ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 19.07 - Jarocin
- 20.07 - Jarocin
- 21.07 - Jarocin
- 19.07 - Auf der Loreley / St. Goarshausen
- 20.07 - Auf der Loreley / St. Goarshausen
- 21.07 - Auf der Loreley / St. Goarshausen
- 21.07 - Warszawa
- 26.07 - Łódź
- 27.07 - Łódź
- 28.07 - Łódź
- 27.07 - Ostrów Wielkopolski
- 28.07 - Ostrów Wielkopolski
- 06.08 - Lublin
- 07.08 - Wrocław
- 09.08 - Kraków
- 06.08 - Wrocław
- 11.08 - Kraków
- 23.08 - Inowrocław
- 24.08 - Inowrocław
- 12.09 - Zabrze
- 13.09 - Poznań
- 14.09 - Warszawa
- 15.09 - Lublin
- 14.09 - Kraków
- 15.09 - Warszawa
- 19.09 - Toledo
- 20.09 - Toledo
- 21.09 - Toledo
- 22.09 - Toledo
- 10.10 - Łódź
- 11.10 - Kraków
- 13.10 - Warszawa
- 17.10 - Gdańsk
 

wywiady

07.07.2023

Od Lemmy'ego Kilmistera do Geralta z Rivii - rozmowa z Damianem Szewczykiem

Od Lemmy'ego Kilmistera do Geralta z Rivii - rozmowa z Damianem Szewczykiem

Damian jest jednym z wieloletnich artystów wrocławskiej sceny muzycznej. Choć sam pochodzi znad morza, z okolic Kołobrzegu, to od 33 lat mieszka we Wrocławiu, z którym związał się zarówno artystycznie jak i zawodowo.  Walory wokalne są rozpoznawalne przy okazji wielu koncertów, gdzie śpiewa interpretacje znanych rockowych przebojów wspólnie z gwiazdami Festiwalu Gitarowego czy towarzysząc Leszkowi Cichońskiemu w jego projektach (Viva Santana), a także jako filar projektu The Strażmiejska,  WrocLove Band/Gitarowe Przeboje Wszechczasów Marka "Stinga" Popowa, a wcześniej w Birmie czy jako basista wspomagający innych artystów. Jak trzeba było zaśpiewać repertuar z mocnym, męskim głosem to dzwonili po Damiana. Ale w lutym zeszłego roku zdecydował się na krok ku autorskiej karierze, przygotowując „10 opowieści basem i barytonem”.  Z tym repertuarem dał się poznać szerszej publiczności występując na Progolucji Październikowej 2022, oraz towarzysząc Łukaszowi Łyczkowskiemu z zespołem 5 Rano podczas występu we Wrocławiu w klubie Łącznik. To, co jest charakterystyczne w jego solowej twórczości to sposób podejścia do aranżacji na bas, perkusję oraz jego charakterystyczny baryton. Ale szerzej o tym fenomenie napiszę w recenzji albumu „10 opowieści basem i barytonem”. Zanim jednak to wydawnictwo zadebiutuje na łamach naszego serwisu, postanowiliśmy przemaglować bohatera poniższego wywiadu, aby sam nam coś więcej opowiedział o muzyce, inspiracjach i narzędziu pracy.

 

Twoja gitara basowa, to sprzęt nietuzinkowy

No tak, to prawda. Kiedy wymyśliłem ten sposób realizowania mojego muzycznego pomysłu, czyli granie w duecie, no to musiałem znaleźć instrument, który podała temu wyzwaniu. Pierwszy pomysł jaki przyszedł mi do głowy, to właśnie gitara basowa Rickenbacker, ponieważ brzmienie jakie uzyskiwał z niego między innymi Lemmy i Motorhead, to była baza na podstawie jakiej chciałem zbudować brzmienie swojego zespołu. Szukałem takiego instrumentu i zupełnie przypadkiem trafiłem na ogłoszenie wrocławskiego muzyka, który miał taki instrument do sprzedania, nie Rickenbackera, tylko kopię japońską z 1978 r., poszedłem do niego, wziąłem do ręki i wiedziałem, że to jest ten instrument. Wymagał trochę pracy, ale kiedy już był gotowy do grania i gdy zacząłem grać i nagrywać materiał na moją pierwszą płytę, okazało się, że jest idealny. Jestem bardzo zadowolony, jesteśmy zżyci, jesteśmy kumplami – jest Rick i ja.

Gitara basowa nie była Twoim pierwszym instrumentem, na którym grałeś.

Masz rację. Kiedy zacząłem się interesować muzyką, będąc jeszcze dzieckiem, chciałem być gitarzystą, tak jak większość młodych chłopaków, którzy się biorą za granie, bo dziewczyny przecież lubią gitarzystów. Jednak kiedy zacząłem grać w amatorskich zespołach, czy też szkolnych na początku, okazało się, że moi koledzy, którzy grali na gitarach, robili to lepiej, nawet do tego stopnia, że nie załapałem się na gitarę basową i zacząłem grać troszkę z musu na perkusji. Po jakimś czasie okazało się, że spodobało mi się to, że gra na perkusji to też było coś, co mnie kręciło. Spędziłem mnóstwo godzin, żeby ćwiczyć. Wydaje mi się, że osiągnąłem poziom półprofesjonalny, więc jeździłem z zespołami na przeglądy, gdzie doceniano to jak gramy, jak ja gram. W pewnym momencie zacząłem też śpiewać, grając na perkusji, więc to też był jakiś element rozwijania się muzycznie. Później, kiedy zacząłem działać we wrocławskim środowisku, założyliśmy zespół z perkusistą zespołu Recydywa. On był perkusistą i ja wtedy też grałem na perkusji, więc żeby połączyć te nasze wspólne fascynacje muzyczne, to ja zacząłem grać na instrumentach perkusyjnych i zaczęliśmy od rocka, latino-rocka i takich klimatów. Po drodze szukając i muzyki, jaką chcieliśmy wykonywać i składu. Przyszedł nawet taki moment, kiedy grałem na mojej wymarzonej gitarze. Graliśmy w kwartecie, czyli dwie gitary, bas i perkusja i to było spełnienie moich marzeń. Potem przyszedł moment, że szukaliśmy basisty i stwierdziłem, że zanim kogoś znajdziemy, przez chwilę pogram na basie i to był kolejny trafiony strzał i już teraz bym się nie zamienił. Okazało się, że gitara basowa to jest to, czym ja mogę połączyć i te swoje fascynacje perkusyjne, czyli rytmiczne, z grą na gitarze, więc teraz już jestem zadeklarowanym basistą.

 

Wróćmy do tych fascynacji muzycznych – zacząłeś od Lemmy’ego.

Tak, chociaż tak naprawdę bardzo doceniam i lubię, zwłaszcza koncertowe wykonania Motorheaed, chociaż wielkim fanem tego zespołu nigdy nie byłem. Energia, którą miał Lemmmy na koncertach oczywiście mnie porywała, ale żebym namiętnie słuchał zespołu i znał cały repertuar, to nie. Prawdopodobnie największe znaczenie miało dla mnie jednak to, co zaszczepił we mnie ojciec, gdy byłem małym dzieckiem. Miałem szczęście – on był fanem Niemena. Płyty które pamiętam z dzieciństwa, które słuchałem, choć niekoniecznie rozumiałem, ale fascynowały mnie, bo to były rzeczy, których nie słyszałem nigdzie indziej to była Terra Deflorata, później Aerolit. To była muzyka, która w jakiś sposób spowodowała, że chciałem zacząć grać, bo nie wyobrażałem sobie, żeby grać taką muzykę, ponieważ byłem małym chłopcem, który o muzyce nie wiedział nic, ale prawdopodobnie przez to wymagania wobec muzyki miałem dość wysokie, więc  na początku wiadomo klasyka, czyli Deep Purple, Black Sabbath. Black Sabbath był chyba pierwszym zespołem, którego mogłem nazwać się fanem będąc młodym chłopcem. Wtedy zespół ten trafił idealnie w moje oczekiwania wobec muzyki. Było głośno, dużo riffów, solówki, teksty  okultystyczne i socjologiczne, co mnie fascynowało. Poza tym Led Zeppelin, Uriah Heep, też zespół, który trafił do mnie bardzo i którego płyt słuchałem z różnych okresów. Podobało mi się to, że mimo że grali różnie, to było w tym zespole coś, że można było poczuć, że to właśnie oni. Później zacząłem odkrywać różną inną muzykę.

Ile z tej muzyki zostało na Twojej płycie?

Tej takiej pierwszej, to myślę, że całkiem sporo. Komponując, wymyślając utwory, ciągle mam pewien sposób myślenia trochę sabbathowy, trochę purplowy, czyli dużo riffów, dużo melodii, dużo tematów, które gram na swojej gitarze basowej. Oczywiście przez lata obrosło to wieloma innymi doświadczeniami i moimi muzycznymi z grania i składach z różnymi muzykami, ale również z muzyki, której słuchałem i słucham nadal. Mimo, że sam gram, tworzę, to na szczęście ciągle jestem fascynatem, słuchaczem, pasjonatem muzyki. Szukam i znajduję nowe rzeczy i mam nadzieję, że ten proces nigdy się nie skończy.

 

Od kiedy grasz na scenie?

Zacząłem już na pewno w zeszłym wieku i to nie na samym końcu.

 

Jesteś autorem słów do piosenek na swojej debiutanckiej płycie.

To prawda, utwory z płyty „10 opowieści basem i barytonem”, to mój debiut fonograficzny, jako autora tekstów i jako autora muzyki. Wiele rzeczy się na to złożyło. Po drodze grałem oczywiście w różnych zespołach, w różnych składach. Zawsze był ten cel do osiągnięcia, czyli nagranie płyty, ale z wielu bardzo różnych względów nigdy się nie udawało doprowadzić tego do końca, mimo że było kilka przypadków, gdzie zaczęliśmy nagrywać płytę, ale nie potrafiliśmy tego skończyć z wielu powodów. Kiedy  przyszedł moment, że stwierdziłem, że tworzenie muzyki, a nie tylko granie, odtwarzanie, śpiewanie cudzych utworów, jest dla mnie istotne i bez tego nie będę się czuł kompletnym muzykiem, wymyśliłem ten sposób grania, by gitara basowa i perkusja robiła za cały zespół i wreszcie mogłem nie iść na żadne kompromisy i doprowadzić sprawę do końca. Wymyśliłem sobie tę płytę, jej brzmienie. Jestem dyletantem jeśli chodzi o technologię i technikę nagrywania, ale korzystając z pomocy mojego przyjaciela, Piotra Laski, który realizował ze mną tę płytę, który wielokrotnie ode mnie słyszał: „słuchaj, ja wiem jak to ma brzmieć, ale nie mam pojęcia jak to osiągnąć, więc próbujmy, zróbmy to; tak to sobie wyobrażam, sprawdźmy, czy to się uda i czy będzie to efekt taki, jaki chcę osiągnąć”. Okazywało się po pewnym czasie, że to naprawdę się udaje. Pomysły, które przyszły mi do głowy udało się zrealizować i na końcu dawały taki efekt, jaki ja oczekiwałem. Piotr po pewnym czasie również nabrał do mnie zaufania, bo na początku był jednak zdania, że tak się nie robi, tak się nie nagrywa. Jego głównym argumentem było to, że nikt wcześniej nie robił tak, że bas był głównym instrumentem, że miał robić za wszystko. Stałem jednak na stanowisku, że możemy pozwolić sobie na wszystko, więc sprawdźmy jak to działa i okazało się, że działa.

Co było dla Ciebie większym wysiłkiem – muzyka czy teksty?

Teksty, bo muzyka jest moim naturalnym językiem wystarczy, że usiądę z gitarą. Przez całe życie, do teraz, głównym instrumentem, na którym komponuję była akustyczna gitara, z którą siadałem i wymyślałem piosenki i ciągle tak jest i bardzo mnie to cieszy. Ostatnio sprawdziłem, bo miałem pewne obawy, czy jeszcze mam w sobie tę zdolność. Teraz się to zmieniło, bo zacząłem już komponować głównie na basie, wiedząc jakie ma możliwości, odkrywając nowe. Okazało się, że siadając z instrumentem przychodzą mi do głowy rzeczy nowe i jestem w stanie robić muzykę faktycznie od zera codziennie, kiedy tylko znajdę czas, żeby poświęcić temu parę godzin, usiąść i pograć. Jeżeli chodzi o teksty, to jest to dla mnie zawsze wyzwanie. Z jednej strony dlatego, że jestem wymagający w stosunku do siebie. Mam pewnych mistrzów słowa, jeżeli chodzi o teksty piosenek, np. Fish albo Sting. Podobało mi się to, że panowie opowiadają o ważnych sprawach, ale ubierają to w konkretną historię. Ja też w ten sposób starałem się pisać swoje teksty, kiedy zaczynałem. Teraz to bywa różnie, ale na płycie są to historie, które dotyczą mnie osobiście, albo które przeżyłem lub które zaobserwowałem. Większość z nich powstawała przez długi czas, ponieważ ciągle poprawiałem. Wydawało mi się, że muszę lepiej zawrzeć treść w formie piosenki. Jednak są też takie teksty, które powstały spontanicznie i od razu. Jednym z takich tekstów jest tekst do utworu dla córki pod tytułem „Jak ptak”. Skomponowałem ten utwór, kiedy córka miała 7 lat, a tekstu nie mogłem napisać, choć próbowałem wielokrotnie. Ciągle miałem wrażenie, że to nie to, że nie zawieram w słowach uczucia jakie mam do niej, mimo że ubierałem to w różny sposób, między innymi poetycko. Dopiero dzień przed wejściem do studia, kiedy musiałem mieć ten tekst, usiadłem wieczorem i go napisałem najprostszymi słowami – tekst o tym, że zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś dorośnie, a ja będę tylko obserwować jak sobie w życiu radzi i to naturalna kolej rzeczy i taka jest rola ojca i już i nic więcej nie musiałem robić. To był tekst, który pojawił się natychmiast, ale jednak większość moich tekstów powstaje przez długi czas. Zazwyczaj jest tak, że na początku mam pomysł, koncepcję o czym ma być treść, albo jakiś wers, wokół którego buduję całą historię.

 

To są Twoje wewnętrzne uczucia, które przelewasz na treść utworów. Czy łatwo Ci jest później zaprezentować to przed ludźmi na scenie?

Wbrew pozorom tak. Scena to jest miejsce, na którym nie czuję zażenowania. Zawsze wychodząc czuję tremę, ale wynika ona zupełnie z czegoś innego, nie z tego, że wychodzę i otwieram się przed ludźmi. Nawet kiedy wykonuję cudze utwory, kiedy biorę udział w projektach, gdzie gramy czyjąś muzykę, staram się w tych piosenkach zawrzeć siebie i jakąś tam swoją opowieść, ponieważ uważam, że w muzyce szczerość jest najważniejsza. To jest jedyny sposób, żeby dotrzeć do słuchacza. Często przeżywałem już taką historię, że stając przed ludźmi, którzy w ogóle mnie nie znali ani nie znali muzyki, którą gram, w związku z tym, że szczerze im opowiedziałem historię, okazywało się, że zdobywałem słuchaczy, którzy po koncercie przychodzili, rozmawiali ze mną i byli zainteresowani moją muzyką. Szczerze mówiąc, przez różne przeżycia życiowe, nie jestem człowiekiem aż tak otwartym, jakim byłem będąc młodszym. Na co dzień nie dziele się sobą i swoimi historiami, przemyśleniami na różne tematy, ale kiedy wychodzę na scenę, to to jest miejsce, gdzie czuję, że mogę to zrobić. To jest właściwe miejsce, gdzie się po prostu dobrze czuję i opowiadam o rzeczach często dość intymnych, ale moim zdaniem ważnych. To też wynika z tego, że wychodzę z założenia, że jeżeli mam zabrać człowiekowi kilkanaście czy kilkadziesiąt minut życia, bo chciałbym, żeby mnie posłuchał, to chcę z nim rozmawiać o ważnych rzeczach, żeby ten czas nie był zmarnowany. Nie mam nic przeciwko muzyce rozrywkowej jako tako, czyli śpiewaniu o piciu piwa i podrywaniu dziewczyn, ale w swojej muzyce chcę jednak opowiedzieć o nieco innych rzeczach i poruszyć nieco inne tematy, poruszać ludzi, zmuszać ich do jakichś refleksji, zastanowienia się nad różnymi tematami, które poruszam w tych swoich utworach, albo chociaż wzruszyć, czy poruszyć pewną strunę. Taki mam cel kiedy tworzę i kiedy wychodzę na scenę.

 

W Twoich utworach już nie zadajesz pytań, tylko dajesz konkretne wskazówki. W tym momencie, to już nawet nie jest ocena świata, tylko konkretna wykładnia. Tak to widzę z punktu widzenia odbiorcy.

O widzisz, ciekawe, bo starałem się, tak mi się wydawało, unikać dawania odpowiedzi na pytania, ale na pewno przedstawiam swój punkt widzenia. Uważam, że nie ma czegoś takie jak obiektywizm. Każda opinia na jakikolwiek temat jest subiektywna, ponieważ wynika z wielu rzeczy: z przeżyć, z wrażliwości, z okoliczności w jakich jesteśmy, więc możliwe, że tak jest, że rzeczywiście w tych tekstach przedstawiam konkretny obraz, czyli historię, coś co się wydarzyło i opisuję co ja czuję, co uważam, że powinienem zrobić w danej sytuacji, albo jak rozwiązać coś z czym się borykam. Szczerze powiedziawszy nie zastanawiałem się nad tym. Myślałem, że nie daję odpowiedzi, więc to cenna uwaga. Popatrzę na to w ten sposób.

W tym momencie wracamy z powrotem do tekstów - blondasek z Rivii - czy Ty się z nim identyfikujesz?

Nie. To ciekawe. Był taki moment, lata temu miałem włosy, jak prawie każdy i kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że muszę się pogodzić z tym, że je tracę, to wybieliłem się. Miałem włosy prawie białe, tak jak wiedźmin. To był taki moment, że ten wiedźmin gdzieś się pojawił. Pomijając, że będąc młodym człowiekiem trafiłem na sagę Sapkowskiego i wtedy też mnie zafascynowała, ale jeśli chodzi o konkretny utwór „Człowiek z Rivii”, to napisałem tekst nie myśląc w ogóle o Geralcie. Treść spowodowała, że przyszedł mi taki pomysł do głowy. Zasugerowała mi to również moja córka, która też jest fanką wiedźmina. Z racji użycia sformułowania „zło to zło, nieważne czy mniejsze czy większe”, to jest to jeden z tekstów, który gdzieś tam wiedźmin powiedział – w książce, w filmie. Córka zasugerowała mi, może nie wprost, że taki tytuł utworu jak „Człowiek z Rivii”, będzie może trochę naprowadzał na to, co chcę powiedzieć, a z drugiej strony może spowoduje, że ktoś kto nie słucha takiej muzyki, albo mnie nie zna, sięgnie po wydawnictwo i stwierdzi, że to coś o wiedźminie, zapozna się z tym i przy okazji mu się to spodoba. Jeśli pytasz, czy ja odnoszę się jakoś do postaci wiedźmina, w sensie, że jako postać znajdująca się na skraju świata ludzkiego i świata potworów musi jakoś funkcjonować, to też się nad tym nie zastanawiałem, ale od dłuższego czasu czuję się obserwatorem. Wiele rzeczy, jak chociażby to, że zło jest złem, jak i wiele innych treści związanych z sagą, z tą postacią, to że czasami większymi potworami są ludzie, niż tak zwane potwory, no to są rzeczy, z którymi się zgadzam, bo obserwuję ludzi i ludzkość i nie napawa mnie to niestety optymizmem. Biorę pod uwagę, że tak mogło być zawsze, tylko teraz napływ informacji jest tak wielki, że może przygnieść. Przypuszczam, że ludzie nie zmienili się i mimo postępu cywilizacyjnego i technologicznego, to nadal jesteśmy stadami i obowiązują tak na dobrą sprawę te same prawa.

 

Czyli nie wyciągniesz drugiego basu i nie stwierdzisz, że jeden dla ludzi, a drugi dla potworów?

Ja myślę, że załatwię sprawę jednym.

 

Nasunęło mi się spostrzeżenie związane z Twoim wcześniejszym wcieleniem muzycznym, które w pewien sposób bazuje na Twoim zawodzie, gdzie mi się to wszystko łączy. Czy podświadomie pisząc tekst do utworu „Człowiek z Rivii” nie zaciągnąłeś w pewnym stopniu przeniesienia swojego doświadczenia zawodowego na papier ubierając to w słowa piosenki?

Wiesz co, moja praca jest ciekawa pod tym względem, że mam do czynienia z ludźmi i to w sytuacjach mało komfortowych dla nich. To też rodzi pewne obserwacje i ponieważ pracuję w tym zawodzie już 25 lat, to też obserwuję zmiany tego jak ludzie się zachowują między sobą, w stosunku do mnie kiedy jestem w pracy. Nie jest to niestety zmiana na lepsze. Przypuszczam, że wszelkie doświadczenia, również te zawodowe, wpływają na mnie i na to co piszę w tekstach i pewnie jest w tym trochę racji, że również w tym tekście jest to co widzę i obserwuję. To co spotyka mnie w pracy mogło być zalążkiem pomysłu, żeby tak ten tekst napisać.

 

Jak już mówimy o Twoim zawodowym podejściu, to z kolegami stworzyliście swego czasu zespół?

Tak, to prawda. Chodź nie dokładnie tak to wyglądało. Graliśmy jako zespół różną muzykę, tworzyliśmy też autorską muzykę, ale wpadliśmy na pomysł, by zrobić projekt muzyczny, który pozwoli nam zaistnieć komercyjnie. Zastanawiałem się nad tym, co to mogłoby być. Pamiętam dokładnie tę sytuację – jechałem rano na 6 do pracy, to był wtorek i w radio puścili piosenkę The Police i olśniło mnie, że skład mamy taki sam, czyli trio basista śpiewający, na dodatek ja pracuję w Straży Miejskiej, więc skoro The Police, to Tribute band The Straż Miejska. Powiedziałem o tym pomyśle kolegom, stwierdzili że spróbujmy. To był wtorek, w czwartek udzielałem pierwszych wywiadów do wrocławskich gazet. W następnym tygodniu byłem na kilku wywiadach we wrocławskich radiach. Dwa tygodnie później byliśmy w TeleExpressie a chwilę później w „Dzień dobry TVN”. Okazało się, że pomysł jest świetny w takim sensie, że wszyscy złapali się na to, że Strażnicy Miejscy grają The Police. Tak naprawdę tylko ja byłem strażnikiem, a koledzy, to wykształceni muzycy. Na dodatek wszyscy spodziewali się, że przyjdą amatorzy i zagrają jakąś piosenkę, a okazywało się, że przyszedł zespół, który gra na poziomie, którego nie trzeba się wstydzić. No i oczywiście był moment, że zrobiło się głośno o tym projekcie, zagraliśmy kilka ciekawych koncertów, ale zabrakło menadżera, tak więc pomysł ten został gdzieś odłożony,ale nierozwiązany. Ciągle mamy go gdzieś w głowie i być może jeszcze do niego wrócimy.

Wróćmy teraz do coverów. Już nie jako coverband, ale sam wydajesz swój materiał z coverami.

Tak. Tworzenie nowego swojego materiału autorskiego wymaga czasu, skupienia, pomysłu, a żyjemy w czasach, w których ludzie są złaknieni tego, żeby ciągle coś dostawać. Są przyzwyczajeni, że ciągle mają nowe bodźce, nowe rzeczy. W tej chwili tak działa ta branża, ale zresztą nie tylko branża muzyczna. Wszędzie wymagany jest ruch. W związku z tym, że praktycznie całe życie śpiewam różne piosenki, mam kilka swoich ulubionych. Mam wrażenie, że chyba już wszystkie, które bardzo chciałem zaśpiewać, to zaśpiewałem. Niektóre nawet z twórcami, czyli wykonawcami oryginalnymi, co uważam za szczęście, które mnie spotkało, bo było to niezłe przeżycie kiedy śpiewałem lub grałem utwory TSA z Andrzejem Nowakiem albo Turbo z Wojtkiem Hoffmannem, czy grałem utwory Michaela Jacksona z Jennifer Batten. Zrobiło to na mnie bardzo duże wrażenie. To jest część mojego życia muzycznego. Z drugiej strony są to utwory, które gdzieś czuję, mimo że nie są moje, to mogłyby być moje, że z różnych względów są dla mnie ważne, pojawiły się w ważnych momentach mojego życia, albo po prostu identyfikuję się z nimi czy muzycznie czy tekstowo. Wiążąc więc to wszystko, czyli potrzebę zrobienia nowych rzeczy, którymi mógłbym dzielić się z ludźmi, między innymi tymi, którzy przychodzą na moje koncerty, żeby przez rok, czy przez dwa nie musili w kółko słuchać tych samych dziesięciu piosenek, to chciałbym podarować im coś nowego, kiedy kolejny raz przyjdą na koncert. Wymyśliłem to, żeby zrobić EP-kę z pięcioma cudzymi utworami, w sensie z coverami, zrobionymi na tę moją modłę czyli zestaw perkusja, bas i głos, a właściwie głosy. Pojawił mi się pomysł, aby do jednej piosenki zaprosić koleżanki, żeby ze mną zaśpiewały, a skończyło się na tym, że w trzech utworach będę miał gości, to znaczy gościnnie zaśpiewają ze mną wokalistki.

 

Czy możemy wymienić te wokalistki?

Oczywiście. W jednym utworze będą śpiewały ze mną Adeama Walkowiak i Nikola Warda. W innym Natalia Podwin, a jeszcze w kolejnym Paulina Gołębiowska. Są to wokalistki, z którymi współpracuję, z którymi wielokrotnie stałem na scenie i z którymi zawsze na tej scenie czułem się bardzo dobrze. Tworząc moje wersje coverów, mając pomysł na to, co chcę osiągnąć, w jaki sposób przedstawić te utwory po swojemu, dopasowywałem również koleżanki w sensie tego, co one mogą mi dać od siebie, jako od swojej osobowości, od swoich głosów i zapraszałem je do konkretnych utworów, wiedząc że jest duże prawdopodobieństwo, że osiągnę efekt taki, jaki sobie wymarzyłem, no i to się udało. Został nam do nagrania jeden utwór, jeśli chodzi o partie wokalne. Czekam, aż Paulina Gołębiowska zaśpiewa ze mną jeszcze część utworu, ale znam ją i wiem na co ją stać, więc jestem spokojny, że tak jak dwa pozostałe utwory, które już z wokalistkami nagrałem, ten też będzie udany i będzie zaskakujący. Są to utwory, które mają swoje lata i warto je przypomnieć, a przypuszczam, że w takich wersjach nikt się nie spodziewał ich usłyszeć.

 

Jakie masz plany co do nowej płyty autorskiej?

Mówiłem o tym, że jakiś czas temu chciałem sprawdzić, czy jeszcze mam tę zdolność komponowania muzyki zupełnie od zera. Usiadłem sobie z moim ukochanym basem Rickiem, odpaliłem swoją maszynerię i zacząłem wymyślać od pierwszej nuty, od pierwszego dźwięku, od pierwszego riffu zupełnie nowy utwór. Po dwóch godzinach miałem już szkielet utworu. Okazało się, że ciągle to mam i mogę tworzyć. Jest to rzecz, która mnie zadowala. Zastanawiałem się od dłuższego czasu nad pomysłem na całość płyty. Czy tak jak w przypadku pierwszej płyty, ma to być zbiór piosenek? Jak to zazwyczaj bywa przy pierwszej płycie danego wykonawcy są to piosenki, które zbierały się przez lata, niektóre z nich mają kilka czy nawet kilkanaście lat, kilka natomiast powstało już konkretnie do tego projektu. Stworzyłem je wiedząc już w jaki sposób chcę je zagrać. Tutaj, jeżeli chodzi o drugą płytę, to zastanawiam się, czy tworzyć kolejne utwory, nazbierać ich, potem wybrać te, które moim zdaniem będą najlepsze i je zagrać? Czy też zrealizować kolejne swoje marzenie, które zawsze miałem, ponieważ już od momentu, kiedy zacząłem słuchać Terra Deflorata Niemena i muzyki progresywnej, zawsze mnie kusiło, żeby spróbować napisać koncepcyjny album, czyli konkretną opowieść. Całość opowiedzieć przez około 40 minut, używając muzyki do przekazania historii i treści. Zdecydowałem, że chcę to spróbować zrobić. W związku z tym w tej chwili muzycznie zbieram pomysły, by je wykorzystać tworząc tę koncepcję od strony muzycznej, a tekstowo zapisuję sobie, bo tak jak mówiłem czasem kiedy tworzę teksty wystarczy mi słowo, albo hasło, jeden wers, wokół którego buduję całą opowieść, więc teraz właśnie jestem na etapie zapisywania tych słów, haseł, czy wersów, które będą tworzyć całą opowieść.

Przez Twoją debiutancką płytę przewinęło się łącznie siedmiu gości, czy podobną koncepcję planujesz do drugiego albumu?

Szczerze jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Chcę stworzyć muzykę i wtedy tak jak w przypadku pierwszej płyty – utwory zrobiłem nie zastanawiając się nad tym, czy wykorzystać do ich nagrania gości, a kiedy były już gotowe, wtedy przychodziło mi do głowy, że chciałbym urozmaicić brzmienie danego utworu, np. saksofonem czy skrzypkami czy klawiszami. Mam to szczęście, że z racji pracowania przez tyle lat w polskim środowisku muzycznym, znam wielu muzyków. Na początku miałem obawy, ale okazało się, że gdy zacząłem prosić ich o to, by byli częścią tego mojego projektu, to wszyscy z chęcią skorzystali z tego zaproszenia, więc wiem, że ta droga jest otwarta. Jeśli już budując całość tej płyty, przyjdzie mi do głowy, żeby urozmaicić ją i zaprosić gości, to zrobię to, bo efekt końcowy jest dla mnie najważniejszy, a chcę być zadowolony, tak jak jestem zadowolony z efektu jaki osiągnąłem wydając płytę „10 opowieści basem i barytonem”, bo do tej pory jestem z niej zadowolony.

 

Dla nas pierwszy kontakt z Twoją muzyką, to była wrocławska impreza Progolucja w październiku 2022 r. Dwa tygodnie później grałeś na tej samej scenie z Łukaszem Łyczkowskim & 5 Rano. Czy planujesz jakąś większą trasę po Polsce, by dać się poznać pozostałym mieszkańcom tego kraju?

Cały czas o tym myślę w jaki sposób zorganizować to, aby dotrzeć do słuchaczy, których mogę zainteresować tym co robię. Pojawiają się pojedyncze koncerty, gdzie będę jeździł po Polsce i grał. Szukam teraz pomysłu na promocję, na rozprzestrzenieniu informacji, że ktoś taki jak Damian Szewczyk istnieje i robi to co robi, żeby dotrzeć do ludzi. Wiele pomysłów brałem pod uwagę, łącznie z zawarciem kontraktu z diabłem, czyli wzięciem udziału w show, które ma na celu pokazanie się ludziom na ekranie, ale jednak to nie jest dobra droga, więc skończyłem ten temat. W każdym razie jednym z elementów, które wymyśliłem będzie to, żeby do utworów, nie wiem czy dam radę do wszystkich, z tej EP-ki z coverami nakręcić klipy, które będą funkcjonowały w sieci. Myśląc teorią inżyniera Mamonia, że ludzie lubią słuchać piosenki, które już znają, może być to sposób, aby dotrzeć do niektórych słuchaczy, którzy dowiedzą się o tym, że istnieję i że robię takie rzeczy. Mam jeszcze do zrealizowania kilka klipów do utworów z pierwszej płyty, które też wymyśliłem i chcę to zrobić, a wiem, że w tej chwili internet i tak naprawdę obrazki są drogą do tego, żeby dotrzeć do ludzi. Zauważyłem, że zwłaszcza młodzież nie słucha muzyki, a raczej muzykę ogląda. Można się z tym niezgadzać, można się na to obrażać, ale tego nie zmienimy, więc jakoś trzeba w tym świecie funkcjonować. Być może uda mi się pojawić gdzieś na koncertach z zespołami, które mają już swoją publiczność, pokazać im się i być może części się spodobam. Tak było na przykład z Łukaszem Łyczkowskim i bardzo mu jestem za to wdzięczny. Łukasz i jego zespół 5 Rano przyjechali na koncert do Wrocławia, który co prawda ja zorganizowałem, ale przyjechali z własną publicznością i bardzo duża część tej publiczności jest teraz też moją publicznością. Ja czuję od nich wsparcie, mamy ze sobą kontakt, bardzo mnie to cieszy i chciałbym dalej tak robić i docierać do ludzi korzystając z tego, że będę być może mieć szansę pokazać się przed zespołami, które już funkcjonują na rynku, mają markę i zechcą podzielić się troszkę swoją przestrzenią ze mną.

 

Mamy takie jedno intymne pytanie, nie wiem, czy będziesz chciał na nie odpowiedzieć. Na dwóch koncertach wystąpiłeś na jednej scenie ze swoim synem Jakubem. Jak się czujesz jako ojciec grający z synem i wspierający go?

Dumny. Czuję się dumny w ogóle z moich dzieci, bo jedna część mnie, to jest bycie ojcem. Jestem muzykiem, jestem ojcem i jestem strażnikiem miejskim, co też jest ważną częścią mojego życia, bo spędziłem w tej firmie 25 lat, ale nie ukrywam, że najważniejszą częścią mojego życia są moje dzieci i ich wychowanie. Teraz są już dorosłymi ludźmi, więc tak na dobrą sprawę mogę już tylko patrzeć na efekty. Jak patrzę, to jestem z nich dumny i daje mi to siłę i poczucie, że wychowałem dzieci na ludzi o pewnej wartości, sposobie patrzenia na świat, umiejętności radzenia sobie, co jest dla mnie bardzo ważne. Wydaje mi się, że na tyle, na ile potrafiłem, przygotowałem ich do życia, żeby mogli swoje życie przeżyć po swojemu, realizować się, no i być szczęśliwymi ludźmi. Kiedy widzę pracę mojej córki, która pomaga mi w niektórych aspektach mojej muzycznej działalności związanych  z fotografią czy grafiką lub kiedy wychodzę na scenę z synem, który śpiewa ze mną piosenkę „Nie wierzę politykom”, którą sam wybrał i stwierdził, że chce ją ze mną śpiewać, no to jestem po prostu dumny. Dumny z tego, że mam takie dzieci i wierzę, że one czują wsparcie we mnie w tym co robią, a ja również czuję ich wsparcie, kiedy realizuję swoje marzenia.

Spotkały Cię już przypadki, kiedy zostałeś rozpoznany na ulicy?

Tak, zdarzały się. Graniem zajmuję się już mnóstwo lat. Jeśli chodzi o Wrocław, to zdaję sobie sprawę, że w środowisku jakoś funkcjonuję i ludzie mnie rozpoznają. Było dużo śmiesznych sytuacji związanych z tym aspektem. Na przykład kilka lat temu, podczas nadawania imienia dla ronda, które jest przy lotnisku, na oficjalnej imprezie, na której był obecny Prezydent Wrocławia, były Prezydent Lech Wałęsa i inni oficjalni goście, ja trafiłem tam zawodowo do zabezpieczenia tego wydarzenia w mundurze, a moi koledzy muzycy uświetniali tę imprezę grając muzykę, m.in. Hymn. Przejeżdżał koło nas starszy pan na rowerze, wrócił, podszedł do mnie i mówi: „Byłem ostatnio na Pana koncercie. Bardzo mi się podobało”. Było mi bardzo miło, bo stali obok muzycy z instrumentami, ja stałem w mundurze, a jednak pan właśnie mnie rozpoznał. Także zdarzają się takie sytuacje.

 

Gdzie można nabyć Twoją płytę „10 opowieści basem i barytonem”?

Można ją kupić generalnie ode mnie, przez stronę internetową: www.damianszewczyk.com albo kontaktując się ze mną przez portale społecznościowe. Z racji tego, że było to moje wymarzone dziecko i chciałem ją wydać, szukałem różnych sposobów, rozmawiałem z różnymi wydawcami, być może nie trafiłem odpowiednio. Przyszedł moment, kiedy trzepnąłem ręką o stół i powiedziałem, że dobra robię to sam. Założyłem działalność gospodarczą, wydałem to jako wydawca, sam pod swoim szyldem, więc płyta jest u mnie i jakby ktoś chciał ją nabyć, to proszę się ze mną skontaktować.

 

Co byś powiedział ludziom, którzy jeszcze nigdy nie mieli okazji słyszeć Twojej muzyki? Jakbyś Ty ich przekonał?

Wróciłbym do tego, co już mówiłem, że dla mnie w muzyce najważniejsza jest szczerość. Jeśli ktoś szuka czegoś, co sprawi, że zastanowi się nad pewnymi tematami, albo wzruszy się, to zapraszam. Ciężko jest mi o tym mówić. Znasz to moje powiedzenie: jestem swoim najgorszym menadżerem. Nie umiem traktować swojej muzyki jako towaru, więc jeśli mnie ktoś pyta, jak mogę zachęcić ludzi do tego, żeby chcieli poznać Twoją muzykę, to trochę się stawiam w roli sprzedawcy i to jest bardzo niekomfortowa sytuacja. Szczerze to oczywiście, że tworząc muzykę i grając ją, robi się to po to, by dotrzeć do ludzi. Chociaż kiedy wspomnę siebie, kiedy zacząłem zajmować się muzyką, śmiałem się, że nie zrobiłem kariery, bo karierę robią muzycy, którzy grają po to, żeby podrywać dziewczyny. Dla mnie zawsze sama muzyka była najważniejsza i dalej tak jest. Tworząc muzykę, ani przez chwilę nie mam z tyłu głowy, czy powinienem zrobić to w ten sposób, żeby to było komercyjne, żeby było interesujące dla tak zwanego ogółu. Zresztą nie ma czegoś takiego. Każdy z nas ma swoją wrażliwość i pewne rzeczy do niego docierają, a pewne nie. Ja staram się w tej swojej twórczości zawierać rzeczy ważne dla mnie. Jeżeli ktoś szuka w muzyce treści, trafi na moje utwory i okaże się, że znajdzie tam te treści, które są też dla niego ważne, to wierzę w to, że przy mnie zostanie, że to spowoduje, że będziemy się spotykać na koncertach, że będzie szukał innych rzeczy, które robię lub które robiłem wcześniej. Samego sposobu na to, żeby wyjść i powiedzieć, a słuchajcie jestem Damianem Szewczykiem, robię fikołki, jestem teraz znany, obejrzyjcie mnie i zobaczcie co robię, to nie umiem tak.

 

Jaki jest Twój ulubiony album?

W ogóle?

 

Tak, ze wszystkich, które w ogóle słyszałeś.

Nie ma jednego takiego albumu. Jestem człowiekiem, który ma prawie 50 lat. Przeżyłem różne etapy w swoim życiu, również muzycznie. Wiele rzeczy mnie fascynowało, później przestało. Potem były następne i kolejne. Pamiętam, kiedy otworzyły się przede mną pewne horyzonty. Miałem przyjaciela, perkusistę w liceum, ćwiczyliśmy, graliśmy razem w różnych zespołach. On grał na perkusji, a ja śpiewałem w tym składzie. Również muzycznie byliśmy sobie bardzo bliscy. Pamiętam nasze rozmowy, że chcielibyśmy stworzyć taką muzykę, w której można byłoby połączyć moc riffów Black Sabbath, finezyjność i skomplikowane rytmiczne rzeczy, które grało Rush, moc Metallici, harmonię Yes albo The Beatles. Wtedy zupełnie przypadkiem podrzucił mi ktoś znajomy płytę Change of Seasons Dream Theater i to było spełnienie tych wszyskich naszych wymagań. Na dodatek była to konkretna opowieść. Muzycznie znam każdy dźwięk, każdą nutę. Byłem perkusistą, więc znam każde uderzenie perkusji, ale też każdy dźwięk gitary i klawiszy. Po prostu wchłonęła mnie ta muzyka tak bardzo, że przez kilka lat słuchałem Dream Theater i niewiele więcej, ponieważ każda inna muzyka wydawała mi się błacha muzycznie. Później oczywiście fascynacja troszkę minęła i znowu otworzyłem się na różne inne rzeczy. To pamiętam, to było dla mnie mocne uderzenie, to wpłynęło również na mnie jako na muzyka. Także Change of Seasons Dream Theater.

 

A ulubiony utwór? Taki, który wpłynął na Ciebie, zmienił Twoje spojrzenie.

Znowu jest to bardzo trudne. Nie powiem Ci jaki utwór zmienił moje myślenie o muzyce. Powiem Ci, jeżeli ktoś mnie zapyta o utwór, który mnie wzrusza zawsze, od pierwszego momentu, kiedy go usłyszałem do tej pory, to pierwszy na myśl przyjdzie mi jeden Silent Lucidity zespołu Queensrÿche. Utwór, który jak słyszę mam łzy w oczach, ciarki na plecach i uważam, że to jest arcydzieło.

 

To został nam jeszcze koncert – Twój ulubiony?

 Trudne te pytania. Ostatnio byłem na koncercie Pantery. Reaktywowanej z Anselmo i Rexem Brownem - oryginalnymi muzykami Pantery, oraz Zakkiem Wyldem i Charliem Benante. Był to świetny koncert. Niemniej koncert, który też był dla mnie przeżyciem muzyczno-duchowym, jeżeli tak to mogę powiedzieć, to był koncert, na którym nie wiem czy było 30, może 40 osób, we wrocławskim klubie Firlej kilka lat temu. Przyjechał tutaj zagrać muzyk, wokalista, którego też bardzo szanuję i jest dla mnie jednym z kilku guru jeżeli chodzi o wokal i mimo tego, że koncert pod względem frekwencji był bardzo słaby i trochę było wstyd, że tak mało ludzi przyszło na ten koncert, to muzycznie mnie rozłożył. Wyszło czterech panów, zagrali i pan basista śpiewał i przeniosło mnie to w zupełnie inny świat. To był koncert  Glenna Hughesa. Wokal tworzył zupełnie oderwany od rzeczywistości świat i ja w tym świecie przez cały koncert, który trwał chyba nawet ponad półtorej godziny, stałem i nie chciałem wracać. Ten koncert zostanie we mnie do końca życia.

 

Z jakim artystą jeszcze nie grałeś, a bardzo chciałbyś wystąpić razem na scenie?

Marco Minnemann - perkusista. Jest to mężczyzna, którego od lat podziwiam. Zobaczyłem go pierwszy raz w telewizji podczas serii programów. To było lata temu, był wtedy taki pomysł, żeby profesjonaliści robili zespoły coverowe konkretnych kapel. Przyjeżdżały zespoły z różnych stron świata, startowali w konkursie i najlepsi mieli okazję, żeby zajęli się nimi menadżerowie. Był odcinek poświęcony zespołowi The Police. Przyjechały dwa zespoły coverowe i grały utwory The Police. Jeden zespół był z latynoskiego kraju, a drugi z Niemiec i w tym drugim grał właśnie na perkusji Marco Minnemann. Menadżerowie stwierdzili, że wygrywa zespół latynoski, ale z tym perkusistą. Facet był wtedy niesamowity, a to było lata temu. Potem widziałem go w wielu konfiguracjach, byłem też na koncercie The Aristocrats, gdzie w ogóle cała trójka jest nieziemska. Znam też jego twórczość solową. Z McStine wydali już dwie płyty. Obserwuję co on robi i to jest na pewno człowiek, z którym chciałbym zagrać razem na scenie. Teraz mówiąc to, przyszedł mi do głowy jeszcze jeden muzyk. Jest na świecie gitarzysta, gdzie jeżeli ja grałbym na gitarze, to chciałbym grać dokładnie tak jak on. Z nim również chciałbym stanąć na scenie i to jest Nuno Bettencourt, gitarzysta Extreme. Uważam, że muzycznie i technicznie jeden z najlepszych gitarzystów na świecie.

 

Marzenia się spełniają.

Tak, to prawda i ja znam tą zasadę. Bardzo uważam, czego sobie życzę, bo zazwyczaj dostaję to, czego chcę.

 

I tego Ci też gratulujemy. Co chciałbyś powiedzieć na koniec?

Obiecuję, że najszybciej jak się tylko da, zacznę nagrywać drugą płytę. Podejrzewam, że muzycznie będzie inna niż to co zrobiłem na pierwszej. Nie czuję żadnych ograniczeń. Wiem, że mogę sobie pozwolić na wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Te utwory na pierwszej płycie, to tak jak mówiłem, jednak była zbieranina utworów, które tworzyłem przez lata, w różnych składach, na różne instrumenty, zaadoptowane trochę do tego mojego pomysłu na bas i perkusję. W tej chwili od początku trzonem będzie to moje brzmienie, które wypracowałem sobie tworząc pierwszą płytę. Jeśli chodzi o muzykę, to już nie muszę iść na żadne kompromisy, a mam mnóstwo rzeczy, które chciałbym spróbować i chciałbym zrobić, ponieważ fascynuje mnie bardzo różna muzyka, więc to wszystko mogę w tej chwili z mojej głowy przełożyć na cztery struny. Mam nadzieję, że zrobię z tego kolejne dobre danie, którym będę chciał się podzielić i że znajdą się chętni, którzy będą chcieli je spróbować.

Tego Ci życzymy i dziękujemy bardzo za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Tomasz Kamiński, pytania i opracowanie: Małgorzata Kamińska

https://www.youtube.com/@damianszewczykbb
https://www.facebook.com/damianszewczykbasemibarytonem
https://www.damianszewczyk.com

 

 

 

 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2024 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.