Długo musieli czekać polscy fani na powrót nad Wisłę tej legendy szeroko rozumianego alternatywnego rocka. Ostatni raz gościli u nas czternaście lat temu na klubowym koncercie w krakowskim Kwadracie, a wczorajszy występ był ich dopiero czwartą wizytą w naszym kraju…

Nie zdziwię się zatem, gdy sobotni koncert na Letniej Scenie Progresji, w tegorocznych muzycznych podsumowaniach, znajdzie się wysoko w kategorii „najważniejszych koncertów w Polsce”. Bo choć ogromne przestrzenie Letniej Sceny Progresji nie zapełniły się jakoś wylewnie, niemniej liczba fanów mogła imponować, podobnie jak bardzo solidne brzmienie oraz przede wszystkim, świetna forma grupy.

Zanim jednak gwiazda wieczoru wyszła na scenę, jej występ poprzedzili półgodzinnym setem nasi rodacy z Izzy & The Black Trees. Poznaniacy dowodzeni przez niezwykle energetyczną na scenie wokalistkę Izę „Izzy” Rekowską fajnie rozgrzewali zebranych swoją mieszanką alternatywnego rocka i post punku. Wspomniana Rekowska jeden z utworów wykonała nawet wśród publiczności zebranej pod sceną a już na niej nie ukrywała, jak ważny jest dla nich zespół Garbage i jakim zaszczytem jest granie przed nimi. Obowiązkowo zatem w setliście pojawić się musiał Butch Vig, zadedykowany zresztą nie tylko bębniarzowi Garbage.

Punktualnie o 20.20, przy dźwiękach Laura Palmer's Theme Angelo Badalamentiego, na scenę wyszli ci, na których wszyscy czekali, zaczynając od There’s No Future in Optimism ze znakomitego ubiegłorocznego albumu Let All That We Imagine Be the Light. Ten z oczywistych względów był najsilniej reprezentowany w setliście i poleciały jeszcze z niego Hold, Have We Met (The Void), Chinese Fire Horse i The Day That I Met God. Koncertowo broniły się fantastycznie i wcale nie odstawały od ich klasyki. A co do samego wyboru utworów - przy tak dużej ilości mocnych rzeczy w dyskografii, zawsze będą kontrowersje i zawsze komuś czegoś zabraknie. Były wszak I Think I'm Paranoid, Stupid Girl, Cherry Lips (Go Baby Go!), Push It, czy zagrane na bis Special i Only Happy When It Rains, choć zdaję sobie sprawę, że komuś mogło zabraknąć np. You Look So Fine, Blood for Poppies albo Bondowskiego hitu The World Is Not Enough. Z drugiej strony pojawiły się też smaczki, jak przepiękne It’s All Over but the Crying wykonane na żywo przez zespół dopiero po raz drugi (debiut był dwa dni wcześniej w Sofii), czy 1001 wykonanie Only Happy When It Rains, o czym wspomniała ze sceny Shirley Manson (tu znów Bułgarzy mieli ciut bardziej wyjątkowo).

A skoro wreszcie przy Manson jesteśmy. Po tym koncercie można powiedzieć, że mimo upływu lat, nic, absolutnie nic z jej wyjątkowości nie ubyło. Bo nie tylko doskonale śpiewała i oryginalnie wyglądała (niesamowita czarna kreacja, takowe spodnie w białe kropki, ekstremalnie żółte, „żarówkowe” rękawy, kolorowa fryzura w tęczowych barwach i zadziornie, na czarno pomalowane, oczy) ale też z wigorem się poruszała i była pełna tej niezwykłej scenicznej charyzmy. Padło też z jej strony wiele ważnych słów. Jak te przed Right Between the Eyes, gdy powiedziała, jak ważną inspiracją dla niej jest Courtney Love, na której powrót czeka, bo brakuje takich kobiet jak ona. Ale mówiła też później o tym, że wszyscy jesteśmy piękni i równi, bez względu na swoją seksualną orientację, za co zebrała burzę oklasków.

Niezwykły wieczór, po którym należy mieć tylko nadzieję, że na ich kolejny koncert w Polsce nie będziemy musieli czekać… 14 lat.