Nie lada gratka czekała na fanów twórczości Micka Mossa w miniony piątek, w warszawskim VooDoo Clubie…
Muzyk oczywiście dość regularnie przybywa do naszego kraju z koncertami solowymi, czy z Antimatter i to zarówno w akustycznej, jak i w pełni elektrycznej formule, ale tym razem było jeszcze inaczej…
Bo oto po 12 latach artysta ożywił swój projekt Sleeping Pulse stworzony z portugalskim muzykiem Luísem Fazendeiro. W 2014 roku panowie nagrali pierwszy album Under The Same Sky a w tym roku ukazał się jego następca zatytułowany Dreams & Limitations. I tak sobie to Moss wymyślił, że w związku z premierą tego krążka zagra trasę pod szyldem An Electric Evening of Sleeping Pulse & Antimatter, podczas którego zaprezentuje muzykę tych swoich dwóch artystycznych twarzy.
Jeden z czterech polskich koncertów tego tournée odbył się w Warszawie i przyciągnął do kameralnego VooDoo Clubu niemałą rzeszę wielbicieli twórczości Brytyjczyka. Najpierw, kwadrans po anonsowanej 19, wyszedł zespół Sleeping Pulse. A w zasadzie… Antimatter grający materiał Sleeping Pulse. Żeby była jasność, podczas tej trasy nie towarzyszy Mossowi wspomniany Fazendeiro a wieloletni gitarzysta Micka, Dave Hall, basista Paul Holligan oraz perkusista Fab Regmann.
Kwartet, w niespełna 50-minutowym secie, zaprezentował mieszankę kompozycji z dwóch dotychczasowym albumów, choć – co ciekawe – w mniejszości były numery z promowanego Dreams & Limitations (Dreams & Limitations, Rise, The Butterfly Collector, The Constraint). Więcej, bo aż sześć piosenek, muzycy zagrali z Under The Same Sky, w tym kończący oba występy, przepiękny i przejmujący The Blind Lead The Blind. To przed nim, niezbyt wylewny tego wieczoru w słowa Mick – ograniczający się w zapowiedziach utworów do tytułu i krótkiej informacji o czym on jest – powiedział więcej osobistych słów. A wcześniej, niejako w brzmieniowej kontrze do The Blind Lead The Blind, warto było zwrócić uwagę na potężny i energetyczny Rise. I choć muzyka projektu zabrzmiała generalnie nieco surowiej, wszak bez kilku instrumentów, które na płytach zagrały, usłyszenie tych kompozycji na żywo było dużą przyjemnością.
Po 20-minutowej przerwie ten sam skład powrócił na deski VooDoo Clubu, być może nawet z nieco potężniejszym brzmieniem, i zagrał wybór ośmiu utworów z dwóch płyt Antimatter, Fear Of A Unique Identity i Black Market Enlightenment, zaczynając od mojego ukochanego The Third Arm a kończąc na znakomitej i transowej Paranovie. Moim wszak faworytem było kapitalne wykonanie Monochrome, zaś ze scenicznych postaci wyjątkowo warto wyróżnić gitarzystę Dave’a Halla grającego także na altówce, ale też robiącego piękne wokalne harmonie Mossowi.
Mroczny, piątkowy wieczór, choć na scenie pełen niebieskości i czerwieni, zwieńczony został spotkaniem fanów z niezwykle ciepłym i jak zawsze sympatycznym Mossem już za „merczowym” stolikiem.