W miniony piątek gliwicka PreZero Arena została owładnięta metalcore’owymi dźwiękami, choć występujące tego wieczoru trzy formacje dość ciekawie mieszają w tej szufladzie, dzięki czemu licznie zebrana publiczność dostała niezwykle różnorodny wieczór z ciężkimi brzmieniami…

Główną jego gwiazdą była brytyjska grupa Architects, która w dobie niezwykłego metalcore’owego renesansu, w ramach którego mamy istny wysyp nowych składów, jest prawdziwie grubym graczem.

Ale nie ona, punktualnie o 19, otwierała ten koncertowy piątek, a istna sensacja ostatnich kilku miesięcy z… nie wiadomo skąd – kwartet President. Zespół we wrześniu opublikował debiutancką EP-kę King Of Terrors, ale jeszcze jej nie posiadając znalazł się w składzie ubiegłorocznego Download Festival! Grupę tworzy czterech muzyków: wokalista The President, gitarzysta Heist, basista Protest i perkusista Vice, którzy podczas koncertów są zamaskowani. Tak było też i w Gliwicach. Trzech ostatnich panów miało na twarzach czarne, materiałowe maski, zaś wokalista garnitur, muszkę i maskę z siwymi, rozwichrzonymi włosami oraz pomarszczoną twarzą, przypominając jakiegoś diabolicznego polityka. Muzycy byli na scenie dokładnie przez 26 minut, zagrali wszystkie utwory ze wspomnianej EP-ki (przeplatane wszak interludiami), choć w zmienionej kolejności (Fearless, Dionysus, RAGE, Conclave, Destroy, In the Name of the Father) i zostali bardzo gorąco przyjęci przez publiczność, która śpiewała z frontmanem nośne refreny.

W nieco mniej przystępne (ale tylko nieco) metalcore’owe rewiry zabrał wszystkich francuski Landmvrks. Czterdziestominutowy set zdominowany został nagraniami z ich dwóch ostatnich wydawnictw - Lost in the Waves sprzed pięciu lat i z ubiegłorocznego The Darkest Place I've Ever Been. Zresztą, rozpoczęli kapitalnym, energetycznym, ozdobionym wzniosłym refrenem Creature, a były też niezwykle atrakcyjne La valse du temps i Blood Red z tejże płyty. Ich metalcore z wokalami przywołującymi hardcore i deathcore oraz z hip-hopowymi wstawkami wykonywanymi po francusku z pewnością intrygował i spotkał się z głośnymi reakcjami zebranych.

Gwiazda wieczoru wyszła na scenę punktualnie o 21 i zagospodarowała na niej niespełna półtorej godziny. Już prawie klasycy nowej fali metalcore’a promują tą trasą swój ostatni, wydany w ubiegłym roku krążek The Sky, the Earth & All Between. Dla mnie to ich najlepszy album w całej dyskografii, dlatego ucieszyłem się, że zagrali z niego aż osiem numerów (Elegy, Whiplash, Curse, Broken Mirror, Brain Dead, Everything Ends, Blackhole i Seeing Red)! Do tego do setlisty wskoczyły cztery rzeczy z równie świetnego For Those That Wish to Exist i kilku reprezentantów starszych płyt. Cudnie było usłyszeć gdzieś w środku tego niezwykle mocnego koncertu przejmujące Broken Mirror, choć szkoda, że artyści pominęli dwie inne, równie ujmujące, piękności z ostatnich wydawnictw (Dead Butterflies, Chandelier). Nie da się ukryć, że kwartet Dan Searle, Sam Carter, Alex Dean oraz Adam Christianson, wspierany dwoma dodatkowymi muzykami (Ryanem Burnettem i Martynem Evansem) dawał z siebie wszystko przy entuzjastycznie reagującej publice. Jakości dodawało, jak zazwyczaj w PreZero Arena Gliwice, bardzo dobre brzmienie. I nie przeszkadzała raczej standardowa produkcja, ograniczająca się do ekspansywnych świateł oraz… dużego białego logo zespołu wywieszonego z tyłu sceny.

Tekst: Mariusz Danielak

Zdjęcie: Michał "Angelus" Majewski [Maj Music]