ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 22.02 - Warszawa
- 23.02 - Kraków
- 22.02 - Wrocław
- 23.02 - Poznań
- 24.02 - Bydgoszcz
- 25.02 - Warszawa
- 23.02 - Częstochowa
- 24.02 - Łódź
- 01.03 - Wrocław
- 24.02 - Wrocław
- 25.02 - Chorzów
- 01.03 - Kraków
- 07.03 - Wschowa
- 08.03 - Zielona Góra
- 09.03 - Szczecin
- 10.03 - Gorzów
- 24.02 - Przybysławice
- 25.02 - Poznań
- 27.02 - Łódź
- 29.02 - Łódź
- 29.02 - Wrocław
- 01.03 - Gdańsk
- 01.03 - Sopot
- 01.03 - Bydgoszcz
- 08.03 - Kraków
- 08.03 - Gdynia
- 09.03 - Warszawa
- 10.03 - Przeciszów
- 09.03 - Kraków
- 10.03 - Lublin
 

wywiady

30.01.2010

Gulasz, Kolarz, Colgate i tajemnicze, irlandzkie wysepki – wywiad z Mirkiem Gilem

Gulasz, Kolarz, Colgate i tajemnicze, irlandzkie wysepki – wywiad z Mirkiem Gilem Lada moment światło dzienne ujrzy drugi album projektu Mr. Gil – „Skellig”. A my już teraz zapraszamy na premierę wywiadu z Mirkiem. Będzie o wszystkim od tematów najbardziej oczywistych, aż po filmy pornograficzne...
ArtRock.PL: Cześć Mirek! Jak się miewasz?

Mirek Gil: Świetnie, dzięki.

AR: Zimno, co?

MG: Okropnie. (śmiech)

AR: Nowa płyta Mr. Gila niszczy mit, że coś między Wojtkiem Szadkowskim a tobą jest nie tak. Zagrał na perkusji na „Skellig”… Zatem wszystko OK między wami, bo tak może się wydawać, że ludzie mają całkiem inne wyobrażenie.

MG: Zawsze tak jest jak się zespoły rozpadają. Ludzie myślą, że wszyscy się pożarli, nie lubią się i tak dalej. Wynikało to zupełnie z innych przyczyn, nie personalnych, tylko po prostu ogólnie zespół miał chyba kryzys (Collage – przyp. red.). Firma, dla której nagrywaliśmy płyty, SI Music w Holandii, ogłosiła upadłość i my w związku z tym straciliśmy wszystko. Nie otrzymaliśmy żadnych wynagrodzeń i było takie ogólne załamanie zespołu. I płyta „Safe”, która miała być wydana nie jako płyta Collage, tylko jako inny zespół, żeby spłacić długi jeszcze innej osobie, która nam pomagała finansowo. I tak to się zakończyło. Wszyscy poszli w swoim kierunku. Każdy zaczął się zajmować czymś innym. Krzyś Palczewski i Robert zajmowali się muzyką do filmów, ja otworzyłem studio, też pisałem dużo do filmów, do reklam również. A później powoli starałem się utworzyć nową grupę. Pierwsze takie moje podejście, to nagranie Mr. Gila „Alone” w 1998 roku, gdzie na trasie właśnie z Anitą Lipnicką… Właśnie mało osób o tym wie, że zespół Collage był zespołem koncertowym Anity Lipnickiej, podczas jej pierwszej trasy „Wszystko się może zdarzyć” … i tam poznałem Olafa Łapczyńskiego, ciekawego wokalistę. I to właśnie on zaśpiewał na pierwszej płycie. Wspaniały głos, bardzo się polubiliśmy i chcieliśmy taką płytę nagrać. Miała być kontynuacja i koncerty. Jednak ja wolałem pracę w studio od koncertów i tak to się rozpadło. Później studio, praca nad różnymi projektami filmowymi, mniej znaczącymi, no i później zespół Believe. I teraz pomyślałem sobie, że jest dobry czas, żeby zrobić nowego Mr. Gila. Tak się to fajnie poukładało, że mam własne studio… To nie jest żaden szpan dzisiaj. Każdy muzyk powinien dążyć do tego, żeby mieć własne studio, ponieważ to rozwija. Nikt z grających dzisiaj ludzi na świecie nie może nie mieć studia. Cała ta technika nagrywania, to wszystko jest świetną przygodą.

AR: Daje też niezależność.

MG: Nikt nie stoi nad tobą i nie mówi: „Słuchaj kończ, bo jest 200zł za godzinę”. Ważne jest też, żeby studio miało jeszcze dobrą atmosferę. Ma to też ogromne znaczenie. Pamiętam jak nagrywaliśmy w Holandii, miejscowość była tak cudowna... To człowieka inspiruje i wszystko wychodzi inaczej. Staram się, żeby w studiu było przytulnie i kupuję różne gadżety. Żeby poczuć się tutaj normalnie, jak w domu. Robię to pod siebie głównie, ale innym też się podoba.

AR: Czuć się jak w domu można również słuchając nowego Mr. Gila, ponieważ jest po polsku i… jest to płyta bardzo ciepła, osobista. Czy to było tak, że na „Skellig” znajdują się pomysły, które powstały podczas pracy z Believe i po prostu tam nie pasowały?

MG: Nie, to nie było tak. To są świeże pomysły. Usiadłem z gitarą i zacząłem to grać. Zatęskniłem za językiem polskim. Jak zaczynaliśmy z Collage to był ewenement, że teksty były po angielsku. Przyczyna była prosta. Od pierwszej płyty interesowała się nami firma SI Music, więc wiadomo było, że jak wydamy płytę, to język angielski będzie bardziej komunikatywny, co jest dzisiaj naturalne. Wtedy to było nie do pomyślenia i w każdym wywiadzie trzeba było tłumaczyć dlaczego śpiewamy po angielsku. Z tego wychodziły różne śmieszne historie, nie mówiąc już o posługiwaniu się językiem angielskim przez naszych dziennikarzy. Zespół Collage przechodził metamorfozy, np. zespół Gulasz, zespół Colgate, zespół Kolarz. Zawsze się z tego śmialiśmy i robiliśmy sobie jaja. Ale pomyślałem sobie, że jest tak dużo tego… Nikt nie mówi dzisiaj, że idzie na obiad, czy śniadanie, tylko na lunch. I jakoś zatęskniłem za językiem polskim. Chciałem też pokazać jak Karol śpiewa po polsku. Jest to jednak wspaniały wokalista i cudowny talent, w wieku 20 lat. Obronił się i bardzo fajnie mu to wychodzi. Po prostu zatęskniłem za naszym językiem, to nie jest jakieś ortodoksyjne myślenie. Zaraz jakieś głosy się odezwą, że „ach, Boże, teraz po polsku tylko”. Jest tyle zespołów progresywnych, cieszę się, że aż tyle. Kiedyś był tylko Collage, Abraxas, później dopiero Quidam, itd… Albion był jeszcze. Teraz jest tych zespołów z 15-20. Dzięki portalom słucham ich.

AR: Zatem współpraca z Karolem przy trzeciej płycie Believe okazała się bardzo owocna.

MG: To jest całkiem naturalne. Żeby znaleźć dobrego wokalistę… To jest cud po prostu. Wokalistek jest bardzo dużo, ale wokalistów... No nie ma. Bardzo lubię i cenię głos Mariusza Dudy. Ma wspaniały głos, jest to prawdziwy artysta. Podoba mi się wokalista Quidam. Jakąś metamorfozę przeszedł. Przyznam się szczerze, że wielu kapel nie znam. To co jest piękne w muzyce, to brak przeliczania i kalkulowania. Dlatego muzyka jest tak otwarta i tak łączy ludzi. Tutaj są rzeczy nie do przewidzenia. Nie wiadomo który utwór może stać się przebojem. Narzeka się, ja też narzekam, że nie ma programów muzycznych, gdzie można by przedstawiać tę twórczość takich zespołów, które nie grają muzyki pop-rockowej. Poza radiem nie ma. Szkoda, a jest to potrzebne.

AR: Tak myślę, że Mr. Gil będzie miał też problem z przebiciem się. „Alone” nie było wyjątkowo popularne.

MR: Trudno powiedzieć, nigdy o tym nie myślę. Jest o wiele łatwiej dzisiaj. Internet jest czymś nieprawdopodobnym, dla mnie – starego zgreda. Piszesz piosenkę i każdy może coś napisać na ten temat. Nie podoba mi się jednak, że każdy może sobie pisać o muzyce, wydawać sądy i sugerować coś tym, co nie słuchali. Po prostu muszą słuchać. Jeżeli ktoś napisze o tym: „Nie, stary, nie słuchaj tego”. Tak łatwo powiedzieć, a jednak krzywdzi to innych ludzi. Ja jestem na takim etapie, że trudno mnie zrazić do tego, wartość swoją znam. Jakąś część fanów mam. Nie jest ich dużo.

AR: Jeżeli ktoś pisze o muzyce i stara się być stonowany, nawet jeżeli mu się nie podoba, a ludzie to przeczytają… To zależy też od czytelnika, ale na pewno będzie się w jakiś sposób sugerował tą opinią.

MR: Każda recenzja coś zasugeruje. Jeżeli recenzent napisze, że jego zdaniem jest to fajna płyta, ale coś tam jest niedopracowane. Bronię muzyków, bo bardzo łatwo każdemu coś powiedzieć. W jednym miejscu piszą o płycie, że jest super, na innym, że jest zła. (śmiech)

AR: To chyba dobrze…

MG: To akurat dobrze

AR: To zawsze jakaś forma reklamy. Nawet negatywna opinia nie będzie do końca antyreklamą, bo pokazuje okładkę, pokazuje, że płyta została wydana. I może więcej osób do niej dotrze?

MG: Możliwe, ja się tak nie zagłębiam. To moje czternaste oficjalne wydawnictwo. I dopóki życia starczy… Mam już tak życie poukładane, dorosłego syna, mieszkam tylko z żoną. Prawie tak jakbym miał kawalerskie życie, więc mam mnóstwo czasu na muzykę. Gorzej z moimi znajomymi, którzy niestety nie mają na to tyle czasu. Wojtek, Karol, Przemas… Wiem, że będę dalej to robił, bez względu na wszystko. Czy jest lekko, czy ciężko. Jeżeli poruszamy sprawy finansowe, to ja podjąłem tę walkę wiele lat temu. To wszystko zależy od ambicji i priorytetów. Nie jestem człowiekiem, który planuje i wszystko biorę intuicyjnie. I tak powstawała nowa płyta Mr. Gila. Nie zastanawiałem się, chciałem tylko, żeby była bardziej ascetyczna. Żeby było mniej instrumentów, chciałem bardziej wyeksponować perkusję Wojtka… To trzeba podkreślić. Nie ma żadnych loopów, podwójnych take’ów, poprawiania w komputerze. Wszystko grają ludzie, wszystko jest naturalne. Nie mogę słuchać tych dzisiejszych produkcji. Sztuczność, brak człowieka. Słuchasz perkusji i słyszysz, że nie gra tego człowiek, tylko komputer, a próbki są zrobione tak idealnie, że właściwie słuchacz, który nie gra i nie komponuje, nie ma pojęcia, że to nie jest zagrane przez człowieka. Zawsze podawane jest jakieś nazwisko. Ja też nie jestem w stanie wszystkiego usłyszeć. Na Mr. Gilu chciałem, żeby muzyka żyła. Bronię kwestii wychowania, którego nauczyłem się na zespole Led Zeppelin. Ludzie dzisiaj zapominają, że warsztat muzyczny to podstawa. To są prawdziwi artyści, jak na przykład Peter Gabriel. (śmiech)

AR: To może przejdźmy stricte do tematu albumu. Dlaczego „Skellig”?

MG: Bardzo ładnie to brzmi… Tajemniczo. Płyta jest po polsku, a tu nagle „Skellig”. Gosia Kościelniak, z którą współpracuję od… Ooo, znamy się wiele lat. W 2000 roku założyliśmy zespół Ananke i notabene teraz powstał zespół Ananke i ludzie z Bydgoszczy do mnie pisali, że założyli zespół o takiej nazwie… To właśnie wokalista zespołu Abraxas założył zespół Ananke. Gosia Kościelniak się troszeczkę zbulwersowała, ponieważ był to nasz pomysł i była bardzo zdziwiona. O zespole Ananke jest wiele na sieci i zaraz Gosia Kościelniak wyskakuje jak wpiszesz tę nazwę. Oni twierdzili, że tak nie jest i że chyba nam to nie będzie przeszkadzać, że zakładają taki zespół. W dodatku w liście napisali mam co to znaczy „Ananke”. Uśmialiśmy się z Gosią, bo sami wymyśliliśmy tę nazwę i trudno, żeby nam ktoś tłumaczył. No ale trudno, będzie zespół Ananke z Bydgoszczy. Gosia dużo podróżowała po świecie i była zakochana w Irlandii. Opowiadała mi o tych trudno dostępnych wysepkach nazwanych Skellig, gdzie poznała pięknego Irlandczyka, przez co jest to dla niej symbol wielkiej miłości, którą tam przeżyła. Zawsze łączyła nas muzyka i mieliśmy bardzo podobne spojrzenie na świat. Do tej pory mamy. Jeżeli ktoś ma pisać teksty po polsku, to będzie robiła to Gosia Kościelniak. Pisze specyficznie, ma swój styl, który bardzo lubię. Utwory powstawały w ten sposób, że ja układałem melodię, robiłem takie demówki, sam śpiewając linie melodyczne i ona układała do tego teksty.

AR: Tak zwane rybki wokalne.

MG: Tak… Każdy utwór podpowiadał jej jakiś obraz. Tytułowy utwór skojarzył jej się z tymi wyspami. Stąd ten tytuł.

AR: Teskt pierwszego utworu pasuje bardziej do wiosenno-letnich rzeczy. To pływanie na styku dwóch błękitów. Przyda się przy aktualnej pogodzie.

MG: (śmiech) Strasznie podoba mi się okładka stworzona przez Mariusza Tokajuka. To jest kolega Karola z jego miejscowości. Każdy utwór ilustrowany jest jakąś fotografią Sławka Haratyma. Bardzo fajnie to razem współgra. Do „Odmieńca” jest takie zdjęcie faceta odwróconego plecami. Niezbyt ładne ma te plecy. Ale ma to ogromny wyraz, no i wszystko czarno-białe. Pierwszy Mr. Gil też miał takie zdjęcia w środku.

AR: Ale za to pierwszy Mr. Gil był dużo dłuższy od drugiego.

MG: Tam jest jeszcze dużo elementów Collage. To było 2 lata po „Safe”. Teraz myślę, że jest to powrót do przeszłości, tylko nie ma klawiszy. Wokal, bębny, gitary. Lubię takie rzeczy, lubię minimalizm w muzyce. W rocku progresywnym mnie to przeraża. W Collage faktycznie przesadzaliśmy z aranżacjami. Tu melodyjka, tu czwarta, tu dziesiąta. Ale to był taki styl. Dzisiaj lubię takie kapele, jak Tool, czy Perfect Circle. Tam riff gitarowy wyznacza charakter całego utworu.

AR: Eksploatowałeś też bardzo na „Skellig” brzmienie gitary akustycznej.

MG: Lubię mieszać brzmienie gitary akustycznej z elektryczną. Myślę, że dość charakterystycznie to robię. Starałem się pokazać swoje brzmienie, które wykreowałem przez te lata i cały czas nad nim pracuję. Jak napisałem kiedyś muzykę do filmu, to obudził mnie telefon w nocy: „Gilu, oglądam tutaj nocny program dla dorosłych, a tu słyszę twoją muzykę” (śmiech)

AR: ???

MG: To były takie reklamy tych panienek 0700 coś tam coś tam. Ktoś wykorzystał moją muzykę tam.

AR: Ale za pozwoleniem?

MG: Pracowałem kiedyś dla takiej amerykańskiej firmy. Było tego dużo i mogli z tym robić, co chcieli.

AR: Jak leci jakaś ramówka reklam to człowiek się nie zastanawia skąd ta muzyka, a tu wychodzi na to, że ciekawa historia może się za tym kryć…

MG: Rynek reklamowy różni się tym od normalnego rynku muzycznego, teraz może jest trochę inaczej, ale jest to coś nieprawdopodobnego, bo to ogromne pieniądze. Napisanie 30 sekund muzyki w roku 2000 kosztowało 15000zł. Trzy reklamy tygodniowo i w ciągu paru lat można wybudować dom. Teraz taką muzykę możesz kupić ze specjalnej biblioteki za 200zł, wykupując ją na rok. Nikt nie pisze już muzyki w studiach do reklam. No chyba że na specjalne zamówienie. Brałem udział w takich kilku rzeczach, ale niestety było to zdominowane przez kilku kompozytorów.

AR: A są jakieś plany koncertowe Mr. Gila?

MG: Są plany. Prawdopodobnie na wiosnę będzie trasa koncertowa. Zaczynam nad nią pracować. Mam dużo doświadczeń i wiem gdzie zagrać. Na pewno w Koninie, w stolicy polskiego artrocka. Zrobimy tam z Robertem Roszakiem festiwal muzyki progresywnej. W pięknym miejscu nad jeziorem. Robert Roszak jest fenomenalnym organizatorem, a publiczność w Koninie jest rewelacyjna. Również w Suwałkach. To są dwa miejsca, w których gra mi się najlepiej, a są bardzo niedoceniane. Polecam wszystkim kapelom.

AR: Na pewno też słuchasz dużo muzyki. Masz jakieś ulubione rzeczy z ubiegłego roku?

MG: Suzanne Boyle – coś niesamowitego. Wspaniała historia i kobieta, a płyta przepiękna. Rewelacja. To moja płyta roku i polecam wszystkim, co lubią słuchać muzyki. Jeszcze Katatonia. Chylę czoła, wspaniale faceci grają. Przy takiej mocnej warstwie instrumentów, on śpiewa bardzo spokojnie. Nie ma tu żadnych growlingów, których nie lubię… Oczywiście ostatnia płyta Dave Matthews Band – genialna. Sting, za którym nie przepadam, ale ta płyta mi się bardzo podoba, ponieważ jest na niej dużo elementów celtyckich. Co jeszcze z tych ostatnich rzeczy… No oczywiście Living Colour. Co ciekawe nagrali płytę w Czechach, więc nie trzeba dzisiaj nagrywać w Los Angeles.

AR: Czego mam tobie życzyć na nowy rok?

MG: Miliona dolarów (śmiech)

AR: No to jak się spełni, to jakiś procent dla mnie…

MG: A tak na poważnie, to przede wszystkim wiadomo. Jak będzie zdrowie i pomysły, to żeby studio się utrzymało, bo nie jest finansowo lekko. Żeby Karol się rozwijał, żebyśmy grali razem i trzymali się razem.

AR: Słówko dla czytelników…

MG: Czytajcie portal ArtRock.PL!


[rozmawiał Roman Walczak]
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2024 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.