Przygotowania do Castle Party trwały w najlepsze, gdy nagle dowiedzieliśmy się, że Ronan Harris musiał poddać się zabiegowi medycznemu, który na jakiś czas wyłączy go z życia koncertowego, a co za tym idzie - nie wystąpi z zespołem VNV Nation w tym roku na festiwalu. Ale Organizatorzy znaleźli zespół zastępczy, który mnie naprawdę ucieszył - Covenant. Bo gdy pierwszy raz w 2009 roku pojechałem do Bolkowa, to przede wszystkim dlatego, że miał tam wystąpić Eskil Simonsson z zespołem (miał też wystąpić zespół Indukti, który właśnie wydawał drugą płytę i była szansa przedpremierowo usłyszeć nowe kawałki).
Organizatorzy mocno kombinują, żeby zachęcić publiczność do uczestnictwa już od pierwszych występów, pewnie dlatego zespołem otwierającym festiwal był zespół Meluzyna, który przebojem zdobył (nie tylko) moje serce. Po dawce punk-goth-rocka sceną zawładnął Oland Cox z zespołem After The Sin. Tu już było bardziej zimnofalowo i równie interesująco. Zresztą jak to zwykle w czwartek - sceną rządziły zespoły grające typowe okolice gotyckiej zimnej fali i myślę, że z tego powodu headlinerem małej sceny został zespół Merciful Nuns, poniekąd stały bywalec scen bolkowskich - Artaud Seth występował tu już chyba we wszystkich swoich muzycznych wcieleniach.
W drugim dniu festiwalu ruszyła scena zamkowa, co spowodowało przeniesienie na nią całej uwagi. Organizatorzy zachęcali już od pierwszego zespołu, dawniej znanego pod nazwą Digital Angel, teraz The Last Digital Angel. Niestety nie udało mi się dotrzeć na zamek, pojawiłem się trochę później, gdy już publiczność rozkołysał Rotersand. Zaraz potem pałeczkę przejął angielski synthpopowy skład Empathy Test. Ale to nic, bo chwilę później mieliśmy niezły Meksyk. Kuzyni z Hocico zrobili nam po raz kolejny solidną electro-rozwałkę. Diary of Dreams rozpoczęło bardzo dobrze, niestety pogoda miała inne zdanie i postanowiła spuścić nam lanie - na szczęście obyło się bez ewakuacji, mimo to deszcz spowodował, że wolałem odpuścić całą resztę koncertu i schronić się na kwaterze. Opad był intensywny, ale na szczęście krótki i nie wyrządził żadnych szkód, tym chętniej popędziłem na spotkanie z Covenantem. Tak, mam do nich słabość i mimo że w wersji studyjnej brzmią lepiej, to emocje przekazywane ze sceny doskonale łatają te dziwne dysonanse, których doświadczam, słuchając zespołu na żywo.
Trzeci dzień festiwalowy rozpoczęła rodzima formacja Her Own World. Bardzo fajny kawałek mrocznej elektroniki, z uroczą Yu na wokalu. Dodatkowo występ wzbogaca swoim performansem Kamila, pseudonim sceniczny Louve - wieloletnia uczestniczka festiwalu po stronie publiczności, obecnie także mocno zaangażowana w pokazy ognia i mody alternatywnej. Podczas gdy na dużej scenie grał The Silverblack, zajrzałem na małą scenę, gdzie trafiłem na muzykę bardziej eksperymentalną - zespół Infamis Tenebre, a później The Allegorist zachęcały do chłonięcia muzyki na siedząco. Co prawda ciekawość podsuwała jeszcze pozostanie na scenie parkowej, jednak zestawienie zespołów dużej sceny skutecznie wywołało chęć zdobycia po raz kolejny dziedzińca zamkowego. Totalną rozwałkę przygotował nam Dawn of Ashes. Trochę memicznie i z przymrużeniem oka można spuentować: „przecież mamy Marilyn Mansona w Bolkowie” - już poprzedni występ Kristofa Bathory’ego na zamku w 2019 roku mógł u niektórych wywołać palpitacje serca, w tym roku tradycja była podtrzymana - ostre electro, sceniczny look oraz to wszystko, co się dzieje na scenie, nie jest dla ludzi o słabym sercu. Zespół zrobił fanom niespodziankę, chociaż można było się tego spodziewać - w pewnym momencie na scenie pojawiła się Ericka Dunham, która miała wystąpić następnego dnia z własnym repertuarem. Tym razem wspomogła wokalnie Kristofa, tak jak na nowej płycie zespołu. Solidna porcja industrialu z Ameryki tak skutecznie nakręciła atmosferę, że uspokoić nas musiała Kari Rueslåtten z zespołem The Third and the Mortal. Nie na długo, Tribulation ponownie pokazało, że tego dnia rządzi mocne uderzenie. Gwiazda wieczoru Moonspell pokazała, że nie muszą kryć się w mroku - cały koncert był feerią barw: piękny czerwony podczas Vampirii, narodowe barwy podczas Alma Mater, a to wszystko łącznie z ładnie zbalansowaną bielą podczas chwili dla fotoreporterów.
W niedzielę miałem mocne postanowienie uwiecznienia jak największej liczby zespołów na obydwu scenach. Niestety pogoda płatała figle i po słonecznym popołudniu potrafiła spuścić deszcz, najczęściej wtedy, kiedy miałem się poruszać pomiędzy scenami, więc nie zawsze udawało mi się trafić w slot fosowy, a to też spowodowało, że bardziej skupiłem się na obrazach niż na muzyce.
Na pewno wartym zobaczenia i posłuchania był koncert Skáld, francuskiego składu grającego nordycki folk. Gdzie Francja, a gdzie Skandynawia!? Jednak muzycy bardzo przykładają się do roli, używając instrumentów wzorowanych na tych z epoki. Zasłużona gwiazda wieczoru.
Dla rozluźnienia na sam koniec, żeby zamknąć festiwal, poszedłem jeszcze na małą scenę, gdzie swój specjalny występ miał taneczno-gotycki Extize. Co tam się działo! Niewątpliwie było to zwieńczenie festiwalu, zespół i publiczność doskonale się bawili przy przeróbkach przebojów tanecznych, jak choćby Gothy Cool. Odbijane przez publiczność dmuchańce uzupełniały zabawę. Jakby tego było mało, na scenie pojawiło się kilku niespodziewanych gości - Agnis (Agnieszka Leśna, znana z zespołu Desdemona) czy wcześniej występujący na tej scenie Mortes.
I tak zakończył się kolejny festiwal w Bolkowie. Pozostaje czekać do następnego roku, by dać się ponieść niesamowitej atmosferze imprezy.