Wyobraźcie sobie, że w sobotnie popołudnie nie chciało wam się wracać do domu. Że nogi same niosły was przez miasto, słońce przygrzewało niemiłosiernie, jakby chciało nadrobić ten nadmiar zimna, tak powszechny ostatnimi dniami. Nie wiadomo kiedy trafiliście do małego klubu, w którym leniwie z głośników niósł się szept, że Bela Lugosi nie żyje. Kelnerki znudzone ziewały za barem, obserwując na małym monitorze, jak nieśmiertelny Humprey Bogart cedzi bezgłośnie przez zęby „twoje zdrowie, Mała”.

Wyobraźcie sobie, że przy stolikach popijają kawę zupełnie nieświadomi zakończonego życia Brando, z włosami spalonymi słońcem Afryki i Dean, rzucający spojrzenia na prawo i lewo, jakby próbował na nowo poderwać kolejną dziewczynę z klasy. Muzyka z głośników cichnie, dym papierosowy opada, a na scenę wychodzi kilku gości w strojach podniszczonych niczym ze starej fotografii.  Zaczynają grać…

Zanurzając się w te muzykę zachwycimy się głębokim tembrem głosu wokalisty, który nawet wyśpiewując proste ‘lalallallala’ będzie brzmiał mistycznie. The Beautiful Silence to absolutne mistrzostwo. Taki melodyjny Nick Cave wymieszany (nie wstrząśnięty) z Eldritchem i Waynem Husseyem. Niby to gitarowy rock, ozdobiony pasażami slide gitary i klawiszowym tłem –okazuje się, że brzmi po prostu świetnie. A to przecież nie koniec – Rive Droite, ballada z jazzowym podkładem, wszystko przesycone nastrojem pełnym ciepłej, a zarazem mrocznej uliczki samotnego miasta. To właśnie to nagranie,z takiej lekko onirycznej ballady przeradza się w rozpędzony pociąg. Mknie przed siebie pełne barw, gitarowych solówek przywodzących na myśl nowofalowe pojękiwania The Stranglers, by w finale zatrzymać się nagle, uderzeniem perkusji , niczym samochodowy szaleniec na betonowej ścianie. Kolejne cudo.

Ta niekończąca się galopada powraca już po chwili w Mary Of The Woods. Prym znowu wiodą tu gitary, powielające pewien schemat, niczym uczniowie ligi gentlemanów. Ale to nie jest na szczęście reguła. Bo w kolejnym nagraniu nie ma już powielania schematu z nagrania nr 3 i 4. Przeciwnie, nagle pojawia się świszczącą gitara, początkowo zupełnie nie pasująca do schematu. Jakieś dźwięki, trzaski, pobrzękiwania. Słowem – czujemy się, jakbyśmy leżeli w trumnie, a ktoś (nieważne kto) wbijał nam gwoździe w wieko.

To właśnie taka muzyka. Czarujące dźwięki podane w rytm marsza pogrzebowego, granego na weselu, gdzie wszyscy zatraceni w świecie ludzie radują się ostatnią chwilą życia. Mój faworyt, Stay Away From The Accordion Girl to idealny przykład. Ponury śpiew wokalisty, muzyczne wycieczki w stronę kowbojskich obszarów spenetrowanych przez Morricone i to wszystko ubrane w szaty dekadencji. Albo A Man With A Drum. Znowuż jazzowy podkład na początku i nowofalowy zgiełk na końcu. Pomieszanie z poplątaniem. Niby. Ale za to jakie piękne.

Nie jest to płyta dla lekkoduchów, którym muzyka potrzebna jest do wypełnienia tła, w miejsce wyłączonego głosu telewizora. O nie! Trzeba jej skupienia, zamyślenia, namiętności i bólu. Polecam. And Also The Trees…

Znakomity krążek.