ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Angra ─ Temple of Shadows w serwisie ArtRock.pl

Angra — Temple of Shadows

 
wydawnictwo: SPV Records 2004
 
1. Deus Le Volt (0:52)
2. Spread Your Fire (4:25)
3. Angels And Demons (4:11)
4. Waiting Silence (4:55)
5. Wishing Well (4:00)
6. Temple Of Hate (5:13)
7. The Shadow Hunter (8:04)
8. No Pain For The Dead (5:05)
9. Winds Of Destination (6:56)
10. Sprouts Of Time (5:09)
11. Morning Star (7:39)
12. Late Redemption (4:55)
13. Gate XIII (5:04)
 
Całkowity czas: 66:28
skład:
Eduardo Falaschi – vocals / Rafael Bittencourt – guitars / Kiko Loureiro – guitars / Felipe Andreoli – bass / Aquiles Priester – drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 3
Arcydzieło.
› 14

Łącznie 21, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
30.12.2004
(Recenzent)

Angra — Temple of Shadows

Po raz pierwszy w tym roku stawiam ocenę 9. Muszę przyznać, że pierwsze dni z nową Angrą nie wskazywały na to, że otrzyma ona tak wysoką notę. Nie wierzyłem też, że może pobić mojego zdecydowanego lidera w dyskografii Brazylijczyków, czyli „Holy Land”. Muszę jednak przyznać rację tym, którzy mają swoją teorię na temat „jak czas i ilość przesłuchań wpływa na opinię o muzyce”. Jak dojrzałem do tej płyty? O tym za chwilę...

Album otrzymał wspaniałą oprawę graficzną. Okładka może się oczywiście kojarzyć z „Fireworks” czy singlowym „Lisbon”. Do nagrania albumu panowie zaprosili kilku gości. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to stado „gwiazd”, których nazwiska zajmują ¾ książeczki. Nie tym razem. Tylko czworo ludzi - za to jakich! Kai Hansen (Gamma Ray), Hansi Kursch (Blind Guardian), Sabine Edelsbacher (Edenbridge) i Milton Nascimento. Ile to już razy Hansi i Kai spotykają się razem? Ja wiem tylko jedno – Hansi w swoich projektach wypada wybornie. Co by nie powiedzieć o jego pracy w Blind Guardian, jako gość sprawuje się idealnie. Pamiętam choćby wspaniały występ na „Land Of The Free”. Tym razem Hansi wystąpił w kawałku „Winds Of Destination”, a Kai w „Temple Of Hate”.

Album rozpoczyna mistyczny, cichutki „Deus Le Volt”, który dynamicznie przechodzi w „Spread Your Fire!”. Pierwszy takt i już wiem, że to jest to, czego szukałem. Wyśmienite brzmienie – musiałem przyciszać głośniki, bo ta płyta po prostu sama gra! Nic nie trzeba kombinować przy sprzęcie, nie trzeba się przedzierać przez dźwięki. Wszystko mamy na tacy – głośno i wyraźnie. Jest to co tak lubię – soczystość, mnogość dźwięków, całe instrumentarium gra i gna do przodu. Zabójcze tempo narzuciła Angra na początek. Powiem Wam, że to DOPIERO początek... Nie mogę absolutnie nic zarzucić żadnemu z muzyków. Perkusja jest wszędzie, jest kręgosłupem całej machiny. Słychać każde uderzenie stopy, werbla, talerza. Brzmi to fantastycznie, jakby nad samymi elementami perkusji poświęcono większość czasu. Natomiast same partie Aquilesa są niebanalne i bardzo ciekawe. Mistrzowskie wręcz solówki, tak gitarowe jak i klawiszowe... Aż dziw bierze, że Angra nie posiada na stałe klawiszowca (!). Świetną robotę odwalił tutaj gościnnie Miro (Michael Rodenberg, grał chyba z 20 kapelami lub więcej). Czas przejść do największej siły albumu – wokali. Wielu (w tym ja sam) kręciło nosem na wokale Edu przy poprzednich albumach. Szczególnie zarzuty tyczyły się wyższych partii. Na „Temple Of Shadows” nie dość, że zmienił nieznacznie swój styl śpiewania (jest niżej, ostrzej, bardziej soczyście), to jeszcze urozmaicił swoje partie w wiele smaczków. Niewątpliwą zaletą tego albumu są chórki. W połączeniu z gęstą, lejącą się z głośników muzyką, tworzą niesamowite misterium. Podsumowując: od strony wykonania i nagrania samych kawałków płyta nie ma żadnych wad.

Kolejne numery, jak „Angels And Demons” (mistrzowskie wokale), czy „Waiting Silence”, sprawiają, że człowiek już przy 4-5 kawałku chce włączyć płytę jeszcze raz. „Temple Of Shadows” to nie tylko mocne, żywiołowe numery. Mam także znakomitą balladę „Wishing Well”, gdzie czuć znakomicie klimat zbliżających się Świąt... „The Temple Of Hate” to kolejny szybki kawałek, gdzie pole do popisu mają gitary. Wystąpił tutaj gościnnie Kai Hansen, przez co utwór „śmierdzi” trochę Gammą Ray (nową). Nie zmienia to faktu, że jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie. „The Shadow Hunter”, kolejny utwór, jest długi (ponad 8 minut), przemyślany, bardzo wyrafinowany. Tempo jest średnie, więcej tu miejsca na gitarowe pejzaże, i wysublimowane wokale, przez co kawałek przypomina trochę to, co Angra robiła w 1996 roku. Motyw gitarowy zawarty w 5-6 minucie po prostu zwala z nóg. Aby dać nam chwilę odpoczynku, zespół serwuje „No Pain For The Dead”, nieco wolniejszy, nie tak wyrazisty utwór. Mamy akustyczne gitary, nieco płaczliwe wokale, ciężar w refrenie no i ten fantastyczny moment gdzieś w środku utworu. Pojawia się również kobiecy wokal. Mnogość różnych elementów (dodajmy: doskonale wykorzystanych) – to kolejna zaleta tej płyty. Dochodzimy do apogeum albumu – prawie 7-minutowego „Winds Of Destination” w którym występuje nasz ulubiony Hansi... Znowu mamy szaleńczą galopadę, wszystko wali nam się na głowę i nie daje zapomnieć o sobie przez długi czas.

Tak już jest z tą płytą, że mamy bardzo dużo pomysłów, i wszystkie zostały znakomicie wykorzystane, wszystkie pasują do siebie jak ulał. „Sprouts Of Time”, „Morning Star”, czy „Late Redemption” są wolniejszymi kawałkami, bardziej nastrojowymi, równie udanymi. Na uwagę zasługuje szczególnie „Morning Star” z doskonałym refrenem i wokalami. Podsumowaniem płyty jest instrumentalny „Gate XIII”. Nie jest to żadne outro, tylko ponad 5-minutowy, wspaniałe instrumentalne nawiązanie do większości kawałków z płyty. Mamy motywy z „Deus Le Volt”, „Spread Your Fire”, „Angels And Demons”, “Winds Of Destination” czy “Waiting Silence”. To wszystko w bardzo podniosłej, symfonicznej atmosferze. Istny majstersztyk na koniec bardzo udanego albumu.

 

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.