ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 26.05 - Wrocław
- 26.05 - Zabrze
- 08.06 - Żórawina
- 21.06 - Sosnowiec
- 22.06 - Warszawa
- 29.06 - Toruń
- 30.06 - Toruń
- 11.07 - Bolków
- 12.07 - Bolków
- 13.07 - Bolków
- 14.07 - Bolków
- 12.07 - Żerków
- 13.07 - Katowice
- 14.07 - Katowice
- 17.07 - Warszawa
- 21.07 - Warszawa
- 26.07 - Łódź
- 27.07 - Łódź
- 28.07 - Łódź
- 27.07 - Ostrów Wielkopolski
- 28.07 - Ostrów Wielkopolski
- 11.08 - Kraków
- 23.08 - Inowrocław
- 24.08 - Inowrocław
 

felietony

24.02.2012

Gwiazdki ArtRocka, czyli redakcyjne podsumowanie 2011 roku

Gwiazdki ArtRocka, czyli redakcyjne podsumowanie 2011 roku
Za dwa dni w Hollywood na czerwony dywan wybiegną żądne sławy i uhonorowania Oscarem gwiazdy świata filmu, natomiast już dziś ArtRock prezentuje najjaśniejsze gwiazdki świata muzyki Anno Domini 2011, pieczołowicie wyselekcjonowane przez poszczególnych reprezentantów swojej Redakcji.

Owo „już” może brzmieć cokolwiek kontrowersyjnie i ironicznie, zważywszy na czas, w jakim prezentujemy nasze ulubione płyty, słodkie muzyczne rodzynki minionego roku. Po długiej i gorącej debacie doszliśmy jednak do wniosku, że ogłoszone pod koniec lutego podsumowanie może i nie będzie tak efektowne, jak byłoby na początku roku, będzie jednak naprawdę rzetelne, tak dzięki możliwości zapoznania się z płytami ogłoszonymi dopiero w ostatnich miesiącach minionego roku, jak i dzięki spojrzeniu z odleglejszej perspektywy czasowej na to, co w nim wydano, a tym samym – na sumienne odsianie ziaren od plew. Dlatego też odtąd rokrocznie wspólnie będziemy dzielić się z Czytelnikami naszymi osobistymi refleksjami muzycznymi w piątek bezpośrednio poprzedzający hollywódzką galę Oscarów. Jaki więc był w muzyce ten 2011 rok? Zapraszamy do lektury oraz do dyskusji na Naszej stronie na Facebooku.

 

 

Mariusz Danielak

Wśród tak ogromnej ilości nowej muzyki trudno sensownie wybrać kilka ulubionych albumów. I przy okazji stwierdzić, że były naj... Poniżej wykaz trzech "polskich" i trzech "zagranicznych" wydawnictw, do których najczęściej w minionym roku wracałem.

 

Płyty stamtąd, czyli raczej energetycznie...

Black Stone Cherry - Between The Devil & The Deep Blue Sea

Fair To Midland - Arrows & Anchors

Orphaned Land - The Road to OR-Shalem [DVD]

 

Płyty stąd, czyli raczej nastrojowo...

Tides From Nebula - Earthshine

Figuresmile - In Between

Millenium - Puzzles

 

 

Kamil Dróżdż

Świat:

1. Our Ceasing Voice – When the Headline Hit Home. Za niesamowicie eteryczny nastrój, wielkie wyczucie w doborze środków i możliwości, piękne historie i te niesamowicie proste, ale jednak umiejętnie sprzedane teksty i wokale.

2. Ocoai – The Electric Hand. Za odgrzebanie nieco zakurzonych brzmień z lat mojej młodości, tchnięcie w nie nowego ducha i zapakowanie w atrakcyjną formę. Płyta szalenie różna od swojej poprzedniczki i w przyszłości może okazać się zbyt wysoko zawieszoną poprzeczką.

3. Braveyoung – We Are Lonely Animals / This Will Destroy You – Tunnel Blanket. Remisowe trzecie miejsce. Dwie solidne około postrockowe płyty, które wzbudzają pokrewne emocje i dwa zespoły, które tymi albumami zaczęły nową, muzyczną drogę.

 

Polska:

1. Brak miejsca pierwszego. Dlaczego? Gdybym miał ułożyć dziesięć najlepszych, polskich płyt roku 2011 prawdopodobnie nie udałoby mi się skompletować pełnej listy, a żadna z wymienionych pozycji nie odcinałaby się w stopniu znaczącym na tle pozostałych.

2. Obscure Sphinx - Anaesthetic Inhalation Ritual. Nowa siła na metalowej scenie w Polsce. Miejsce drugie za przytłaczający klimat, ciężkie brzmienie i ożywczy powiew żrących oparów.

3. Lunatic Soul – Impressions / Tides From Nebula – Earthshine. Drugie i ostatnie w tym zestawieniu miejsce podwójne. Dwa niezwykle nastrojowe wydawnictwa idealnie pasujące do smętnej, tegorocznej aury. Z jednej strony płyta, która nie miała ujrzeć światła dziennego w takiej formie, z drugiej strony krążek, który chyba zbyt często będzie pomijany w tego typu zestawieniach.

 

 

Tomasz Kamiński 

Rok 2011 był jednym z bogatszych wydawniczo, jednak bardzo trudno byłoby mi wskazać tę jedyną płytę. Wybrałem 10, na które zwróciłem uwagę:

1. Ozric Tentacles - Paper Monkeys

2. Joseph Magazine - Night of the Red Sky

3. Jakszyk, Fripp, Collins/A King Crimson ProjeKct  - A Scarcity of Miracles

4. Kimbra - Vows

5. Bartosz Porczyk - Sprawca

6. Sinusoidal - Out of the Wall

7. Voyager - The Meaning of I

8. Crystal Breed - The Place Unknown

9. Figuresmile - In Between

10. Władysław Komendarek - Przestrzenie Przeszłości

Ta lista mogłaby być dłuższa. Brakuje znanych nazw - zawiedli. Jeszcze nie ukazała się recenzja, która przekonałaby mnie do wydania 15€ na najnowsze wydawnictwo Dream Theater. Za to pojawiają się zupełnie nowe nazwiska czy zespoły - nowozelandzka wokalistka Kimbra, która towarzyszyła aktualnie popowej gwieździe Gotye w reinkarnacji stylu Stinga/Gabriela w Somebody that… Tylko że to właśnie jej solowy album, tak mocno zbliżony do wrocławskiego brzmienia, zachęcił mnie do sięgnięcia po to wydawnictwo. Mocno przesycony elektronicznym brzmieniem, ale także estetyką i stylowym  wokalem Sinusoidal.  Świat muzyki się zmienia - nurt pop szuka nowych idoli i powoli sięga do okolic jazzu czy indie. Ta eksplozja eklektyzmu w mainstreamie to dobra zapowiedź. Bardzo pozytywne emocje: Figuresmile - za wspaniały album, oraz  mistrzowie ambi-progresywnego grania - Joseph Magazine. 

 

 

Wojciech Kapała

No to spłodziłem coś na temat 2011 - mam czyste sumienie.

Lulu Lou Reeda i Metalliki to bezwzględnie moja płyta roku 2011. Cały czas uważam, że ci co mówią, że to zła płyta, po prostu nie wiedzą o co na niej chodzi. Poza tym na pewno Marianne Faithfull i High Heels And Horses – to jest taka Maryśka jaką lubię – trochę rocka, trochę popu, trochę ballad, a wszystko to zaśpiewane jedną z najsłynniejszych chryp w historii muzyki rozrywkowej. Kilka lat temu bardzo udanie debiutowała szwedzka grupa Gosta Berlings Saga, now album też jest dobry, chociaż nie tak dobry jak debiut i tym razem bardziej karmazynowy, niż Canterbury. Czterdziesta pierwsza sekunda klipu Destroyera do piosenki Kaputt jest jak cios cegłówką w twarz, całe Kaputt też mi się podoba. Bardzo przyjemną płytę nagrał Jon Anderson – Survival and Other Stories. Był też kolejny dobry krążek Ozric Tentacles – Paper Monkey. Wiosną zacnymi płytami wrócili hard-rockowi weterani – Nazareth, Whitesnake i Uriah Heep. A w jesieni dobre, nawet momentami lepiej niż dobre The Great Escape Artist Jane’s Addiction. No i moja wielka muzyczna miłość, Kate Bush wydała swój nowy album – nie zaskoczyła mnie ta muzyka ani in plus, ani in minus – dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem, a że nie spodziewałem się niczego wielkiego, to na pewno nie jestem rozczarowany. Nowego prog-rocka to raczej unikam, a jeśli nie unikam, to te spotkania kończą się dla mnie najczęściej przykro – kolejne zmarnowane kilkadziesiąt minut. Ale tym razem tak nie było – zespół nazywa się Ignatius, płyta Lights from Deep i naprawdę daje się słuchać, momentami bardziej, momentami deczko mniej, ale daje. I to jest, jak na zespół prog-rockowy, na pewno sukces. Wygrzebałem też coś prog-rocka i elektroniki, co nazywa się Cygna, a płyta Opus Eva. Też rzecz całkiem ciekawa. Poza tym dobre płyty TV on The Radio – Nine Types of Light, Petera Murphy – Ninth, Florence & The Machine – Ceremonials, The Walkabouts – Travels in The Dustland.

Jednak 2011 rok był dla mnie przede wszystkim rokiem płyt koncertowych. Zaczął Krzak i 4 Basy, potem był Steve Hackett Live Rails, A-ha Ending on A High Note, Def Leppard – Mirrorball. Z archiwów trochę fajnych rzeczy wyciągnęło Whitesnake – min. Live at Donnigton 1990 i Emerson Lake & Palmer – Live at Nassau Coliseum '78 (wreszcie oficjalnie, bo na bootlegach to już od wieków chodziło).

Więcej grzechów nie pamiętam. A co jeszcze było ciekawego to się pewnie dopiero dowiem.

 

 

Łukasz Modrzejewski

1. Fovea Hex - Here is Where We Used to Sing

2. Kate Bush - 50 Words For Snow

3. Steven Wilson - Grace for Drowning

4. PJ Harvey - Let England Shake

5. Steve Hackett - Beyond The Shrouded Horizon

6. Opeth - Heritage

7. Planet L.U.C. - Kosmostumostów

8. Pati Yang - Wires and Sparks

9. Wojtek Mazolewski Quintet - Smells Like Tape Spirit

10. Joe Bonamassa - Dust Bowl

11. Kurzwellen - 0

12. Radiohead - King of Limbs / Supercollider

13. Tune - Lucid Moments

14. Pat Metheny - What’s It All About

15. Necro Deathmort - Music of Bleak Origin

16. Bass Communion - Cenotaph

17. A King Crimson Project - A Scarcity Of Miracles

18. Björk - Biophilia

19. Coldplay - Mylo Xyloto

20. Rush - Time Machine: Live In Cleveland 2011 (DVD)

 

 

Krzysztof Niweliński

Nie obrodził z pewnością rok 2011 największą obfitością znakomitej muzyki w ostatnich dziesięcioleciach, mimo to był jednym z lepszych i owocniejszych w ostatnich latach. Zwłaszcza po tej napawającej pesymizmem wyjątkowej posusze lat poprzednich, choćby roku 2010, rok ubiegły był szczególnie udany, jak 20 lat wcześniej 1991, tak że śmiało można go uznać za obiecujący początek drugiej dekady XXI wieku. Owszem, prawdą jest, że takie tuzy, jak Yes czy Van Der Graaf Generator nie nagrały wielkich i ważnych dla rozwoju muzyki płyt, jednak bez wahania każdy przyzna, iż ci weterani najlepsze lata mają za sobą i mimo ogłoszenia jednego czy kilku słabszych wydawnictw i tak w pełni zasłużona korona już nigdy z głów im nie spadnie (w tym miejscu chcę zaznaczyć, iż na moje ucho płyta Fly from Here Yes wcale nie jest taka „zła”, wystawiłbym jej ocenę 6-7/10). A że i Blackfield nie popisał się swoim dopiero trzecim albumem? Cóż, aczkolwiek dzięki wcześniejszym jego osiągnięciom duo to cenię i lubię, to wyznać muszę, że zamiast kolejnej przyjemnej płyty tego projektu wolę otrzymać bardziej dopracowany, ambitniejszy solowy album Stevena Wilsona, co już się stało, czy też – mający dopiero nadejść w tym roku, wielce przeze mnie wyczekiwany – debiutancki longplay Storm Corrosion, który na razie pozostaje dziełem enigmatycznym, lecz wkrótce może okazać się nader intrygującym.

W zwięzłym poniższym zestawieniu znajdują się jedynie ulubione moje płyty 2011 roku, takie, które w skali ArtRocka oceniłbym (lub w stosownej recenzji już oceniłem) na gwiazdek 9 lub 10, ewentualnie 8. O ile te pierwsze pokrótce opiszę, o tyle te drugie jedynie wymienię w porządku alfabetycznym. Natomiast o w moim przekonaniu słabszych, przeto niekoniecznie godnych zapamiętania wydawnictwach, do których zaliczam dla przykładu zeszłoroczny album grupy Arena, tu i ówdzie pretendujący nawet do miana płyty roku, dla mnie jednak wciąż pozostający wydawnictwem wyjątkowo nieciekawym i większego zainteresowania w żadnym razie niegodnym, nie wspomnę, przez szacunek dla szybko upływającego czasu tak czytającego niniejsze zdania czytelnika, jak i mojej osoby, którą zawsze goni czas. A ten zapewne prędko oceni, czy słusznie, czy też niesłusznie chciałem wypchnąć to lub owo ubiegłoroczne wydawnictwo na margines historii współczesnej muzyki popularnej.

W tym miejscu poczynię jeszcze uwagę końcową. Otóż bez krztyny wątpliwości nie poznałem wszystkiego, co w muzyce ogłoszonej w 2011 roku było interesujące, stąd czytelnik, zwłaszcza że nie wymieniłem wszystkich przesłuchanych przez się płyt, sam sobie musi odpowiedzieć na pytanie, czy sporządzone przeze mnie zestawienie jest cokolwiek warte. Pewne jest to, że jest ono i niepełne, i na wskroś subiektywne, jak zresztą każde inne.

 

Poza konkurencją, czyli oddajmy bogu, co boskie:

1. Miles Davis Bitches Brew Live

2. Miles Davis Quintet Live in Europe 1967 – The Bootleg Series, Vol. 1

Oba wymienione albumy to dwa fenomenalne pod każdym względem wydawnictwa (drugie zwłaszcza w wersji 3CD+DVD), zawierające nienowe, choć (nie do końca) nowe, albo jak kto woli – coś, co tu i tam (nie do końca) było i w rozproszeniu tkwiło, a co dopiero jest i już zawsze będzie, to znaczy nagrania koncertowe czarnego boga jazzu, Milesa Davisa, jednego z zaledwie garstki najprawdziwszych geniuszy muzyki.

Muzyka tętniąca na tych albumach wciąga jak czarna dziura. Po jej wybrzmieniu człowiek z niechęcią wydobywa się z zatracenia się w niej, niejako wbrew sobie zmierza ku światłu, a kiedy już staje w blasku, ma wrażenie, ba!, czuje w sobie, że oto został naznaczony niezatartym piętnem kosmicznej muzyki Dark Magusa, która niczym święty płomień ma moc oczyszczającą i uchyla wybrańcowi zasłonę światów, ukazując ideał, do którego można tylko dążyć, ale którego osiągnąć nie sposób. Nie ma co jednak gmatwać tekstu i mieszać czytelnikowi w głowie, napiszę więc jedno: ARCYSZTUKA. Taka, do jakiej był zdolny tylko Miles Davis. Można to ująć następująco: Miles Davis na scenie = geniusz w działaniu = koncert-teofania. A ja, chociaż ateista, mam swojego boga.

 

Lista 11 najlepszych albumów (kolejność tak naprawdę nie odgrywa większej roli, poza numerem jeden, który dla mnie bezdyskusyjnie jest albumem 2011 roku):

1. Al Di Meola Pursuit of Radical Rhapsody

Al Di Meola utkał wraz ze starannie dobranymi przez siebie wybitnymi, choć niekoniecznie szeroko znanymi w świecie instrumentalistami muzykę o materii przecudnej, odznaczającą się rzadko słyszanym u innych artyzmem, tak bajecznie misterną robotą, jak szaty cesarza. Pursuit of Radical Rhapsody to przepysznie rozimprowizowane i niesłychanie złożone arcydzieło, tętniące życiem, jak ono przesycone blaskiem i cieniem, odznaczające się wręcz nieziemską kreatywnością i inwencyjnością, dzieło uginające się od niezwykle wysublimowanego przepychu, o niezmiernej lekkości, zwiewności, po brzegi wypełnione zamyśleniem, refleksyjnością, kipiące całą gamą rozlicznych odczuć, żarem uczuć, entuzjazmem i radością, smutkiem, bólem i gniewem, pełne miłosnego współgrania rozmiłowanych w muzycznej igraszce instrumentów. Przepiękna i kunsztowna to płyta, taka fantazyjna, istne cudo-majstersztyk, dla mnie muzyczny ideał, spełnione marzenie. Uprzedzam jednak potencjalnych nabywców – to śmiałe, wirtuozerskie Poszukiwanie rapsodii absolutnej jest niełatwe w odbiorze. Dla mnie jednak jest to jego dodatkowy walor, dzięki któremu tę głęboką a ruchliwą muzykę w błogości i rozmarzeniu kontempluje się, duma się ją, raz po raz odkrywając kolejne jej warstwy i zawarte w niej smaczki.

Już nie mogę doczekać się marcowych koncertów AlDiM-a, ArcyMistrza gitary, który w listopadzie ubiegłego roku wydał też DVD Morocco Fantasia ze wspaniałym koncertem, jaki dał był w marokańskiej stolicy, Rabacie, w 2009 roku. I tam wykonał już kilka utworów, które w wersji studyjnej pojawiły się dopiero na Pursuit of Radical Rhapsody.

2. Steven Wilson Grace for Drowning

To czarująco i wymyślnie skonstruowane, pełne swoistego, niejednokrotnie nader ekspresyjnie wyrażanego zamyślenia i melancholii dzieło, to Wilsonowe krzywe zwierciadło rzeczywistości trafiło do mnie natychmiast: okruchy pierwszej płyty, Deform to Form a Star, z miejsca ugodziły mnie w serce, po wysłuchaniu zaś drugiej, Like Dust I Have Cleared from My Eye  - całe Grace for Drowning znalazło trwałe miejsce w mojej duszy. Od lat postrzegam Wilsona jako jednego z bardziej uzdolnionych uczniów starych mistrzów, a to moje mniemanie właśnie na ostatniej jego solowej płycie znalazło jaskrawe odzwierciedlenie.

3. John Zorn The Satyr’s Play/Cerberus

Mistrz w swoich rozległych poczynaniach, nieustających wędrówkach po najróżniejszych muzycznych światach i zaświatach, w podejmowanych przez się śmiałych eksperymentach czasem schodzi na manowce, jednak nie w tym konkretnym przypadku, bowiem The Satyr’s Play/Cerberus to finezyjnie wymalowany dźwiękiem, niesamowicie brzęczący, pełen igraszek, przebogaty, a przy tym kameralny obraz cieszących się złą sławą mitycznych stworów, Satyra (w domyśle - Dionizosa) i strażnika piekieł – Cerbera. A jakże ta płyta jest wydana! Jej oprawa jest taka, jak większości dzieł Zorna – fantastyczna.

4. Opeth Heritage

Ta płyta to najodważniejsze wydawnictwo muzyczne 2011 roku. Dla mnie Heritage to materiał pierwsza klasa. Płyta przewrotna, jedna z tych, przy których spędziłem najwięcej czasu w minionym roku, pomimo że idealnie zgrała się z moimi gustami muzycznymi już przy pierwszym odsłuchaniu. Przyznaję jednak, że i mnie brakować będzie wybornego growlingu Mikaela Åkerfeldta. Chociaż… przecież zawsze pozostają mi na podorędziu te wcześniejsze krążki ze wspaniałą muzyką Opethu.

5. Karfagen Lost Symphony

Bliscy sąsiedzi zza wschodniej granicy, Ukraińcy, mają kim się pochwalić, przynajmniej w świecie muzyki: tym kimś jest Antony Kalugin, twórca i lider lub współtwórca i członek kilku projektów, w poczet których wchodzi Karfagen. A ten wydał w 2011 roku roku Lost Symphony, bardzo piękną, baśniową, instrumentalną płytę, podobnie jak dzieła Stevena Wilsona, Opethu czy Discipline silnie inspirowaną między innymi twórczością wielkich mistrzów rocka progresywnego lat 70. Nie wiem, czy ostatni studyjny krążek Sunchild, drugiego prowadzonego przez Kalugina zespołu, nie znalazłby się w sporządzonym przeze mnie zestawieniu. Kilka bowiem zasłyszanych piosenek z czwartego albumu tej grupy, zatytułowanego As Far as the Eye Can See, naprawdę spodobało mi się. Nie znając jednak całości, pominąłem to wydawnictwo w niniejszym podsumowaniu.

6. Ozric Tentacles Paper Monkeys

Nieskrępowanie i swoboda; ujmująca lekkość i zwiewność; niezmierzona szerokość tego tak bardzo przestrzennego, zdającego się nie mieć granic muzycznego horyzontu; jakże inspirujące malarstwo dźwiękowe najwyższej próby; niezwykle pozytywnie nastrajająca, istna fantastyka muzyczna, którą przy całym jej technicznym mistrzostwie słucha się jednym tchem, którą się nasiąka w ciągu około sześćdziesięciu minut – to wszystko przyszło mi do głowy, kiedy w zafascynowaniu zapoznawałem się z najfajniejszą płytą tamtego roku, Paper Monkeys Ozric Tentacles.

7. Joe Bonamassa Dust Bowl

Dust Bowl Joe’go Bonamassy, jednego z najbardziej utalentowanych gitarzystów, którzy wstąpili na scenę w ostatnich latach, jest dziełem najwyższych lotów, absolutnie porywającym duszę, ducha, umysł, serce i uszy słuchacza. Wgniata w fotel już od pierwszych sekund z wolna rozpędzającego się Slow Train. Ha, a numer tytułowy?! Nie ma co opisywać, gdyż mocy tej muzyki i tak w słowach zawrzeć się nie uda. Całość po prostu koniecznie trzeba wysłuchać, zwłaszcza będąc miłośnikiem blues rocka.

8. Discipline To Shatter All Accord

Tak rzadko swoich studyjnych płyt, jak Discipline, nie wydaje nawet Tool (choć niby wciąż jeszcze nie wiadomo, czy po sześciu latach ten ostatni w końcu zdecyduje się ogłosić jakiś materiał i uszczęśliwi swoich fanów, wciąż pogrążonych w tęsknych oczekiwaniach). Tak, poddało Disicipline cierpliwość adoratorów swojej twórczości nie lada próbie, bowiem dopiero w 14 lat od pojawienia się fenomenalnego Unfolded Like Staircase grupa ogłosiła swój trzeci album, To Shatter All Accord. Warto było jednak czekać, gdyż płyta jest świetna, choć nie dorównuje poprzedniczce. Mimo to warto wysłuchać dla przykładu Rogue, przeszło dwudziestominutowego arcydzieła, godnego rywala innego ubiegłorocznego kolosa, jakim jest Raider II Stevena Wilsona. Jedno tylko mam zastrzeżenie do płyty Discipline: utwór When She Dreams She Dreams in Color jest jednak przesadnym hołdem złożonym przez jej twórcę, Matthew Parmentera, VDGG i Peterowi Hammilowi, znaczy się wolę słuchać tych ostatnich, aniżeli co prawda przyjemnego, ale kompletnie nieoryginalnego kawałka Discipline.

9. Jakszyk, Fripp, Collins/A King Crimson ProjeKct A Scarcity of Miracles

Robert Fripp nie zawodzi… No (!), może raz czy dwa razy na czterdzieści lat. Nagrany jednak do spółki z Jakko Jakszykiem i Melem Collinsem album A Scarcity of Miracles to dzieło więcej niż udane, wysoce powabne, ponętne i czarowne. Można uznać tę płytę za swego rodzaju łagodniejszą i jaśniejszą (co nie znaczy, że lepszą lub gorszą) odsłonę ostatniego jak dotąd i może w ogóle albumu King Crimson, The Power to Believe z 2003 roku.

10. Pat Metheny What It’s All About

Ten jakże utalentowany, wybitnie interesujący kompozytor i instrumentalista, najprawdziwszy Muzyk – Artysta, nagrał przepiękną, szalenie intymną płytę, tym razem wypełnioną jednak nie jego własnymi kompozycjami, lecz bardzo osobistymi, niezwykle ujmującymi interpretacjami popularnych piosenek. What It’s All About to pociągająca Metheny’owskim wyrafinowaniem, przecudnie kunsztowna, a zarazem urzekająca swą oszczędnością i prostotą płyta.

11. The Tangent COMM

Nie wiem, co sensownego napisać o tej płycie, tym bardziej, że robotę tę dobrze wykonał mój redakcyjny kolega, Tomek Ostafiński. COMM nie jest może płytą odkrywczą, lecz bez wątpienia jedną z lepszych, jakie na progresywnym poletku wyrosły w minionym roku.

 

Największa niespodzianka 2011: John Zorn A Dreamers Christmas.

Osobistymi wrażeniami związanymi z tą płytą podzieliłem się z czytelnikiem w stosownej recenzji, którą znaleźć można tutaj.

 

Największe rozczarowanie 2011: Mastodon The Hunter

Czy Mastodon, jeden z bardziej cenionych przeze mnie zespołów ostatnich lat, nagrał słabą płytę? Skądże, dobrą, taką na 7 albo nawet 7 i pół artrockowej gwiazdki. Czemu więc wybrzydzam? Ano temu, gdyż w moim odczuciu grupa wyraźnie uprościła i odbrutalizowała pisane przez siebie kompozycje, czyniąc je mniej zadziornymi i chwytliwszymi. Mastodon nagrał dobrą płytę, jednak poniżej swoich możliwości, taką, jaką nagrać może Foo Fighters czy skądinąd lubiany przeze mnie Monster Magnet. Oczywiście, zespół ma prawo podążać w kierunku muzyki prostszej, mniej wymyślnej i pokombinowanej, bardziej komercyjnej… żywię jednak cichą nadzieję, że blask jupiterów nie oślepi do cna członków tego jakże interesującego dotąd bandu i nagra on jeszcze płytę co najmniej dorównującą czterem swoim pierwszym dziełom. Album The Hunter jedną ma jednak nad nimi przewagę, a tą są lepsze aniżeli wcześniej wokale. Pomimo to i tak nadal będę uważać, że grupa lepiej postąpiłaby najmując jakiegoś frontmana z prawdziwego zdarzenia.

Aha, Mastodon po raz pierwszy ogłosił też w ubiegłym roku materiał koncertowy, Live at the Aragon. I ten, choć w zasadzie bardzo dobry, też mnie rozczarował – za mało na nim improwizacji, kompozycje odegrane są w sposób zbliżony do ich wersji studyjnych, a od posiadającej tak doborowe umiejętności bandy rozszalałych drabów oczekiwałem jednak czegoś więcej. Chociaż to wydanie CD+DVD jest mimo wszystko bardzo fajne.

 

Wyróżnienie 2011: Adele 21

I mnie oczarowała unikalna i pociągająca barwa głosu charyzmatycznej i łobuzowatej Adele. Tych jej piosenek można słuchać po dziesięć razy na dobę, a i tak nazajutrz zaraz z rana zechce się włączyć jej płytę po raz kolejny.

 

Co jeszcze było więcej niż „tylko” dobre: John Foxx & Theo Travis Torn Sunset; Gingerpig The Ways of the Gingerpig; Steve Hackett Beyond the Shrouded Horizon; PJ Harvey Let England Shake; Insomnia Shadows and Mists; Riverside Memories In My Head; Slow Electric Slow Electric; Strange Attractor Anatomy of a Tear; Tune Lucid Moments; John Zorn/Banquet of the Spirits Caym: The Book of Angels, Vol. 17.

 

 

Michał Nowak

Z dokonanym przez Michała “Telperiona” Nowaka szczegółowym podsumowaniem 2011 roku można zapoznać się tutaj.

 

 

Tomasz Ostafiński

Ostafki, czyli czas podsumowania ubiegłego roku w muzyce przypadający akurat na ostatnie dni karnawału [w przyp. red.]

W takich chwilach jak ta, gdy przychodzi mi zebrać myśli i zastanowić się nad tym, który z artystów „krzyczał” najgłośniej w roku 2011, zamiast błogiej refleksji doznaję czystego szaleństwa – zupełnie jednak różnego od tego, jakie wywołują u Brazylijczyków coroczne igrzyska na ulicach Rio – zestawiając dziesięć w moim uznaniu najciekawszych płyt ostatnich dwunastu miesięcy, niechętnie ograniczając ich liczbę, przy tym, do liczby przykazań w Dekalogu. Może nie tak dogmatyczne jak owe prawdy w nim zawarte, muzyczne dzieła przeze mnie wybrane są – przynajmniej dla mnie samego – świetnym przykładem, że obecna muzyka jest ciągle tak samo fascynująca jak za czasów nowofalowej ekspansji w latach 80-tych, kiedy ówcześni moi idole mówili językiem dwu i pół oktawowego syntezatora, a cukier służył im nie tylko do słodzenia gorących napojów. Jak wtedy, za dominacji Andrew Eldritcha w MTV, tak i teraz w dobie „szerokiego” internetu po starannym odsianiu ziaren od plew, dobrej muzycznej jakości od zwykłego muzycznego „recyklingu”, potrafię z niemałym trudem, wynikającym tylko z nadmiaru, wskazać własną najświętszą dziesiątkę, co niniejszym teraz czynię:

 

1.            Coma – [czerwony album]

2.            Orbit Service – A Calm Note from the West

3.            Kate Bush – 50 Words for Snow

4.            Ozric Tentacles – Paper Monkeys

5.            Jakszyk, Fripp & Collins – A Scarcity of Miracles

6.            The Tangent – Comm

7.            Steven Wilson – Grace for Drowning

8.            Sacred Geometry – IV

9.            Slow Electric – Slow Electric

10.          Strange Attractor – Anatomy of a Tear

 

Dla zachowania „zdrowej” symetrii pozostałe muzyczne „apokryfy” wyliczam poniżej:

 

11.          Radiohead – The King of Limbs

12.          Steve Hackett – Beyond The Shrouded Horizon

13.          Edward Ka-spel – A Pleasure Cruise Through Dimensions

14.          Opeth – Heritage

15.          Tune – Lucid Moments

16.          Al Di Meola – Pursuit of Radical Rhapsody

17.          Pat Metheny – What's It All About

18.          Didier Malherbe & Eric Löhrer – Nuit d'ombrelle

19.          Maciej Sikała – Able To Fly

20.          Rush – Time Machine

 

 

Artur Szarecki

Ja, jak zwykle nie potrafię się ograniczyć, a moje gusta już na tyle odbiegły od profilu serwisu, że nie wiem, czy w ogóle jest sens etc., etc. Ale tu wklejam, bo lubię się bawić w podsumowania i dzielić dobrą muzyką.

 

INDIE & POP

1. Mabu – Buenos Dias (Warner Spain)

2. Feist – Metals (Polydor)

3. Adele – 21 (XL)

4. Tune-Yards – Whokill (4AD)

5. Lisa Hannigan – Passenger (Hoop)

6. Destroyer – Kaputt (Merge)

7. Tom Waits – Bad As Me (Anti)

8. Charles Bradley – No Time for Dreaming (Dunham)

9. Nneka – Soul Is Heavy (Yo-Mama’s)

10. The Antlers – Burst Apart (Frenchkiss)

Poczekalnia: Bon Iver – Bon Iver; Julia Marcell – June; The Boxer Rebellion – The Cold Still; Sharon Jones and the Dap-Kings – Soul Time! Vol. 1; Jorane – Une Sorciere Comme les Autres

 

ROCK & METAL

1. Septic Flesh – The Great Mass (Season of Mist)

2. The Wounded Kings – In the Chapel of Black Hand (I Hate Records)

3. New Keepers of the Water Towers – Calydonian Hunt (Meteor City)

4. Tamikrest – Toumastin (Glitterhouse)

5. Vampillia – Atomic Heart (Important)

6. Tokyo Jihen – Daihakken (EMI Japan)

7. Loon – Loon (Beta-Lactam Ring)

8. Smohalla – Resilience (ARX)

9. Necro Deathmort – Music of Bleak Origin (Distraction)

10. Blood Ceremony – Living with the Ancients (Rise Above)

 

JAZZ & IMPROV

1. Other Dimensions in Music feat. Fay Victor – Kaiso Stories (Silkheart)

2. Matana Roberts – Coin Coin Chapter One (Constellation)

3. David S. Ware – Planetary Unknown (Aum Fidelity)

4. Peter Evans Quintet – Ghosts (More Is More)

5. Gerard Lebik – Artur Majewski Foton Quartet – Zomo Hall (Not Two)

6. Avram Fefer – Eliyahu (Not Two)

7. Hera - Where My Complete Beloved Is (Multikulti)

8. Jason Stein Quartet – The Story This Time (Delmark)

9. Enrico Rava Quintet – Tribe (ECM)

10. Chicago Trio – Velvet Songs (RogueArt)

Poczekalnia: Sunny Murray / John Edwards / Tony Bevan - I Stepped Onto a Bee; Nate Wooley & Taylor Ho Bynum – The Throes; Banquet of the Spirits – Caym: The Book of Angels, vol. 17

 

ELECTRONIC & HIP-HOP

1. Austra – Feel It Break (Domino)

2. Shabazz Palaces – Black Up (Sub Pop)

3. Submotion Orchestra – Finest Hour (Barcode)

4. Caroline – Verdugo Hills (Temporary Residence)

5. Tape – Revelationes (Hapna)

6. Ghostpoet – Penaut Butter Blues & Melancholy Jams (Brownswood)

7. Illuha – Shizuku (12k)

8. CunninLynguists – Oneirology (QN5)

9. Gang Gand Dance – Eye Contact (4AD)

10. Little Dragon – Ritual Union (Pacefrog)

Poczekalnia: Sinusoidal – Out of the Wall; Occam – My Rorschach; Swarms – Old Raves End; Dels – Gob; Fourcolor – As Pleat; Clams Casino – Instrumentals

 

OUTER LIMITS

1. PJ Harvey – Let England Shake (Universal)

2. Kazuki Tomokawa – Blue Icepick (PSF)

3. The Unthanks – Last (Rabble Rouser)

4. Neurasja – Neurasja (Unzipped Fly)

5. Dillon – This Silence Kills (BPitch Control)

6. Fjordne – Charles Rendition (Kitchen)

 

 

Piotr Strzyżowski

To, co z płyt nagranych w 2011 zasługiwało na wyróżnienie.

1.    Travellers – A Journey Into The Sun Within – z premierowych pozycji ta gości w moim odtwarzaczu najczęściej. Bardzo sympatyczna, ciepła płyta, pozbawiona większych wad. W tym roku w zupełności wystarcza na miejsce 1.

2.    Jakszyk Fripp Collins – A Scarcity Of Miracles – czyli Crimson a nie Crimson. Z przeróżnych płyt, jakie wyszły spod piór byłych i obecnych muzyków KC w minionych latach, ta zdecydowanie się wyróżnia. Jest karmazynowy klimat, różne pokręcone brzmienia gitary Frippa, saksofon Collinsa… Jest dobrze.

3.    Tom Waits – Bad As Me – przepraszam Cię Tomie. Za to, że miałem chwile zwątpienia, gdy odpalałem tą płytę pierwszy raz – bo tylu weteranów już zawiodło… Waits się nie starzeje. I nie zmienia się specjalnie. Stylowa, bardzo dobra płyta.

4.    Slough Feg – Made In Poland – dla wielu polskich fanów rocka to biała plama, a szkoda. Zapis dużego fragmentu (wyleciały cztery utwory) koncertu w Warszawie w sierpniu 2011 już pod koniec roku pojawił się na płycie. Świetne, metalowe granie.

5.    Kate Bush – 50 Words For Snow – nowa, specyficzna, odmieniona Kacha. Jak wczuć się w klimat – bardzo dobra płyta.

6.    Black Country Communion – 2 – supergrupa powraca i grzeje dynamiczny, czadowy hard rock.

7.    PJ Harvey – Let England Shake – dobra płyta uznanej songwriterki.

8.    Joe Bonamassa – Dust Bowl – kawał świetnego, klasycznie brzmiącego blues rocka.

9.    Hugh Laurie – Let Them Talk – House gra i śpiewa blues w otoczeniu znanych i cenionych bluesmanów. Z bardzo ciekawym efektem.

10.    Pendragon – Passion – jak mowa o doktorze z Princeton-Plainsboro, to zaraz kojarzy mi się ta płyta. Jest jak 7. sezon House’a – chwilami bardzo dobra, chwilami średnia, zdarzają się mocno dyskusyjne momenty, a całość jest cholernie nierówna, rozkojarzona i chaotyczna. Ale This Green And Pleasant Land jest jednak świetne.

Więcej przemyśleń Piotra „Strzyża” Strzyżowskiego na temat muzyki ogłoszonej w ubiegłym roku znaleźć można w osobnym, specjalnie sporządzonym przezeń artykule „Bohaterowie są zmęczeni, czyli mała osobista rekapitulacja 2011”.

 

 

Roman Walczak

W ubiegłym roku bardzo mało popełniłem recenzji, ale za to słuchałem bardzo, bardzo dużo. Niekoniecznie nowości. Odkrywam ogrom rzeczy, o których jeszcze trzy lata temu nie miałem pojęcia. Ale i śledziłem oczywiście dokonania starych ulubieńców. Zatem oto moja, skromna lista (kolejność przypadkowa):

Steve Hackett: Beyond the Shrouded Horizon - najlepszy album Hacketta od dawna. Moim zdaniem od Darktown. Artysta, który nie musi już nic udowadniać, pokazuje, że stać go ciągle na naprawdę wiele. Nie ma w nim cienia znużenia, zmęczenia i zachowawczości, które często czuć wśród doświadczonych muzyków. Gdybym musiał już koniecznie uporządkować albumy roku 2011, propozycja Hacketta znalazłaby się na pewno w pierwszej trójce.

Robert Majewski: My One and Only Love - niepozorny album z pięknym, romantycznym jazzem. Sporo czasu z nim spędziłem.

Pat Metheny: What’s It All About - niesamowita wrażliwość muzyczna Pata + gitara barytonowa… Błogość. I jeszcze ten nieziemski cover The Girl From Ipanema zrobiony na gorzko.

Steven Wilson: Grace for Drowning – bardzo dobry, dojrzały album. Steven ma w głowie jeszcze sporo pomysłów.

Joe Bonamassa: Dust Bowl – z albumu na album ten artysta robi się coraz lepszy i dojrzalszy. W ubiegłym roku wydał także bardzo zacną płytkę z Beth Hart. Niesamowite tempo. Po tym, co Bonamassa zaproponował w 2011 roku, już nikt nie przejdzie obok niego obojętnie. Joe z pewnością czuje, że jest teraz w świetnej formie i stara się wycisnąć z tego jak najwięcej. Oby tak dalej.

Jakszyk Fripp Collins: A Scarcity of Miracles – chyba przesadziłem odrobinkę z tymi dziesięcioma gwiazdkami po premierze, ale nadal uważam, że to porywający album. Chyba z największym potencjałem na zapamiętanie go po latach.

Kate Bush: 50 Words For Snow – zachwycające i skłaniające do refleksji dzieło, które już od pierwszych przesłuchań stało się mi bliskie. Minimalizm, piękne teksty i chwytające za serce melodie, jakich niewiele dzisiaj powstaje.

Poza tym warto wspomnieć Memories of Machines, Slow Electric, Destroyera, Black Country Communion…

Na wielu albumach się zawiodłem. Największym zawodem jest bez wątpienia Blackfield. Welcome to My DNA nie trawiłem po pierwszych przesłuchaniach. Później zacząłem się przekonywać i wtedy niestety napisałem recenzję, w której byłem za bardzo delikatny. Później odłożyłem tę muzykę na bok. Wszelkie próby przeproszenia się z trzecim albumem duetu skończyły się przedwczesnym kończeniem słuchania. Płyta pokryła się kurzem. Bolesny, naprawdę bolesny zawód.

Zawiódł mnie też Pendragon. Niestety tym razem poprzeczka była zbyt wysoko. Passion to niestety bardzo odtwórczy i chaotyczny album. Najbardziej podobają mi się dwa najcięższe i najkrótsze utwory – tytułowy i Feeding Frenzy. Natomiast Empathy to środkowa część Indigo wydłużona do niebotycznych rozmiarów. Rapowanie okazało się… cienkie. A ostatni utwór to znów te same pendragonowe harmonie, melodie… Nuda! Nie było nawet solówek Barretta, które by emocjami ratowały cokolwiek.

Zawiódł Van der Graaf Generator, ale tego chyba tłumaczyć nie trzeba.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2024 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.