ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 08.06 - Żórawina
- 21.06 - Sosnowiec
- 22.06 - Warszawa
- 29.06 - Toruń
- 30.06 - Toruń
- 11.07 - Bolków
- 12.07 - Bolków
- 13.07 - Bolków
- 14.07 - Bolków
- 12.07 - Żerków
- 13.07 - Katowice
- 14.07 - Katowice
- 17.07 - Warszawa
- 21.07 - Warszawa
- 26.07 - Łódź
- 27.07 - Łódź
- 28.07 - Łódź
- 27.07 - Ostrów Wielkopolski
- 28.07 - Ostrów Wielkopolski
- 11.08 - Kraków
- 23.08 - Inowrocław
- 24.08 - Inowrocław
 

felietony

09.09.2011

Rock Psychodeliczny - część II

Opowiem teraz krótką historię pewnego stylu muzyki rockowej, który na zawsze zmienił świat. Ponad 80% płyt rocka progresywnego w latach 70. było niczym innym jak idealną ewolucją psychodelii.

strona 1 z 2

Sezon rozkwitu – piękno psychodelii

Gdyby zechcieć opisać wszystkie albumy psychodeliczne wydane w roku 1967 nie wystarczyłoby tutaj miejsca. Tak wielkiego nagromadzenia materiału i pomysłów muzyka rockowa nie przeżywała nigdy wcześniej. Tysiące nowych kapel do niedawna będących przedstawicielami rocka garażowego i beatu zaczyna wkraczać w ożywczą erę. Postaram się opisać jedynie najważniejsze albumy z tego okresu, gdyż tak jak mówiłem – bezcelowe byłoby przedstawienie setki innych – choć niektórych równie wspaniałych – płyt.

No i wkraczamy w fazę rozkwitu. Ten czas będzie obfitował w brzemienne dla muzyki rockowej wydarzenia – Lato miłości, pojawienie się Hendrixa, Joplin, Morrisona, zespołów Pink Floyd, Jefferson Aiprlane, Grateful Dead, The Velvet Underground… Jakby zebrać to wszystko nieładnie mówiąc do kupy to otrzymalibyśmy ładny kawał historii. Ten rok kojarzy się również (a może przede wszystkim) z hipisami. To właśnie początek 67’ jest uznawany oficjalnie za powstanie całego ruchu hipisowskiego. 14 stycznia 1967 zorganizowany został happening Human Be-In (na którym grało wiele zespołów stanowiących później o sile rocka psychodelicznego – Country Joe And The Fish, Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, Jefferson Airplane), celem zaprotestowania przeciwko delegalizacji LSD. Narkotyk ten tak bardzo zasmakował młodym ludziom, że pod przewodnictwem Timothy’ego Leary’ego zdecydowali się na krok ku „lepszej przyszłości”. Te małe ruchy o których pisałem na samym początku z czasem nasilały się, aż w końcu w styczniu 67’ połączyły się w jeden, mający jasno określony cel i zadania. Make Love, Not War. Hipisi.

Leary po wygłoszeniu swojego wykładu, w którym namawiał do łykania leków bez recepty – LSD, został oczywiście pozbawiony funkcji którą pełnił do tej pory – mianowicie profesora Harvardu (zacna funkcja, nie ma co). Wg niego po zażyciu LSD (który nazywał nowym sakramentem) ludzie wiodą „bogate życie duchowe”, są spełnieni religijnie i przepełnieni uczuciami (szczególnie miłością). Kwas miał być zbawieniem dla ludzkości, miał poszerzać świadomość i horyzonty myślowe. Nikt nie przypuszczał że wielu ludzi doprowadzi do uzależnienia od twardszych narkotyków, a muzyków do popadania w konflikt z prawem i postępowania ich chorób psychicznych. Nie da się jednak ukryć, że dostarczył on również światu ogrom kapitalnych płyt psychodelicznych, mnóstwo zespołów, festiwali, artystów… To właśnie LSD było źródłem inspiracji dla prawie wszystkich wykonawców roku 1967. Przechodząc więc do wątku muzycznego warto jeszcze wspomnieć, że tak gigantyczny postęp jaki na przestrzeni lat 65-67 dokonał się w interpretacji, technice i szybkości gry na wszelkich instrumentach muzycznych już nigdy później nie zostanie powtórzony. To chyba wystarczy żeby nazywać ten okres najważniejszym dla rocka.

No więc mamy sobie styczeń 1967. Leary wyrzucony, hipisi budzą się do życia. A w świecie muzyki? A no cóż, już na samym początku roku dostajemy solidną porcję psychodelii. Oto bowiem po kilkumiesięcznym pobycie w studiu wychodzi debiutancki album The Doors (5 styczeń to dokładna data wydania). Nie można było sobie lepiej wyobrazić początku ery hipisowskiej. Jim Morrison stał się z dnia na dzień szamanem rocka, dzikim i nieokrzesanym wokalistą, nazywającym siebie „Królem Jaszczurem” i wprowadzającym mnóstwo indiańskich akcentów na własnych koncertach. Na debiutanckim albumie mamy do czynienia z niespotykanym dotąd połączeniem tekst-muzyka. Świetne treści niesie za sobą „Break on Through”, „The Crystal Ship”, „Light My Fire” (największy w tamtym okresie przebój The Doors) i równie znienawidzony co kochany przez masy „The End”. Literackość tej płyty bierze się jakby z niej samej. Liryki Morrisona bardzo szybko znalazły zwolenników (byli jednak również tacy, którzy nie widzieli niczego niezwykłego w tekstach Jima – będąc najczęściej oburzonymi gdy słyszeli o uprawianiu seksu z własną matką). Album został oceniony bardzo wysoko. Zespół jednym słowem odniósł sukces. Głośno było jednak również o seksualnych i alkoholowych wybrykach grupy (zwłaszcza lidera…), co w tamtych czasach przysparzało mimo wszystko większej popularności. Debiutancki longplay The Doors można uznać za jeden z najlepszych wczesnych albumów psychodelicznych. Właściwie od razu po jego wydaniu Doorsi weszli do studia by nagrywać materiał na drugi album. Dużo piosenek powstało już wcześniej, przy okazji nagrywania debiutu. I tego samego roku we wrześniu (dokładnie 25) pojawia się LP „Strange Days”, jeszcze bardziej psychodeliczny i mroczny od poprzedniego. Przede wszystkim jednak jakby bardziej poukładany i równiejszy. I co najważniejsze – równie wspaniały. „When The Music’s Over” w założeniu bardzo przypomina „The End” z poprzedniej płyty. Długa, oniryczna pieśń wychwalająca znaczenie muzyki w codziennym życiu. Już otwierający płytę numer o tym samym tytule co cały album ukazuje postęp w grze – jest to jeden z lepszych psychodelicznych kawałków tego okresu. „People Are Strange” to z kolei jeden z krótszych utworów, mających za to bardziej literacki od innych tekst i przesłanie. Uwagę słuchacza zwrócić może również ciekawa okładka (jakże inna od okładki na debiucie). The Doors jako pierwszy wielki zespół (nie licząc oczywiście Fab Four) wkroczył na salony psychodelii. Wyprzedzili oni swoimi albumami inne kapele rockowe. Zarówno debiutancki LP, jak i „Strange Days” dzisiaj stanowią doskonały zapis stylu uprawianego przez grupę w tamtym czasie. Może są nieco mniej hipisowskie, ale nadal mocno psychodeliczne i silnie osadzone w świecie LSD. W tym samym miesiącu pojawia się również inny zespół, który po latach będzie jednak pamiętany tylko z powodu jednego albumu. Mowa tutaj o grupie Love pod przewodnictwem Arthura Lee. Album „Da Capo” również wychodzi na światło dzienne w styczniu 1967. Poprzedni LP zatytułowany po prostu „Love” przemknął bez echa. Nie było tej siły, jaką wówczas muzyka rockowa potrzebowała. „Da Capo” jest cięższym, bardziej zadziornym albumem. Nawet kolejny „Forever Changes” taki nie będzie. Tutaj słychać jeszcze wpływy garażu. Nie jest to czysto psychodeliczny rock. Na uwagę zwraca długa improwizowana pieśń „Revelation”, zajmująca na winylu całą stronę. Słychać styl śpiewania Lee, który stanie się wizytówką kolejnej płyty. Na „Da Capo” pojawiają się również organy i saksofon. Dęte instrumenty również jeszcze nie teraz będą myślą przewodnią. Tutaj jednak cały czas na przód wysuwa się gitara – typowa dla Love z końca 1966 i początków 1967. Dobry to album, na pewno zasługujący na dłuższe poznanie. Nie zmienia to jednak faktu, że psychodelia serwowana nam przez Arthura Lee i spółkę nie jest tak dojrzała jak na wydanym w tym samym czasie debiucie The Doors. Love nagrywali materiał na ten album też w zasadzie mniej więcej wtedy gdy ich sławniejsi koledzy. Niedostatki z „Da Capo” członkowie grupy rekompensują nam w pełni w listopadzie tego samego roku. Wtedy to wydana zostaje jedna z najlepszych płyt całego roku 1967 – „Forever Changes”. Przepiękne melodie połączone z delikatną nutką psychodelii (nakreślonej w naprawdę małym stopniu wbrew powszechnym przekonaniom, co jednak nie zmienia tego że album to czysto hipisowski i nawiązujący do psychodelii), użyciem wielu orkiestrowych instrumentów, a także wcześniej wspomnianych dęciaków. Bogactwo kompozycji fascynuje słuchacza od samego początku. „Alone Again Or” ma dźwięk gitary niczym we flamenco, „Andmoreagain” to bardzo delikatna ballada ze świetnym tekstem Arthura Lee, zamykający płytę „You Set The Scene”, bardzo bogato zaaranżowany, czy w końcu najbardziej psychodeliczny na płycie (bardziej chodzi mi tutaj o tekst niż samą melodię) „The Red Telephone”. W zasadzie „Forever Changes” nie ma słabych punktów. Wg magazynu Rolling Stone album zasługuje na 40 miejsce w historii najlepszych płyt kiedykolwiek nagranych, natomiast magazyn „Q” chyba nieco przesadził, ale jednak umieścił płytę na drugiej pozycji w rankingu na najlepsze psychodeliczne albumy wszechczasów. I co by dużo nie mówić – trzeci LP Love jest majstersztykiem, delikatnym wręcz akustycznym psychodelicznym albumem, należącym do ścisłej czołówki albumów lat 60. A wg mnie – jest to arcydzieło pełną gębą. Bez dwóch zdań.

Pisząc o Jefferson Airplane z tego roku ma się na myśli po pierwsze Grace Slick, a po drugie Surrealistic Pillow (zazwyczaj tak jest). To właśnie ten album otwiera kolejny miesiąc w roku 1967. Wydany dopiero w lutym, choć materiał był gotowy już parę tygodni wcześniej. Nie da się zaprzeczyć, że mamy do czynienia z kolejnym muzycznym arcydziełem. Nie tak równym jak następne płyty grupy, ale chyba najbardziej hipisowskim. To tutaj znajdują się dwa utwory które w niedługim czasie stały się hymnami młodzieży. Mowa oczywiście o „Somebody To Love” i „White Rabbit”. Pierwszy jest nawoływaniem do miłości – w myśl hasła „Czyńmy miłość, nie wojnę”, wpisujący się doskonale w idee wymyślone przez ruch hipisowski. Drugi natomiast to opis podróży po LSD po zaczarowanej krainie (ze szczególnym uwzględnieniem krainy z bajki „Alicja w Krainie Czarów”), gdzie królują gąsienice, grzyby, rycerze, króliki i przede wszystkim otwierające utwór magiczne pigułki „czyniące cię większym, albo mniejszym”, budzące skojarzenia z psychodelicznymi narkotykami. To jednak nie jedyne świetne utwory z tej płyty. Mamy tutaj też znakomicie zaśpiewane „Today”, czy „Comin’ Back To Me” – powolne, senne ale jakże naładowane narkotyczną wizją. To naprawdę dobry album, jeden z najbardziej reprezentatywnych w epoce hipisów. W krótkim czasie Jeffersoni stali się ukochaną grupą amerykańskiej młodzieży. Nie tylko ich zachowanie, ale i teksty utworów (poza opisywaniem swoich tripów, również manifesty antywojenne) były bardzo bliskie buntującym się młodym ludziom. Po paru świetnych koncertach i występach na słynnych festiwalach (chodzi mi szczególnie o Monterey o którym napiszę później) będąc pod wyraźnym wpływem LSD grupa nagrała jeden z najlepszych psychodelicznych albumów – „After Bathing At Baxter’s”. Jest on mocniejszy od poprzedniego, bardziej gitarowy i również zdecydowanie bardziej narkotyczny. Tutaj już wyraźnie zaznacza się wpływ gitary – co czyni ten LP łącznikiem pomiędzy psychodelią a acid rockiem. Grupa nagrywała go w dużej mierze w nocy, pracując do wczesnych godzin porannych co może dawać początkowo wrażenie nieco chaotycznych kompozycji. Ten chaos jednak urodził poczucie jeszcze większego wpływu narkotyków, których z resztą Jeffersoni na pewno sobie wtedy nie żałowali. Na uwagę zasługuje doskonała wręcz współpraca na płycie duetu Jorma Kaukonen (gitara prowadząca) i Jack Casady (gitara basowa). Co do poszczególnych utworów to warto pochylić ucho od razu nad całą płytą (z uwzględnieniem otwierającego „The Ballad Of You And Me And Pooneil”, dynamicznego „Wild Tyme”, niespokojnego i pięknie zaśpiewanego „Rejoice”, czy rozimprowizowanego „Spare Chaynge”), bo jest naprawdę kapitalna.

Po początku roku lata miłości widać jak na dłoni, że wysyp genialnych płyt dopiero następował. Nie było wtedy zespołu który nie grał w duchu psychodelii, ale i dzięki temu tworzono wręcz niezapomniane pejzaże dźwiękowe. Pod tym względem chyba tylko era rocka progresywnego (zespoły Yes, King Crimson, Genesis) jest bogatsza. Co jak co – najlepsze miało dopiero nastąpić.

Wiele grup początku 1967 zaczynało z czasem nadużywać narkotyków podczas koncertów. Kilka skrajnych przypadków mówi o rozstrajaniu gitar przez artystów będących pod wpływem, wymiotowaniu na scenie i poza nią, czy bełkotaniu bezsensownych frazesów do mikrofonu. Koncerty zespołów psychodelicznych roztaczały nad sobą jednak niesamowitą, mistyczną aurę – niepodobną do niczego innego. Jeśli ktoś chciał poczuć prawdziwego ducha psychodelii to musiał choć raz w życiu być na takim koncercie. Wśród undergroundowych kapel, grających często w starych, zadymionych klubach gdzie mieściło się raptem maksymalnie 100 osób, modne było „wspomaganie” publiczności będącej już po zażyciu psychodelików poprzez wyświetlanie na ścianach rozmaitych efektów świetlnych. Roztapiająca się folia, pulsujące światła, efekt „kolorowego oka” – wszystko to w połączeniu z obłędną muzyką i narkotycznym stanem dawało nieopisane uczucie istnienia w innym świecie. Mistrzami takiej konwencji były: Jefferson Airplane, Country Joe And The Fish, czy Grateful Dead. I to właśnie przy Grateful Dead warto zatrzymać się na sekundę, bo w marcu 1967 wychodzi ich debiutancki album. Płyta nie jest w żaden sposób jednak wyznacznikiem stylu grupy. Większość kawałków (poza „Morning Dew” i „Viola Lee Blues”) ma charakter bardziej piosenkowy niż improwizacyjny. Wizytówką grupy będą w przyszłości natomiast genialne improwizacje. Z debiutu warto zwrócić uwagę na wspomniane „Morning Dew”. Widać bardzo nieśmiałe podejście zespołu do zaburzonego rytmu (kolejnej cechy charakterystycznej Grateful Dead), rozmarzonego wokalu czy po prostu do psychodelii (album oczywiście psychodelicznym jest, ale w porównaniu do tego co zdarzy się w przyszłości to jednak ciężko zaklasyfikować debiutancki LP do tego gatunku). Nie mniej jednak po raz pierwszy pojawiają się improwizacje, jakże w tym czasie popularne podczas koncertów grupy. Właściwie może nie koncertów, lecz misteriów. Każdy bowiem uczestnik takiego „misterium” żeby zrozumieć w pełni muzykę graną przez Grateful Dead, musiał być po spożyciu środków psychodelicznych. Jeszcze bardziej ta tendencja będzie widoczna w roku kolejnym, a jeśli chodzi o albumy studyjne to prawdziwą psychodelię (mocno zdominowaną jednak przez acid rock) Deadzi pokażą na „Anthem Of The Sun” i „Live/Dead”. Ale o tym będzie później… A co do debiutu, to można posłuchać. Nie bronię nikomu…

W tym samym miesiącu wychodzi również album który przez wielu uważany jest za jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) w historii muzyki rockowej. Mowa tutaj o debiutanckim LP grupy The Velvet Underground zatytułowanym „The Velvet Underground & Nico”. Ciężko jednoznacznie określić jaki gatunek muzyki tutaj przoduje. Poza dwoma naprawdę kapitalnymi przykładami psychodelii („Venus In Furs” i „Heroin” – prędkość i styl piosenki są porównywane do rzeczywistego stanu po zażyciu heroiny) mamy raczej do czynienia z rockiem alternatywnym. Co wydaje się dziwne, bo przecież mamy dopiero rok 1967… Na tym właśnie polega nowatorstwo tego albumu. Nikt nie chciał go słuchać w epoce hipisów. Nikt również wcześniej tak ostro nie pisał o dragach jak Velveci na tej płycie. Ogólnie tematy na niej poruszane są lekko mówiąc kontrowersyjne. LP jednak został doceniony (i chyba przeceniony) dopiero po latach. Jakiegokolwiek nie miałbym zdania na temat debiutu Velvet Underground to jedno trzeba przyznać – wywarli przeogromny wpływ na rozwój muzyki. Wyprzedzili epokę o dziesięciolecie, zastosowali mnóstwo rozwiązań stylistycznych nieznanych wówczas nikomu. Chociażby dlatego każdy szanujący się fan muzyki rockowej (i psychodelicznej również) powinien poznać ten album od początku do końca. Ze szczególnym uwzględnieniem dwóch wymienionych wcześniej kawałków.

Nadchodzi kwiecień 1967. Bardzo ważny miesiąc dla psychodelii. Pojawia się na świecie (w końcu) jeden z moich ulubionych albumów psychodelicznych i jeden z najlepszych w ogóle – „Electric Music For The Mind And Body”. Tak mocnej psychodelii jaka jest zawarta na tym albumie próżno szukać wcześniej. Absolutnie narkotyczny nastrój, obłędne brzmienie gitar i w niektórych miejscach uśpiony wokal – te czynniki sprawiają że słuchacz chcąc nie chcąc czuje prawdziwego ducha rocka psychodelicznego (wystarczy już nawet popatrzeć na okładkę, na której mamy zespół w czterech odsłonach na koncertach za każdym razem występującego na tle wspomnianych przeze mnie wcześniej efektów świetlnych „wspomagających publikę”) . Warto zaznaczyć że duża cześć albumu (jak na przykład kapitalny „Bass Strings”) była gotowa już pod koniec roku 1966. Gdyby już wtedy cały LP wyszedł na światło dzienne stałby się z miejsca obiektem kultu i po dziś dzień uznawany by był za bezapelacyjnie najlepszy album z kręgu psychodelii. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na czas w którym został wydany był na tyle nowatorski i pionierski, że później bardzo wiele zespołów przyznawało się do wzorowania się na muzyce Country Joe And The Fish (m. in. West Coast Pop Art Experimental Band, Serpent Power, Bruce Palmer). Kolejny album wydany tego samego roku w listopadzie zatytułowany „I-Feel-Like-I'm-Fixin'-to-Die” nie był już tak porywający i psychodeliczny jak debiut, ale odniósł jednak większy sukces komercyjny głównie za sprawą otwierającego płytę utworu (mającego taki sam tytuł jak cały LP). Był to typowy protest song, co w tamtych czasach z miejsca przysparzało popularności. Z innych ciekawych dzieł z tej płyty warto nadmienić dwa bardzo psychodeliczne, stylistycznie pasujące idealnie do debiutu „Magoo” i „Pat’s Song”. Nie da się jednak ukryć, że to nie ten sam poziom psychodelii co na debiutanckim LP. Nie mniej jednak to wciąż Country Joe And The Fish – a więc obok obydwu tych arcydzieł (szczególnie wcześniejszego) nie można przejść obojętnie.

Kwiecień był w roku 1967 takim miesiącem, który zapoczątkował olbrzymie, wręcz rewolucyjne zmiany w postrzeganiu rocka psychodelicznego (i w ogóle rocka). Od tamtej pory nagrywano płyty już nie tylko pod kątem oczarowania słuchaczy wspaniałymi melodiami i słodkimi tekstami – tylko głównie po to, żeby zarówno muzycznie jak i w miarę możliwości tekstowo ukazać stan po zażyciu narkotyków. Płyta „Electric Music For The Mind And Body” była tego doskonałym przykładem. Idealnie nadawała się do wszelkiego rodzaju wspólnego „tripowania”, gdyż jedynie wzmagała wizje wywołujące przez psychodeliki (za pomocą mistycznych tekstów, niesamowitych melodii i również piekielnie psychodelicznej okładki – co stwarzało tę płytę prawdziwym totemem psychodelicznym). Zaczęło więc powstawać coraz więcej albumów które mogłyby dorównać osiągnięciu Country Joe i Rybki. Wszystkie największe dzieła tego typu powstały tuż po „Lecie Miłości” 67’. Można więc się łatwo domyślić, że różne substancje psychoaktywne będące podczas Lata Miłości na porządku dziennym „pomogły” w jakiś tam sposób twórcom i efekty były naprawdę porażające. Porażające głównie pod względem zbliżenia się do ideału przedstawienia wizji ponarkotycznej. Ze wszystkich trzech takich arcydzieł: The Piper At The Gates Of Dawn, H.P Lovecraft, Easter Everywhere, absolutnie każde zasługiwało na głębsze poznanie. O tych genialnych albumach będzie jednak za moment, bo trzeba powrócić jeszcze na chwilę do wspomnianego „Lata Miłości” i dwóch wydarzeń które wstrząsnęły muzyką psychodeliczną i rockową.

James Marshall Hendrix urodził się 27 listopada 1942 roku. Od dziecka przejawiał zdolności (i chęci) do gry na gitarze. Mimo iż pierwszym jego instrumentem była harmonijka ustna, to jednak w roku 1957 zakupił swoją pierwszą gitarę. Elektryka dostał od swojego ojca, dwa lata później. Od tamtej pory obserwować można rozwój największego gitarzysty wszechczasów. Został na krótko wcielony do wojska (zwolniony bo podobno źle upadł podczas skoku spadochronowego). Po tych wydarzeniach zaczął dorabiać tu i tam w lokalnych zespołach (razem z kompletnie nieznanymi dzisiaj The Squires czy podczas wielu sesji z bardziej znanymi muzykami). Pod koniec roku 1966 (konkretnie w październiku) następuje przełom w karierze artysty – zmienia on wtedy swoje imię na Jimi, od tej pory będąc już wyłącznie Jimim Hendrixem, natomiast jego zespół wraz z Noelem Reddingiem i Mitchem Mitchellem nosił będzie nazwę The Jimi Hendrix Experience. Od tej pory stopniowo z biegiem miesięcy słychać będzie coraz głośniej również o brytyjskiej odmianie psychodelicznego rocka (The Beatles przestaną być osamotnieni). Kolejną przełomową datą w karierze Hendrixa jest 15 maja 1967. Wtedy zostaje wydany album „Are You Experienced?”, będący w mojej subiektywnej opinii jednym z największych pod względem nowatorstwa albumów w historii. To już nie była ewolucja, tylko Rewolucja. Hendrix gra na nim jak natchniony, wytyczając nowe ścieżki rozwoju dla gitarzystów. Nikt tak mocno wtedy nie grał. Chyba, że Cream. To na „Are You Experienced?” można doszukiwać się źródła pomysłów dla setek płyt hardrockowych wydanych w latach 70., które przyczyniły się w następnej kolejności do ewolucji w metal. Przy okazji Hendrix dzisiaj jest utożsamiany również z muzykiem silnie związanym z epoką hipisowską. Wpłynął na to styl ubierania się Heńka (chusty, opaski, rzemyki, kolorowe koszule) i ogólnie styl bycia/życia. Nie od dziś wiadomo, że lubił nadużywać alkoholu i tych bardziej miękkich narkotyków (z trawką i LSD na czele). Z upływem lat Hendrix musiał również zacząć brać środki pobudzające i różnego rodzaju tabletki nasenne. Te ogromne ilości chemii jakie przyjmował były w kilku momentach życia jedyną podporą. Dzięki temu powstały kapitalne albumy gitarowe, na których wychowała się cała młodzież hipisowska. Prawdziwą sławę Hendrixowi przyniesie jednak nie wydanie debiutanckiego albumu, ale występy (a w szczególności jeden, o którym za moment). Przytaczając każdy fakt z życia gitarzysty można wpaść w zdumienie. Co do debiutu to oczywiście nie trzeba nikogo namawiać żeby przesłuchał całą płytę. Znajdują się tutaj utwory czysto psychodeliczne/acid rockowe („Third Stone From The Sun”, „Are You Experienced?”, I Don’t Live Today”), hardrockowe ze świetnymi riffami („Foxy Lady”, „Purple Haze”), nieco spokojniejsze, niekiedy balladowe („Hey Joe”, The Wind Cries Mary”), czy też bluesowe („Red House”, „Remember”) bowiem Hendrix – jak z resztą wielu gitarzystów lat 60. – był uczniem bluesa. Kapitalna to płyta – coś niesamowitego jak pomyśli się, że dzisiaj wciąż brzmi świeżo mimo iż ma już ponad 40 lat. Tego samego roku Hendrix wydał jeszcze jeden album – „Axis: Bold As Love” (w grudniu, ale nie po południu). Nieco słabszy, ale wciąż genialny. Tutaj nieznacznie usunął się w cień by dać się wyszaleć dwójce Redding – Mitchell. Nadal jednak nasze uszy karmione są wspaniałymi dźwiękami z „Little Wing” czy też z nowatorskiego „Bold As Love”. Obie płyty zostały docenione przez fachowe pisma muzyczne. Magazyn Rolling Stone umieścił je odpowiednio na 15 i 82 w rankingu na najlepsze płyty wszechczasów. Już to pokazuje jakim Jimi był artystą. Te płyty są wręcz bezcennym zapisem. Dwie z trzech wydanych przez niego w studiu za życia. Spoczywaj w pokoju Mistrzu.

Czytaj na stronie: 1 | 2

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2024 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.