ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Bowie, David ─ Blackstar w serwisie ArtRock.pl

Bowie, David — Blackstar

 
wydawnictwo: RCA Records 2016
 
1. "Blackstar" 9:57
2. "'Tis a Pity She Was a Whore" 4:52
3. "Lazarus" 6:22
4. "Sue (Or in a Season of Crime)" 4:40
5. "Girl Loves Me" 4:51
6. "Dollar Days" 4:44
7. "I Can't Give Everything Away" 5:47
 
Całkowity czas: 41:13
skład:
David Bowie – vocals, acoustic guitar, mixing, production, string arrangements; Donny McCaslin – flute, saxophone, woodwinds; Ben Monder – guitar; Jason Lindner – piano, organ, keyboards; Tim Lefebvre – bass; Mark Guiliana – drums, percussion; Kevin Killen – engineering; Erin Tonkon – assistant engineer; Joe Visciano – mixing assistant; Kabir Hermon – assistant engineer; Joe LaPorta – mastering engineer; Tom Elmhirst – mixing engineer; Tony Visconti – production, strings, engineering, mixing engineer; James Murphy – percussion on two tracks
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 4
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 17
Arcydzieło.
› 27

Łącznie 52, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
13.01.2016
(Recenzent)

Bowie, David — Blackstar

No to najważniejszą muzyczną premierę tego rocku raczej już mamy za sobą. No bo najwyżej  jeszcze tylko Stonesi.

Tak zacząłem recenzję „The Next Day”. Minęły trzy lata, nowa płyta Bowiego i wstęp może zostać taki sam – nic się nie zmieniło. Nie pojawił się nikt nowy, kto potrafiłby zagrozić muzycznemu establishmentowi. Znowu, jak trzy lata temu, nowa płyta starszego, nieco schorowanego faceta, już od dobrych kilku tygodni jest pierwszoplanowym wydarzeniem medialnym i pewnie kilka tygodni  będzie. Ktoś powie – Trzy lata? Przecież to niewiele czasu. Niby tak, ale trzy lata dzieli „Hard Day’s Night” i Sierżanta Pieprza. Potrafiła  być to cała epoka. Ziggy Stardust żył krócej. Teraz chyba w muzyce czas wolniej płynie. Cholera, nie znajdzie się nikt, kto mógłby chociaż trochę „podgryźć” tego emeryta? Dlaczego znowu ta geriatria jest w centrum zainteresowania? Odpowiedzi na oba pytania są w sumie dosyć proste – bo współczesne pokolenie muzyków  en masse jest za chude w uszach i jeszcze muszą zjeść dużo szpinaku, albo zupki mlecznej, żeby próbować podskoczyć Farbowanemu Lisowi, a po drugie Bowie to Bowie.  Marka i już. Teoretycznie nikt nikomu nie broni być Bowiem – no problem, trzeba tylko ciężko harować przez kilkadziesiąt lat, wydając płyty o podobnej sile rażenia, jak „Ziggy Stardust”, Trylogia Berlińska, „Let’s Dance”, czy „Young Americans” (to tak name of the few) .  Potem już można być Bowiem i każda płyta zanim jeszcze się ukaże będzie skazana na sukces.

Trzy lata temu napisałem, że „The Next Day” to swego rodzaju czwarta część Trylogii Berlińskiej i swego rodzaju jej podsumowanie. Wygląda na to, że nie do końca tak było. Bo wypadałoby powiedzieć, że „Blackstar” to jej  część piąta. Piąte część trylogii – może bez przesady. Niewątpliwie jednak znowu nawiązuje do tamtej muzyki, nie ma wątpliwości. A przez pryzmat „Blackstar” wydaje się, że „The Next Day” niczego nie kończyło, ale raczej zaczęło nowy okres w karierze artysty. Tak mi się wydaje, może się mylę, ale Czarnagwiazda muzycznie na pewno jest kontynuacją poprzedniego albumu. Może spokojniejszą, bardziej wyrafinowana – ale jest. A dlaczego uważam, że możemy mówić coś o nowym okresie w karierze artysty? Bowie nigdy nie działał w próżni – on zawsze doskonale wiedział co się wokół niego w muzycznym świecie dzieje – zawsze był na bieżąco z nowymi trendami. Zawsze wykorzystywał je w swojej twórczości, tyle, że nigdy nie był naśladowcą, on je udoskonalał, definiował i  błyskawicznie łapał się do awangardy gatunku – tak przynajmniej było w latach siedemdziesiątych, a i też po części w latach dziewięćdziesiątych (na większość lat osiemdziesiątych spuśćmy litościwie zasłonę milczenia) – Bowie posłuchał, przerobił po swojemu i okazało się, że wyszło mu lepiej niż oryginał. Natomiast dwie ostatnie płyty są już oderwane od współczesnej muzyki rozrywkowej, wynikają z wcześniejszych muzycznych doświadczeń artysty.  Zresztą szukanie natchnienia we współczesnej muzyce rozrywkowej jest jak szukanie dziewicy w burdelu – kurde,  deko trudne.

 

Jeszcze w niedzielę wieczorem  ten tekst tak miał wyglądać. Kilkanaście godzin później  przestał być aktualny. Trzeba byłoby go gruntownie przerobić, żeby pasował do sytuacji. Postanowiłem  jednak zostawić wszystko bez zmian, żeby pokazać jak to potrafi się wszystko szybko zmienić i jacy jesteśmy bezradni w stosunku do rzeczy ostatecznych. Wszyscy, bez względu na status społeczny i konto bankowe. To jest też przykład na  to, że bardzo trudno nam się czasami połapać w intencjach artysty, jakie ma być przesłanie dzieła. W gruncie rzeczy każdy z nas odbiera to po swojemu – każdy inaczej. W tym przypadku Bowie swoją śmiercią uciął wszelkie dywagacje – to niestety było pożegnanie. Niestety nie początek nowego okresu działalności, jak to sobie marzyłem w tekście powyżej. To był wyścig z chorobą, pewnie od początku nie do wygrania. Jednak  udało mu się gdzieś po drodze  jej odskoczyć na tyle, że „Blackstar” powstało. A nie było to pewne. To nie jest tak, że doktory powiedzą – masz dwa lata życia i ty sobie żyjesz spokojnie przez dwa lata, dzwonek dzwoni, a ty fajt – nóżkami do góry i pa, pa. To jest ta górna granica. „Po drodze” jest na przykład bardzo obciążające organizm leczenie przeciwnowotworowe, które w niesprzyjających okolicznościach może wykończyć pacjenta szybciej niż choroba, stopniowe pogarszanie się samopoczucia,  wyniszczanie organizmu  przez nowotwór, jakieś infekcyjne powikłania, bo  przecież odporność też leci na pysk, nie daj Boże zapalnie płuc, bo przecież serce też na agrafkach, czyli po zawale i by-passach, może nie wytrzymać. Nagrywaniu musiał towarzyszyć poważny stres – czy się zdąży i niepewność, czy będzie na tyle dobre, żeby było odpowiednim podsumowaniem kariery.

 

Kiedy usłyszałem ten album pierwszy raz, pomyślałem sobie, że gdyby nie to, że sygnowany jest nazwiskiem Bowie, to by go nie kupił pies z kulawą nogą. Oczywiście nie dlatego, że  słaby, bo jest wprost przeciwnie, tylko dlatego, że jest absolutnie antykomercyjny – promujący singiel ma dziesięć minut. Następny, „Lazarus” może i krótszy, ale niewiele. Oba numery świetne, ale na pewno nie na singla. Cała płyta też niespecjalnie przyjazna słuchaczowi – na pewno nie na jeden raz. Na takie rzeczy mogą pozwolić sobie tylko poważni zawodnicy. A uchodzi to płazem (komercyjnym) tylko największym.

 

Mój znajomy, pan Radek, właściciel Atosa, najlepszego kumpla Tośki, na wczorajszym spacerze naszych psów, dokładnie, na czynniki pierwsze rozebrał całe „Blackstar” pod względem muzycznym (a facet wie co mówi, bo dysponuje z odpowiednim wykształceniem) i nie tylko. Powinienem nagrać co mówi, bo była to bardzo wnikliwa analiza. Zwrócił uwagę na „Sue” i „Girl Loves Me”, że jest to kulminacja płyty, bo potem muzyka łagodnieje stopniowo, że Bowie śpiewa duszą, niesamowicie emocjonalnie  i że  utwór tytułowy jest najlepszy (struktura sonatowa: temat – przetworzenie – repryza). I że… nie pamiętam więcej. Jednak dobrze, że cokolwiek pamiętam, bo przyda się coś konkretnego o tej płycie.  Teraz, jak zaczynam słuchać „Blackstar”, to sama muzyka dosyć szybko schodzi na dalszy plan, przestaje mi się chcieć analizować ten krążek pod kątem recenzji, a na pierwszy wybija się jej autor i wspomnienia z nim związane. Od ponad trzydziestu lat jest takim bardzo znaczącym punktem orientacyjnym na mapie mojego muzycznego świata i zawsze bardzo go ceniłem (chociaż w latach osiemdziesiątych za to co robił wcześniej, a nie wtedy) i teraz nie mogę przejść do porządku dziennego, że nie już go nie ma, nie będzie żadnej nowej, regularnej płyty (bo jakiegoś „odrzutowego” albumu nie liczę), nie zagra nagle na koncercie jakichś młokosów typu Arcade Fire, po prostu go nie będzie. Chociaż przez wiele lat głównie milczał, ale był. A teraz…

 

Z konkretniejszą, „gwiazdkową” oceną wypadałoby się nie śpieszyć, chociaż osiem gwiazdek ma tak z przydziału, na mniej na pewno nie zasłużyła.  No i  jeszcze jedna gwiazdka z tytułu. Kilka dni to jednak trochę mało czasu, żeby ją tak dokładnie przetrawić pod każdym względem. Pierwsza sprawa – sama muzyka, niespecjalnie łatwa w odbiorze, wymagająca większego skupienia. Druga sprawa – emocje strasznie dużo emocji,  walą w łeb – nie da się koło niej przejść spokojnie, haracze nerwy i patroszy, boleśnie kaleczy duszę. Nawet nie wiedząc, że nagrywał to człowiek śmiertelnie chory, czuło się, że całe serce, całą duszę i nie wiadomo co jeszcze, Bowie tu zaangażował. To miało być godne pożegnanie. I jest.

 

Nie mam zamiaru ulegać przesadnej afektacji związanej z okolicznościami  i nie będę  pisał, że to wielkie arcydzieło, najlepsza płyta w karierze artysty (a już słychać takie głosy). Muzycznie znalazłbym kilka lepszych, chociażby „Outside”, „Low”, czy „Ziggy Stardust”, ale „Blackstar” to oprócz świetnej muzyki, potężny ładunek emocji i trudno mi określić jakich – na pewno nie jest tylko czarno, mroczno i ponuro – to raczej opowieść człowieka, który zderzył się z czymś ostatecznym. Dlatego nie ma mowy co prawda mowy o jasnych barwach, jednak końcówka jest jakimś pocieszeniem – tyle,  że nie dla niego, a dla nas, sierot, które tu zostały.

Wiadomość o śmierci artysty usłyszałem w drodze do pracy. Nie powiem, że mnie nie sieknęło – jak to, przecież płyta ledwie się ukazała. A pierwsze co przyszło mi na myśl, to „Space Oddity”.

 

This is Major Tom to Ground Control

I'm stepping through the door

And I'm floating in the most peculiar way

And the stars look very different today

For here am I sitting in my tin can

Far above the world

Planet Earth is blue

And there's nothing I can do

Though I'm past one hundred thousand miles

I'm feeling very still

And I think my spaceship knows which way to go

Tell my wife I love her very much, she knows

 

Major Tom w swoim blaszanym pojeździe odleciał w kosmos. I już nigdy nie wróci.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.