ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

19.08.2008

Neurosis, A Storm of Light, Blindead - Warszawa, 14 sierpnia 2008 r.

Koncert rozpoczął się wyjątkowo punktualnie, występem trójmiejskiej formacji Blindead, promującej wydany właśnie album Autoscopia: Murder in Phases (wówczas jeszcze przed premierą). Rodzimi reprezentanci sludge zaprezentowali się dość solidnie, choć wydaje mi się, że ich muzyka, wpisująca się w 100% w formułę tego typu grania, cierpi na swego rodzaju anachronizm. A może to moje stare kości, pamiętające pionierskie dokonania Eyehategod czy Crowbar, nie mówiąc już o gwieździe owego koncertu, nie potrafią już radośnie drgać pod wpływem tak przewidywalnych dźwięków. W muzyce Blindead jest wszystko, co być powinno, ale nic ponadto; brak w niej różnicy, unikalności, własnego brzmienia, które – mam nadzieję – z czasem się odnajdzie. A skoro o brzmieniu mowa, to i ono pozostawiało co nieco do życzenia. Podczas samego koncertu może nawet nie miałem specjalnych zastrzeżeń, ale w porównaniu z kolejnymi występami, trójmiejska grupa wypadła płasko i bez mocy, co post factum negatywnie zaciążyło na mojej ocenie całości. Mimo powyższych narzekań, Blindead z roli rozgrzewacza wywiązali się nieźle, zagrali krótko acz treściwie i zebrali zasłużony aplauz od sporej grupy swoich zwolenników.

***

Podczas występu A Storm of Light ze sceny wiało pustką: tylko trzy osoby, ale brzmienie niezwykle potężne, uderzające masywną ścianą dźwięku i głębokimi drone’ami basu. Co nie zmienia faktu, że projekt Josha Grahama to właściwie takie Neurosis-bis; muzyka jest może bardziej posępna, „plugawa”, przesączona jadem wstrętu i mizantropii, ale wybrzmiewająca w podobnie „neurotycznych” nutach, naprzemiennych układach transowych repetycji i wściekłych nawałnic, czy wplecionych w to wszystko wiązek hałasu. Nawet ekspresja wokalna stylizowana jest na modłę pewnych znanych brodaczy, poza momentami, gdy zbliża się w bardziej melodyjne rejony, odsłaniając niemiłosierne fałsze (przynajmniej w wykonaniu koncertowym, na płycie jest nieco lepiej). Cóż, ciężko powiedzieć by zachwycił mnie ten występ, choć miło zostać połechtanym po podbrzuszu jakimś głośniejszym dronem, a i wizualizacje z niezdatnym miśkiem wprawiły mnie w pozytywny nastrój przed jedynym tego dnia występem, na który tak naprawdę czekałem.

***

Większość płyt Neurosis, zgodnie ze zobowiązującą nazwą grupy, charakteryzuje pewna podskórna nerwowość, niepokój, czy wręcz apokaliptyczny nastrój; muzyka hipnotyzuje, przytłacza i obezwładnia, a jej intensywność niewątpliwie wymaga odpowiedniego nastroju i przygotowania emocjonalnego. Na koncercie jednak owo przygnębiające, nihilistyczne poczucie braku nadziei, które towarzyszy odsłuchowi ich studyjnych dokonań, ustąpiło miejsca czysto fizycznej, miażdżącej sile dźwięku. Neurosis w wydaniu koncertowym to nieposkromiony żywioł, szalejące tornado, które atakuje zmysły gęstą masą bodźców i stawia krytyka w pozycji nie do obrony. Nawet fakt, że set bazował w przeważającej większości na utworach z ostatniej płyty, Given to the Rising, którą beształem za brak mocy i zbytnią rozwlekłość, nie przeszkadzał mi zbytnio. Być może pozostał pewien niedosyt, że nie usłyszałem nic z kultowej Souls at Zero czy mojej ulubionej Times of Grace, ale tak naprawdę misterium dźwiękowe wciągnęło mnie na tyle, że nie miałem czasu nad tym ubolewać. Zresztą, w wersji koncertowej, kawałki z ostatniego albumu Neurosis zabrzmiały znacznie potężniej, świdrując uszy przenikliwym hałasem, osiągającym kulminację w długich, instrumentalnych, katartycznych ścianach dźwięku. [Pamiętam nasze gorące dyskusje o najświeższym wydawnictwie kalifornijskiej formacji. Osobiście byłem nim zachwycony, w przeciwieństwie do autora niniejszego tekstu. Widząc więc jego pełną autentycznego podziwu minę podczas To the Wind, miałem ochotę wykrzyczeć gromkie „a nie mówiłem". Byłoby to oczywiście zagranie nie fair, bo płyta jest płytą a koncert - koncertem. Tak czy inaczej muzycy Neurosis udowodnili, że podczas ich występów setlista nie ma większego znaczenia – przyp. MW].
Gdzieś tam w tle próbował się zarazem odbywać jakby drugi koncert: bardziej transowy, wyciszony, pełen niepokojących dźwięków, ambientowej aury i hipnotyzujących wizualizacji. Jednakże część publiczności gromkimi okrzykami skutecznie zagłuszała ten aspekt występu, sprowadzając zespół na jedynie słuszną drogę. Wiadomo, vox populi, vox Dei, ale „faszystowskość” tego głosu, redukująca wszystko do jednowymiarowego „napierdalania”, pozostawiła we mnie pewien niesmak… Nie zmienia to faktu, że prawie półtoragodzinny show Neurosis pewno pozostanie dla mnie najlepszym rockowym koncertem tego roku – zespół jest w świetnej formie i po raz kolejny udowadnia, że w tym gatunku po prostu nie ma sobie równych.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.