Właśnie zakończyły się dwa dni z muzyką progresywną w zielonogórskiej Estradzie. Muszę przyznać - to była impreza, jakiej u nas dawno nie było.

W dniach 11-12 czerwca 1998 roku jesteśmy świadkami wyjątkowego wydarzenia – w zielonogórskiej hali widowiskowej „Estrada” odbywa się pierwsza edycja Festiwalu Rockowej Muzyki Progresywnej. To jednocześnie pierwszy występ zespołu z tego nurtu w naszym regionie. Idea festiwalu zrodziła się w głowie  Piotra Fijałkowskiego, redaktora zielonogórskiego radiowęzła akademickiego Indeks. Jako organizator - Piotr spisał się znakomicie. Impreza ma kameralny, spokojny charakter, a obsługa przebiega sprawnie i bez żadnych zastrzeżeń. Co ważne, „Estrada” okazuje się akustycznie jedną z najlepszych sal w kraju.

Dzień pierwszy: Emocje pod sceną i niespodziewane roszady

W pierwotnym składzie mieliśmy zobaczyć grupy Albion, Annalist, Lizard oraz Quidam. Życie zweryfikowało te plany - Lizard nie dotarł z powodu choroby wokalisty, a Mr. Gil zrezygnował z występu drugiego dnia na korzyść innego koncertu. Mimo braku Lizarda, pierwszy dzień i tak wypełniło granie po brzegi.

Jako pierwszy wystąpił Albion. Muzycy wyszli na scenę z nową wokalistką, Katarzyną, i zaczęli od utworu „Sarajevo”. Przyznam, że po wielu opiniach o nowym składzie miałem pewne obawy, ale kiedy usłyszałem płynące ze sceny „usiądź... posłuchaj”, miło się rozczarowałem. Zespół zrobił ogromny postęp od czasu ich koncertu przed Areną w Krakowie. Katarzyna wkłada w śpiew mnóstwo emocji, a nowe kompozycje brzmią bardzo obiecująco. W trakcie 50-minutowego występu usłyszeliśmy też „You”, „Scarecrow”, „Shadow” i kilka premierowych numerów.

Zaraz po nich wskoczył Annalist, serwując na początek „Anioła i ducha”, a potem materiał z płyt „Artemis” i „Eon”. To mój pierwszy kontakt z nimi na żywo i muszę stwierdzić, że studyjne nagrania nie oddają ich pełnej siły – zasługują na znacznie częstsze występy na dużych scenach.

Gwiazdą wieczoru był Quidam. Rozpoczęli od „Sanktuarium” z genialnie wplecionym motywem „Firth of Fifth”. Potężne brzmienie organów natychmiast przyciągnęło wszystkich pod barierki. Dalej popłynęły „Rhayader”, „Bajkowy”, „Mały Beznogi Ptak”, „Pod Powieką”, „Nocne widziadła” i „Warkocze”. Na deser dostaliśmy covery: „Jest taki samotny dom” oraz „Child in Time”. Publiczność była wniebowzięta, a niektórzy fani (będący pod wyraźnym wpływem „Light Full” ;) ) domagali się nawet więcej Deep Purple. Quidam skończył grać po pierwszej w nocy, przez co ledwo zdążyliśmy na ostatni pociąg do Głogowa. Miło było odkryć, że z mojego miasta przyjechało więcej osób - do tej pory myślałem, że u nas rządzi tylko grunge i Core (główne nurty na scenie klubu MayDay w Głogowie).

Dzień drugi: Show Abraxas i francuska wirtuozeria

Dzisiaj na scenie pojawiła się niespodzianka -  lokalny zespół Artrosis, który wskoczył w lukę w składzie po Mr. Gilu. Muzycy byli obecni z nami już pierwszego dnia festiwalu i bez wahania wyrazili zgodę na występ. Ta decyzja wręcz uradowała liczne grono przybyłych członków stowarzyszenia Pawn Hearts, z którymi zespół zdążył już solidnie „przeimprezować” końcówkę maja.

Mimo że dla Artrosis był to dopiero drugi raz przed progresywną publicznością (wcześniej grali tylko zamknięty, klubowy koncert dla PH), na dużej scenie poradzili sobie świetnie. W końcu to ich podwórko! Zespół dał o sobie znać już dwa lata temu, wpierw zdobywając serca uczestników Castle Party w na zamku w Grodźcu, niespełna dwa miesiące później wywygrając wspomniany już MayDay Rock Festiwal, wchodząc z czymś nowym niż grunge i core - prezentując gotycko-artrockowy crossover na scenie głogowskiego klubu MayDay. Na scenie Estrady Medeah (Magda) oczarowała zebrane audytorium swoim tańcem i możliwościami głosowymi, a gitarzysta Krzysztof Białas nie szczędził solówek. Choć progresywna publiczność bywa strasznie wybredna, to po reakcjach widać było, że zespół wypadł przed nimi rewelacyjnie. Jedynym manankiem była praca dźwiękowców -  chyba zbyt mocno wzięli sobie do serca „metalowość” grupy, bo praktycznie wytłumili klawisze Macieja Niedzielskiego.

Potem stery przejął Abraxas. Zespół legenda, bohater niejednej audycji  Tomka Beksińskiego. I to był prawdziwy ogień! Adam Łassa otworzył wrota piekieł, wypuszczając z nich słowami demony. Teksty ostre jak brzytwa cięły mgłę skrywającą scenę, ustępując miejsca tancerkom Marii i Kamili, których choreografia idealnie dopełniała muzykę. Setlista objęła m.in. utwory: „Kameleon”, „Nostradamus”, „Tarot”, „Dorian”, „De Profundis”, „Velvet”, „Tabula” i „Pokuszenie”. Publiczność szalała, śpiewając razem z zespołem, co zaowocowało aż trzema bisami i dwugodzinnym show. To był bez wątpienia najlepszy występ Abraxas, jaki widziałem.I gdyby nie gwiazda specjalna tego wieczoru, to mogliby grać do rana, publiczność na pewno by ich już nie wypuściła. 

Festiwal zwieńczył gość z Francji - Minimum Vital. Ich muzyka, znana mi z płyty „La Source”, na żywo okazała się wręcz magiczna. Ta sześcioosobowa, niezwykle radosna ekipa pokazała, jak można przeplatać style muzyki klasycznej średniowiecza po barok z art-rockową wirtuozerią. Krzysztof Białas, gitarzysta Artrosis, trafnie zauważył po koncercie, że to nie było zwykłe komponowanie, ale genialna zabawa dźwiękiem, pełna improwizacji i rytmicznych zawrotów głowy.

Nagrody i finał

Przez całe dwa dni pracowało Jury w składzie: Wojtek Machała („Tylko Rock”), wokalistka Minimum Vital, przedstawiciel Radia Zachód i prasy lokalnej. Całości przewodniczył Damian Polszakiewicz  czyli nasz Polshaq z PLANET CALADAN. Rozdano 9 statuetek „Progressora”:

Wokal: Emilia Derkowska (Quidam)

Bass: Radek Scholl (Quidam)

Klawisze: Marcin Błaszczyk (Abraxas)

Perkusja: Marcin Mak (Abraxas)

Gitara: Szymon Brzeziński (Abraxas)

Zespół: Quidam

Wydawca: Musea

Całokształt: Minimum Vital

Nagroda Publiczności: Abraxas (gitara elektryczna ufundowana przez Interton)

Na koniec Piotr Fijałkowski ogłosił, że cały dochód z imprezy trafi do osób niepełnosprawnych, co zwieńczył pokaz choreograficzny do muzyki Collage z płyty „Moonshine”. Choć z powodu pogody musieliśmy przenieść się z amfiteatru do hali, wyszło to wydarzeniu na dobre ze względu na świetną akustykę. Szkoda tylko, że ogólnopolskie media (poza „Wyborczą”, radiem Index i Gazetą Lubuską) nie pomogły w promocji. Piotr udowodnił jednak, że chcieć to móc. Liczę na to, że za rok spotkamy się tu ponownie pod szyldem Polish Art-Rock NET Caladan!