy były klasyki? Owszem, bo na zupełny koniec grupa wykonała niezniszczalną Twoją Lorelei oraz wywołany przez publiczność S.O.S. dla planety. I choć zabrakło mi mojego ukochanego Baru Paradise, który nuciłem jeszcze w drodze na wernisaż, to jednak obcowanie z Kapitanem na żywo, w bardzo rockowej, organicznej i zespołowej odsłonie, z tym charakterystycznym koncertowym brzmieniem było samą przyjemnością.