W sobotni wieczór, kilka chwil przed 23, jedenasta edycja mini-festiwalu Progressive Evening przeszła do historii. Po raz pierwszy uczestniczyłem w tym wydarzeniu, zatem nie mam jakiegoś punktu odniesienia, niemniej impreza robiła świetne wrażenie i fani niebanalnych, głównie progresywnych dźwięków, musieli opuszczać Miejskie Centrum Kultury z dużą dozą satysfakcji…
Rozmach wydarzenia naprawdę robił wrażenie. Bo niepozorne wejście do budynku, pomieszczonego przy jednej z wąskich ulic centrum miasta, kryło tuż za nim klimatyczne foyer już pełne ludzi, stylową restaurację, niezwykle bogaty stolik z merczem, pełen płyt występujących artystów, no i przede wszystkim dużą, przestronną i nowoczesną salę, która – jak się okazało – pozwoliła licznie zebranym na obcowanie z naprawdę dobrej jakości brzmieniem. Już pomijam fakt, że po wspomnianym foyer przechadzała się ogromna maskotka z logo festiwalu, goście mogli stać się posiadaczami pamiątkowych magnesów z wydarzenia, a jego całość była transmitowana w sieci.
A skoro o magnesach - nie ukrywam, że dwoma głównymi, które przyciągnęły mnie do grodu nad Brdą, było norweskie Gazpacho, którego dawno nie widziałem, oraz szwedzki muzyk, Kristoffer Gildenlöw. Nie oni jednak tego wieczoru skradli moje (i pewnie nie tylko moje) serce. Bo największą niespodzianką imprezy stała się brytyjska grupa Wille and the Bandits, która już choćby nazwą, ale i samą muzyką nie sugerowała bliskości z progresywnym rockiem. Cóż, po raz kolejny okazało się, że takie odmienne stylistycznie muzyczne dania, niezwykle ożywiają ubrany w pewien format festiwal. Gdy zaczęli, rychło wrzuciłem ich do retro rocka z okolic szwedzkiej Sieny Root, ale gdy odpalili przepiękną balladę Four Million Days z Paths natychmiast pobiegłem nabyć sobie ów wilnyl, a gdy po chwili wróciłem atmosfera zdawała się narastać, gdyż muzycy serwowali nie tylko zgrabne riffy, Hammondowe zagrywki i dobre melodie, ale przede wszystkim siali mnóstwo pozytywnej energii. Wyrazem tego było z pewnością najgorętsze, by nie powiedzieć, entuzjastyczne przyjęcie.
Całe wydarzenie, z niewielkim poślizgiem, oficjalnie otworzył sam wojewoda, zaś muzycznie zainaugurował je Kristoffer Gildenlöw. W Polsce bywał już wielokrotnie z cenionym u nas Pain Of Salvation, w którym pełnił rolę basisty. Jednak od wielu lat artysta rozwija swoją solową karierę i w takim formacie przybył nad Wisłę po raz pierwszy! I już to było prawdziwym smaczkiem występu, podczas którego muzykowi towarzyszyła, między innymi, jego piękna żona, Holenderka Liselotte „Lilo” Hegt, grająca na basie. Godzinny występ zdominowały oczywiście kompozycje z ostatniego, tegorocznego albumu [humanised], w którym muzyk powrócił do cięższego, progmetalowego brzmienia. I było je słychać, choćby w Landfill i The Field, bliskich stylistyce Pain of Salvation. Okrasą występu było wszak cudowne Empty z poprzedniego krążka muzyka.
Nie ukrywam, że do Norwegów z Avkrvst nie mogę się do końca przekonać. Oglądałem ich już w tym roku po raz drugi (wcześniej, podczas lipcowego Ostrów Rock Festival) i za każdym razem – mimo wielu zachwytów wokół – jakoś pozostawałem przy swoim. Oczywiście, bardzo szanuję techniczną biegłość młodych muzyków i mierzenie się z niełatwą materią, niemniej uważam, że lepsze rzeczy jeszcze przed nimi, bo mają potencjał. Ich set zdominowały nagrania z The Approbation i Waving at the Sky, ciepło przyjęte przez publiczność, która mogła usłyszeć – i tu posłużę się cytatem z Michała Majewskiego, z zaprzyjaźnionego MajMusic, który bardzo ich ceni – zgrabną mieszankę Anekdoten i Porcupine Tree.
Wieczór zakończyło Gazpacho. Po tak energetycznych występach (szczególnie Wille and The Bandits) wiele wskazywało na to, że mocno atmosferyczna, oniryczna i stonowana muzyka Norwegów może się na finał nie obronić wśród już nieco zmęczonej publiczności. Nic bardziej mylnego! Świetne brzmienie, znakomite multimedialne tło, bardzo dobra setlista (oprócz nowych rzeczy, takich jak 8-Ball, Gingerbread Men, Sky King i Starling, były utwory z kilku innych albumów, takich jak Tick Tock, March of Ghosts, Missa Atropos, Night, czy Soyuz) i ogólna magia, jaką zwykle potrafią wywołać, sprawiły, że zebrani stali jak zahipnotyzowani. A już obowiązkowe, zagrane na koniec, przecudowne Winter is Never (z tradycyjnym przedstawianiem muzyków) było prawdziwą wisienką na torcie. Mimo gorących braw artyści nie wyszli już na bis, choć obiecali, że za chwilę pojawią się wśród fanów.
Miłym dopełnieniem Progressive Evening była zorganizowana w środku wydarzenia, w ramach cyklicznych „Bliskich spotkań”, rozmowa z Maciejem Karbowskim, muzykiem Tides From Nebula ale też i cenionym producentem muzycznym. Niezwykle ciekawy wywiad dotykał nie tylko brzmieniowych technikaliów, ale także roli sztucznej inteligencji i social mediów we współczesnej muzyce.
Tekst i zdjęcia: Mariusz Danielak