ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

12.05.2008

Ray Wilson & Stiltskin, Believe, Zwarte Poëzie, Warszawa, Progresja, 09.05.2008, godz. 18.00

Ray Wilson & Stiltskin, Believe, Zwarte Poëzie, Warszawa, Progresja, 09.05.2008, godz. 18.00 9 maja obchodziliśmy kolejny Dzień Unii Europejskiej na pamiątkę podpisanej w 1950 roku tzw. Deklaracji Schumana. Gdy jechałem tego piątkowego popołudnia do położonej na Bemowie Progresji przemykając warszawskimi ulicami, cały czas przypominały mi o tym wydarzeniu stołeczne autobusy odświętnie ustrojone w polską i europejską flagę. Szybko w mej głowie pojawiła się myśl o tym, że koncert na który jadę doskonale wpisuje się w ten dzień. Na scenie wszak oprócz Brytyjczyków mieli pojawić się Holendrzy i Polacy.

Już na miejscu okazało się, że niezbyt wielu chciało świętować ten dzień w sali Kina Akademickiego WAT, gdzie koncert miał miejsce. To już niestety standard… i to nie ten europejski lecz czysto polski. Szkoda.

 Zwarte Poëzie

 Impreza opóźniła się niemalże o trzy kwadranse. Jako pierwsi na scenie pojawili się goście z Holandii z grupy Zwarte Poëzie. To młoda, powstała całkiem niedawno kapela. Na koncie mają tylko jedną EP-kę „Grijs Verleden" i już jedną roszadę w składzie. Płytkę bowiem panowie nagrali w czterech zaś na warszawskiej scenie wystąpili jako trio. Zespół opuścił w tym roku niejaki Brandon Lee grający na gitarze. Nie będę ukrywał, że ich występ nie przypadł mi do gustu. Pochodzący z Utrechtu artyści zaprezentowali muzykę, która nijak się miała do twórczości grających po nich kapel. No ale w takim dniu nie wypadało na to narzekać, wszak motto Unii Europejskiej brzmi – „Zjednoczona w różnorodności”! Sama muzyka wypadła jednak nad wyraz skromnie. To w dużej mierze efekt wykorzystywania podstawowego instrumentarium. Grający na gitarze i śpiewający Edwin van der Velde, basista Sanne Korf oraz perkusista Hannes Bögels zaprezentowali kawałek prostego alternatywnego rocka, którego korzenie sięgają gdzieś nowofalowego grania z lat osiemdziesiątych. Chyba u każdego słuchacza zakiełkowała w głowie w trakcie ich koncertu nazwa The Cure. Ich trwający ponad pół godziny set zdominowały naturalnie nagrania ze wspomnianej EP-ki, a najlepiej chyba wypadła kompozycja tytułowa „Grijs Verleden" z motorycznym, niskim basem i ciekawymi, gitarowymi ozdobnikami. Sympatyczni Holendrzy pożegnani zostali dyplomatycznymi brawami i ustąpili miejsca naszym rodakom.

Believe

Believe zameldował się na scenie dosłownie po kwadransie. W swoim żelaznym składzie i… scenicznym ustawieniu (nie pierwszy raz widziałem Believe w akcji i mogę to autorytatywnie stwierdzić:-): od lewej Mirek Gil z gitarkami i w tandemie z Przemkiem Zawadzkim, po przeciwnej stronie - kobiecy rodzynek w postaci grającej na skrzypcach Satomi, stojącej tuż obok Adama Miłosza obsługującego klawisze. Front to oczywiście Tomek Różycki. Tył okupował, co nie jest akurat niespodzianką, perkusista Vlodi Tafel. Trzeba przyznać, że fajnie prezentował się nasz sekstet na przestronnej scenie Kina Akademickiego. Z racji liczebności najwłaściwiej zapełnili jej deski tego wieczoru. Zagrali trzy kwadranse, lekko mnie rozczarowując zestawem utworów. Liczyłem – nie ukrywam, że z wypiekami na twarzy – na lawinę nowych rzeczy z niedawno wydanego drugiego krążka „Yesterday Is A Friend”. Tymczasem panowie i… jedna pani demokratycznie podeszli do krążków odgrywając zeń po trzy kompozycje. Jak powiedział mi jednak przed koncertem Tomek Różycki to… nie ten moment, nie ten czas i nie „ich” koncert. Na właściwą i szerszą promocję nowego materiału przyjdzie jeszcze czas. Jasne, tym bardziej, że zebrani usłyszeli naprawdę najpiękniejsze fragmenty z najnowszego albumu. Wybrzmiały udostępnione wcześniej przez zespół na jego stronie przejmujący, z niezwykle smutną ale urzekającą melodią „Tumor” oraz utrzymany w równie nastrojowej konwencji „You & Me” z bajeczną solówką Mirka Gila. Pomieszczoną w środkowej części koncertu sekwencję nowych utworów uzupełniła bardziej złożona, dłuższa i wielowątkowa kompozycja „What They Want (Is My Life)” z dopieszczonymi skrzypeczkami Satomi, akustycznymi dźwiękami wychodzącymi spod palców gitarzysty i… parunastoma sekundami wyłącznie (!!!) dla Przemka Zawadzkiego i jego basu. Trudno odnosić się do albumu po wysłuchaniu trzech wyrwanych „z kontekstu” piosenek ale nowy Believe wydaje się bardziej dojrzały, urozmaicony…, chyba „smutniejszy” i w dalszym ciągu bardzo melodyjny! Listę zaprezentowanych tego wieczoru piosenek uzupełniły przedstawione na początku „Liar” i „Needles In My Brain” oraz kończący występ i jak zwykle dający pole do popisu muzykom, lekko rozimprowizowany „Hope To See Another Day”. Choć trudno się gra dla niezbyt licznej publiczności - Believe zaprezentował się profesjonalnie. Mirek Gil tradycyjnie już zespolony ze swoją gitarą, emocjonalnie przeżywał każdy wychodzący z niej dźwięk to pochylając się nad nią lub, w momentach pewnego rozprężenia, rozdając uśmiechy. Tomek Różycki jak zwykle z wyważoną i okraszoną lekkim dowcipem konferansjerką odgrywał rolę frontmana niekiedy siadając podczas wykonywania utworów na brzegu sceny. Może nie był to najwspanialszy koncert Believe jaki widziałem, może i sami muzycy cieplej będą wspominać inne swoje występy. Nie zmienia to postaci rzeczy, że grupa po raz kolejny nie zeszła poniżej wysokiego poziomu, do którego już przyzwyczaiła na swoich koncertach.

Stiltskin

Tuż przed wpół do dziewiątej przyszedł czas na gwiazdę wieczoru – brytyjski Stiltskin. Wyszli dosyć niespodziewanie i szybko, nie ponaglani jakimiś brawami i okrzykami. Natychmiast zaczęli od tytułowego hitu z ostatniego krążka „She”. Jego transowość, wynikająca z motorycznej i złowieszczej partii basu poderwała zebranych z kinowych siedzisk. Za chwilę po raz pierwszy tego wieczoru publiczność (już znacznie liczniejsza) stała tuż pod sceną i… została tam już do końca. Rozpoczęło się ciekawie tym bardziej, że kapela za moment zaprezentowała cover Davida Bowiego „Space Oddity”. Niestety od samego początku odnosiłem wrażenie, że Wilson jakby przechodzi obok tego koncertu. Zazwyczaj zabawny, dowcipny, rozgadany, tym razem po prostu prezentował kolejne utwory. Trudno rozpisywać się bowiem na temat krótkich dygresyjek - przykładowo na temat tego, co akurat popija z butelki (pojawił się obowiązkowy temat… „wodki”). Poza tym wszystko było „na miejscu”. Muzycy rzetelnie podchodzący do sprawy (Ali Ferguson na gitarze, Lawrie Macmillan na basie i Ashley Macmillan na perkusji), choć też bez jakiejś emocjonalnej wylewności oraz znakomity zestaw wybranych utworów. Spójrzmy zresztą na kolejne prezentowane piosenki. Melodyjne „Another Day” i „Sarah” z krążka Cut „Millionairhaed” to obowiązkowe punkty niemalże każdego występu Ray’a. Z tej płyty otrzymaliśmy jeszcze „Hey Hey” (chyba??) oraz na bis utwór „Ghost”. Ostatnie dzieło Stiltskin reprezentowały równie uroczy „Lemon Yellow Sun”, wzniosły i zarazem mój ulubiony „Constantly Reminded”, „Show Me The Way” oraz „Taking Time”. Były też perełki ze „stiltskinowego” debiutu w postaci zagranych na sam koniec podstawowego seta „Footsteps” i „Inside”. Przy nich zabawa wśród publiczności była już przednia. A zaczęła się ona tak naprawdę od przaśnego „The Airport Song”, w którym na wilsonowskie „lalala” zebrani odpowiedzieli „po polsku”, zgodnie zresztą z jego sugestią… „lalalala”. Od tej chwili Ray częściej się uśmiechał wyrażając zadowolenie z entuzjastycznych braw po każdej piosence. W zestawie pojawiły się także jego solowe dokonania: „Goodbye Baby Blue” i „Change”  z tak samo zatytułowanego albumu oraz „Alone” z „The Next Best Thing”, w którym Ali Ferguson zagrał śliczniutką solóweczkę docenioną przez Wilsona i zebranych. Z genesisowych klasyków wybrzmiały akustyczny „Follow You, Follow Me” i równie spokojny „Carpet Crawlers”. Nie można zapomnieć o collinsowskim „In The Air Tonight” i niesamowitej wersji dylanowskiego killera „Knockin’ On Heaven’s Door”, który niespodziewanie przerodził się w „No Women No Cry” Boba Marley’a. Nie muszę chyba dodawać, że cała sala śpiewała w Wilsonem ten refren… Piękne zwieńczenie tego nierównego trochę koncertu. Ospałego z początku i już bardziej spontanicznego w drugiej jego części. Wilson… jak Wilson. Zwykły facet w kolorowym t-shircie z trzydniowym zarostem, zmieniający co rusz gitarę (w „Knockin’…” zagrał nawet na harmonijce) i doskonale operujący swoim niecodziennym głosem. Raz mu się „załamał” - w „Inside”, ale to zdarza się nawet mistrzom. Jak na takiego zwykłego faceta przystało szybko po koncercie przyszedł do swoich fanów dając jeszcze trochę sympatyczności tym, którym ponad półtoragodzinny koncert nie wystarczył.

 

Zdjęcia:

Believe Stiltskin Stiltskin Stiltskin Stiltskin Stiltskin Stiltskin Zwarte Poezie
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Riiva with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.