Do szwajcarskiej formacji Monkey3 mam dużą słabość i to od blisko dwóch dekad…
Dość powiedzieć, że na naszych łamach recenzowałem pięć z dotychczasowych siedmiu albumów studyjnych grupy, a jednak jakoś nigdy nie zdarzyło się, bym dotarł na ich koncert, choć w naszym kraju formacja już grała. Najbliżej byłem ich kwietniowego koncertu w warszawskiej Hydrozagadce w 2020 roku. W zasadzie odliczałem już dni w kalendarzu do owego koncertu promującego wydany w 2020 roku krążek Sphere, jednak przyjazd grupy zniweczyła rozprzestrzeniająca się coraz szybciej pandemia Covid-19.
Cóż, co się odwlecze, to nie uciecze. Helweci, po pięciu latach od Sphere, nagrali Welcome to the Machine i formalnie z jego promocją zajechali do nas na dwa koncerty. Krakowski i warszawski. Mnie było dane zobaczyć ten drugi, a wspominam o obu, bowiem z tego co sam usłyszałem w stolicy i z relacji z krakowskiego występu, grupa w stołecznym grodzie zagrała dłuższy, trwający godzinę i czterdzieści minut set.
Monkey3 to dość tajemnicza formacja. Tworzy ją czterech muzyków ukrywających się pod pseudonimami. Są wśród nich założyciele, gitarzysta Boris i perkusista Walter, oraz długowłosy i długobrody dB, który dołączył do zespołu już po debiucie. Panowie mieli trochę „pecha” do basistów. Aktualny Jalil jest już trzecim i na pokład Monkey3 trafił pięć lat temu. „Po koncertowej pracy” muzycy są oczywiście przesympatycznymi gośćmi, czego miałem okazję doświadczyć zarówno przed, jak i po koncercie.
Do rzeczy. Sam występ wypadł doprawdy wybornie. Muzycy przez 100 minut czarowali gitarową ścianą dźwięku wymieszaną z ekspansywnymi, space’owymi klawiszami, transem, motoryką, hipnotycznością i psychodelicznymi odjazdami, posypanymi lekko południowym, amerykańskim piachem. W zasadzie trudno było skupiać się na odhaczaniu poszczególnych, zwykle długich, rozbudowanych i snujących się powoli, instrumentalnych kompozycji. Bo miało się poczucie uczestniczenia w swoistym misterium. A gdy dodamy do tego dwa duże ekrany, na których wyświetlano, często „odjechane” animacje, wypełniające scenę opary gęstego dymu, uzupełniane regularnie przez Borisa i dB… papierosowym dymkiem, obraz koncertu mamy kompletny.
Co zagrali? Było przekrojowo i artyści pominęli chyba tylko album Astrasymmetry odgrywając reprezentantów pozostałych sześciu krążków. Najwięcej rzeczy było – co oczywiste – z Welcome to the Machine. Otworzyli świetnym, silnie Floydowym Collapse, a potem jeszcze poleciały Kali Yuga i Rackman. Ale był też Jack z mojego ukochanego ich albumu 39 Laps, Electric Mistress z debiutu, który wybrzmiał gdzieś pod koniec występu, czy pomieszczony w środku występu genialny, trwający kwadrans Icarus z The 5th Sun. Liczna publika, która przybyła w ten niedzielny wieczór do VooDoo Club, przyjęła ich naprawdę gorąco i z pewnością nie żałowała.
Przed Szwajcarami zagrała nasza rodzima formacja Daffodil Pill. Kwartet z Wrocławia zyskuje coraz większy rozgłos i aż dziw bierze, że aż tak młodzi ludzie pięknie odrobili lekcje z muzyki sprzed pięciu dekad. Bo o ile panowie z Monkey3 pachnieli Sabbathami i Floydami, to nasi rodacy bardziej kwaśnym, psychodelicznym i hippisowskim anturażem. A grali jak starzy wyjadacze. W ciągu trwającego niecałe trzy kwadranse seta zagrali między innymi swój ostatni singiel Wanna Feel It zapowiadający ich koncertowy album Live at NCPP, który ukaże się w maju tego, czy energetyczny Evil Waves z EP-ki i zarazem debiutu, gdzieś pod koniec tego bardzo udanego występu.