Peter Hammill wrócił, aby się – być może – pożegnać.
Przyjechał na dwa koncerty do Polski, a ja zdecydowałem się zobaczyć oba. I warto było – nie tylko dlatego, że w Krakowie i Warszawie nie powtórzył się żaden (!) utwór. Klimat obu występów był wyjątkowy, ale też mocno odmienny.
Zarówno krakowskie Studio, jak i warszawskie Palladium były pełne, a dużą część oglądających stanowili zagraniczni fani Artysty korzystający z rzadkiej ostatnio okazji, by go zobaczyć na żywo. To były pierwsze od dawna koncerty Hammilla i pierwsze po wydaniu jego nowej płyty, z której po jednym utworze miały światową premierę w Polsce. Hammill coraz bardziej wygląda na swoje 78 lat, często ocierał twarz ręcznikiem, głosowo też już miał momenty, gdy nie wyciągał wysokich partii. Ale nadal jego głos jest jedynym w swoim stylu instrumentem, wypełniającym wraz z fortepianem czy gitarą przestrzeń gęściej niż wiele zespołów w pełnym składzie.
Jak wspomniałem, klimat obu występów był odmienny. Na krakowski zabrałbym kogoś, kto Hammilla dopiero poznaje, warszawski był dla jego koneserów. Hammill generalnie nie jest rzecz jasna specjalistą od pogodnych i wesołych kawałków, ale jego twórczość ma odcienie: jaśniejszy i mroczniejszy, spokojniejszy i bardziej gęsty. W Krakowie więcej było tego pierwszego odcienia, w Warszawie więcej drugiego.
W sobotę punkt o 20 Hammill wszedł na scenę, usiadł przy fortepianie i zaczął z grubej rury: Searching for diamonds in a sulphur mine… My Room, jeden z najpiękniejszych fragmentów mojej ukochanej płyty VdGG. Dalej kolejne klasyki: Curtains, Just Good Friends i Easy To Slip Away, wreszcie Generatorowy The Siren Song. Przesiadka za gitarę i znów same Hammillowe klasyki: The Comet, The Course, The Tail, Shingle Song i brawurowo zaśpiewana Ophelia, przedzielone cięższymi Last Frame i Driven. Tę część koncertu zakończył kolejny koncertowy klasyk – Patient. A potem Hammill przesiadł się znów za fortepian, zapowiedział „pół-optymistyczny” A Better Time, po czym światową premierę For A Rainy Day z nowej płyty. Mercy i tak uwielbiany przez (nie tylko polskich) fanów Mistrza A Way Out. Widziałem i słyszałem wiele interpretacji tego niezwykłego utworu i każda z nich jest inna, i w każdej Hammill oddaje część siebie, i każda z nich wzrusza. Tak też było w Krakowie. Traintime i wiadomo było, że to już koniec właściwego setu. Po chwili Hammill wraca i zapowiada „bardzo stary utwór” – przepiękną Van der Graafową balladę Refugees. Zapalają się światła, to już koniec.
W Warszawie ballady jak były, to – z nielicznymi wyjątkami – te mroczne. Zaczęliśmy od Don’t Tell Me, gdzie Peter w kilku miejscach naprawiał pomyłki w grze na fortepianie improwizacją. Po Mirror Images nastąpił jeden z najciemniejszych i najbardziej pesymistycznych utworów kiedykolwiek przez Hammilla nagranych – Time To Burn. Set fortepianowy zamknęły Stranger Still i The Descent, po czym Artysta zapowiedział „a kind of love songs” – The Habit of the Broken Heart i (On Tuesdays She Used To Do) Yoga. W ogóle Hammill mało mówił podczas tych koncertów, może poza chwilami przerwy na strojenie gitary. Comfortable? i jeden z niewielu „jaśniejszych” momentów z Palladium – przepiękna ballada If I Could, chociaż z wysokimi partiami jej bardzo trudnej linii wokalnej Hammillowi było już coraz trudniej sobie radzić. Ale po chwili znów wróciliśmy w mroczne klimaty: Time for a Change, po czym mieliśmy krótką wycieczkę do Cichego zakątka i pustej sceny – entuzjastycznie przyjęte Modern, przesiadka za fortepian i The Lie. Teraz pojawiła się kolejna premiera z nowej płyty – So Much Water, po niej That Wasn’t What I Said i Four Pails. Wreszcie tak jak zaczęliśmy cały weekend z Hammillem płytą Still Life, tak teraz zaintonował Citadel reverberates to a thousand voices, now dumb / What have we become? What have we chosen to be? – wprowadzające tytułowy utwór z tej płyty, jeden z najgęstszych jaki kiedykolwiek napisał, bite osiem i pół minuty melorecytacji przeplatanej zgiełkiem. I było jasne, że to jest już koniec.
No, prawie koniec, bo gdy publiczność urządziła standing ovation, przy na wpół zgaszonych światłach, Mistrz wyszedł na scenę i zaśpiewał a capella jedną ze swoich – oryginalnie – love songs.
I am me
I was so before you
But afterwards I am not the same
You are gone
And I am with you
This will never come again
I trudno było oprzeć się wrażeniu, że tym razem te słowa miały wydźwięk pożegnania – z nami. Jest bardziej prawdopodobne niż mniej, że to był ostatni koncert Hammilla w moim życiu, i wracając myślałem o tym, jak ponad trzydzieści lat temu przebijałem się przez Still Life, momenty wzruszeń przy Fireships, grudniowy koncert z 1999, tę wigilię, w którą zrozumiałem A Way Out. I Louse siedem lat temu w Krakowie.
To był niezwykły weekend z jednym z najważniejszych muzyków w moim życiu.
Fotografie: Adam Grzyb / Tomasz Kaszkur