Polskie weekendy z cenionymi formacjami z kręgu progresywnego rocka stają się już pewną tradycją i domeną Independent Music Market i Oskar Records. Po Pendragonie i IQ przyszedł czas na kolejną brytyjską formację – Mostly Autumn – która na dwa dni zajechała do zabrzańskiego Wiatraka, by spotkać się ze swoimi polskimi (i nie tylko polskimi) fanami…
Grupa Briana Josha jest już przedstawicielem nieco młodszej fali wyspiarskiego proga, choćby w porównaniu do wspomnianych klasyków z Pendragonu i IQ, dlatego też i jej popularność nie jest aż tak znaczna jak formacji Nicka Barretta, czy Mike’a Holmesa. Dlatego też i publiczność nie była tak liczna, jak na poprzednich weekendach, niemniej i tak, na koncertach gwiazdy, każdego wieczoru, pod względem frekwencyjnym sala wyglądała całkiem zacnie.
Schemat weekendu był podobny do tych wcześniejszych. Każdego dnia zebrani oglądali występ Mostly Autumn poprzedzony koncertem jakiegoś gościa. Po występach odbywały się sesje Meet & Greet z muzykami, podczas których każdy mógł zamienić kilka słów z artystami, podpisać sobie płytę, czy otrzymany plakat, bądź też zrobić sobie szybką fotkę z wybranym muzykiem. Już w sobotę, wczesnym popołudniem, odbyła się oficjalna sesja zdjęciowa z całym zespołem, a fotografie można było odebrać tuż po sobotnim występie. Nieco później odbyła się sesja Q&A, podczas której siedzący na scenie przed publicznością artyści odpowiadali na pytania przybyłych. Muzycy opowiadali między innymi o swoich inspiracjach, ulubionych płytach z dyskografii, szansach na wznowienie starszych płyt, nieco żartobliwie o życiu małżeńskim w trasie, czy wreszcie o tym, jak bardzo cenią i szanują polskich fanów.
Pisząc o pozakoncertowych wątkach warto wspomnieć, że każdy z uczestników weekendu otrzymał piękne smycze z takowym laminowanym identyfikatorem , zawierającym logo i program weekendu, materiałowe opaski na każdy dzień oraz unikatowy magnes z grafiką wydarzenia. Nie muszę dodawać, że każdy z tych drobiażdżków, to prawdziwa perełka w kolekcji każdego fana zespołu.
Czas na to, co najważniejsze, czyli same występy. Przyznam otwarcie – i nie będę tu pewnie oryginalny – że zakochałem się w grupie Mostly Autumn słuchając jej pierwszych pięciu płyt powstałych jeszcze na przełomie wieków… a potem jakoś mój entuzjazm powolutku opadał. Być może przez często wydawane przez nich płyty, niemające tej wyjątkowej iskry z pierwszych wydawnictw (a może i zalewający słuchacza kolejnymi płytami muzyczny rynek) przestałem nadążać ze śledzeniem ich poczynań i wnikliwym wsłuchiwaniem w ich kolejne płyty. Gdy dodam do tego, że miałem ogromną przyjemność być na ich jedynym do tej pory koncercie w Polsce, 13 lat temu w Inowrocławiu, nie będę ukrywał, iż nie miałem jakichś wypieków na twarzy i wielkich oczekiwań związanych z weekendem.
I co? I przeogromnie pozytywnie się zaskoczyłem! Bo zespół zaprezentował się na scenie iście wybornie i pokazał klasę w każdym calu. Widać, że artyści solidnie przygotowali się do tego wydarzenia. Nie zastosowali, jak często to bywa, wieczorów tematycznych z jednym albumem, przygotowali zaś dwie przekrojowe setlisty – trwającą równe 2 godziny piątkową i tę sobotnią, o 10 minut dłuższą. Jak policzyłem, zagrali łącznie 36 utworów, w tym 34 własne, z 12 albumów (pominęli tylko reprezentantów Music Inspired by The Lord of the Rings, Storms Over Still Water i Glass Shadows). A gdy dodamy do tego siedmioro muzyków na scenie, w tym dwóch gitarzystów i dwoje klawiszowców, nietrudno będzie zauważyć ogromny rozmach samego przedsięwzięcia. Zresztą, muzycy Mostly Autumn to prawdziwe „koncertowe zwierzęta” – artyści, którzy z ogromną pasją, lekkością, ale i techniczną biegłością angażowali się w każdą minutę występu.
Momenty? Było ich mnóstwo. Zacznijmy od niezwykłej Olivii Sparnenn, prywatnie żony Briana Josha, która jest w formacji od ponad 20 lat, choć obowiązki głównej wokalistki przejęła na albumie Go Well Diamond Heart. Ci, którzy być może jeszcze narzekają, iż w zespole nie ma śpiewającej na pierwszych ośmiu płytach zespołu Heather Findlay, powinni zobaczyć te dwa zabrzańskie koncerty. Bo Olivia nie tylko wyglądała niezwykle kobieco i zjawiskowo (każdego dnia miała inną kreację, a nawet odmienną fryzurę!), ale przede wszystkim doskonale śpiewała i biła z niej ogromna sceniczna charyzma.
Piątkowy wieczór, zdominowany przez ostatni album Seawater, z którego wybrzmiało sześć kompozycji, przyniósł między innymi energetyczny klasyk Nowhere to Hide (Close My Eyes), przepiękną balladę Passengers, cudny The Last Climb, i urzekające wykonania wzniosłych The Night Sky i If Only for a Day.
Prawdziwa magia działa się jednak następnego dnia wraz z takimi killerami, jak Evergreen, Mother Nature oraz niezniszczalnym i obowiązkowym Heroes Never Die. W tym ostatnim, w transowym, szaleńczym ogonie, była taka energia, że nawet schowany przez oba koncerty z tyłu sceny basista Andy Smith wtargnął na jej środek i tak energetycznie zaczął szarpać struny, iż miało się wrażenie, że za chwilę je zerwie. A wszystko zwieńczyło kapitalne wykonanie Floydowego Comfortably Numb, w którym Brian Josh popisał się kolejną niesamowitą solową tyradą gitarową. Publiczność momentami, na te sceniczne wydarzenia, reagowała wręcz ekstatycznie, długo rytmicznie klaszcząc i nie pozwalając zespołowi zbyt szybko zacząć kolejnej kompozycji. Muzykom trudno momentami było ukryć szczerą radość z tego, co widzieli i słyszeli przed sobą. I tylko szkoda, że zespół nie zagrał nic z mającego swoją premierę wszak już za trzy tygodnie nowego albumu Life In The Mirror. Mimo tego małego braku muszę uderzyć się w pierś, bo zdecydowana większość kompozycji – także tych z późniejszych, niedocenianych przeze mnie albumów – wypadła rewelacyjnie i rekompensowała ów brak.
Gościem pierwszego dnia weekendu była formacja Red Sand. Sympatyczni Kanadyjczycy zagrali godzinny set z muzyką łączącą inspiracje Pink Floyd, wczesnym Marillionem i Genesis, pełną rozbudowanych gitarowych solówek i klawiszowych pasaży. Ze sceny wybrzmiały między innymi takie kompozycje jak Blame z Mirror of Insanity, Very Strange z Gentry, czy wieńczące koncert, trwające 20 minut A World Without War, tytułowe nagranie z ostatniego, wydanego dosłownie przed chwilą albumu.
W sobotę, przed Mostly Autumn, wystąpiła formacja Beyond The Event Horizon, która w awaryjnym trybie, w ostatniej chwili, zastąpiła holenderską grupę Leap Day (przyczyną odwołania przyjazdu była choroba jednego z muzyków). Nasi rodacy, choć wpisujący się w szerokie ramy progresywnego rocka, zaprezentowali jednak muzykę z zupełnie „innej bajki”. Ich występ, oparty o materiał z tegorocznego, świetnego zresztą i recenzowanego u nas Contact, przyniósł mroczną, transową, niewolną od ciężkich, gitarowych, wręcz progmetalowych riffów, muzykę. Do tego „napakowaną” intensywną i kosmiczną elektroniką, ozdobioną nielicznymi wokalizami Asi Malickiej i… materiałami multimedialnymi wyświetlanymi z tyłu sceny. I choć ich koncert nie wywołał takich emocji, jak set gwiazdy wieczoru, to fani takich brzmień powinni być usatysfakcjonowani. Ci pragnący od nich więcej, będą mogli ich jeszcze w tym miesiącu zobaczyć na trzech koncertach przed szwedzkim Oh Hiroshima.
Tekst i zdjęcia: Mariusz Danielak