ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Queen ─ Queen I w serwisie ArtRock.pl

Queen — Queen I

 
wydawnictwo: Parlophone 1973
 
1. Keep Yourself Alive (3:47)
2. Doing All Right (4:09)
3. Great King Rat (5:43)
4. My Fairy King (4:08)
5. Liar (6:25)
6. The Night Comes Down (4:23)
7. Modern Times Rock & Roll (1:48)
8. Son & Daughter (3:20)
9. Jesus (3:44)
10. Seven Seas Of Rhye (1:15)
 
Całkowity czas: 38:36
skład:
Freddie Mercury - wokal, fortepian / Roger Taylor - perkusja, wokal / Brian May - gitary, fortepian / John Deacon - bas
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 4
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 8
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 6
Arcydzieło.
› 8

Łącznie 28, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: * Bez oceny
03.07.2012
(Recenzent)

Queen — Queen I

 

przedmowa do cyklu

Do uzupełniania recenzji zespołu Queen zbierałem się przez lata. Zawsze jednak coś stawało na drodze, przez co wiedziałem, że nie utrzymam regularnego tempa publikacji tekstów. Wreszcie tej wiosny uznałem, że pora zwalczyć raz na zawsze tę moją niekończącą się opieszałość i od najbliższej niedzieli, regularnie, co tydzień ukaże się kolejna recenzja cyklu. Oprócz pisania nowych tekstów, wydaje mi się, że powinienem przejrzeć też stare recenzje Queen, które napisałem dawno temu i nie spełniają od dawna moich standardów. Dlatego postanowiłem je odświeżyć, co czasem będzie pewnie oznaczało niemalże napisanie ich od nowa. Mam nadzieję, że Wam się spodoba…

królewski cykl – część I

Chcąc cofnąć się do samych korzeni historii zespołu, trzeba powrócić do roku 1968 i zespołu Smile. Oprócz późniejszych członków Queen, czyli Rogera Taylora i Briana Maya, w zespole grał niejaki Tim Staffel. Był odpowiedzialny za wokale oraz gitarę basową.  Na koncertach prezentowali trochę autorskiego materiału oraz covery (między innymi Pink Floyd), które starali się rozbudowywać nawet do dwudziestu minut. Zdarzyło im się też supportować występ Yes, ale mieli problemy z przedostaniem się do wyższej ligi i graniem w ważniejszych londyńskich klubach, co Brian określał w wywiadach błędnym kołem. Stałym bywalcem na ich koncertach był znajomy muzyków – Farookh Bulsara, który od czasu do czasu sugerował im jak powinni grać. Jedyną pamiątką, jaka pozostała po Smile jest wydany w 1997 roku album Ghost of a Smile (z charakterystyczną okładką przywodzącą na myśl The Rolling Stones – uśmiech zamiast jęzora).

W końcu Tim Staffell postanowił odejść by grać z innymi ludźmi, zostawiając tym samym miejsce dla Farookha. W wywiadach Tim zawsze mówił, że nie żałował tej decyzji, gdyż z nim zespół wyglądałby zupełnie inaczej i mógłby nigdy nie osiągnąć sukcesu. Nowy wokalista Briana i Rogera miał dyplom szkoły muzycznej i był bardzo utalentowanym pianistą. Tworzył już wcześniej solowo pod pseudonimem (Larry Lurex), ale nie wydał nigdy albumu. Dopiero w zespole miał szansę rozwinąć skrzydła – wcześniej nie postrzegał muzyki jako sposobu na życie.  Wszyscy przyjaciele widzieli w Farookhu przyszłego projektanta mody, a nie muzyka. Kto by pomyślał do czego ten człowiek dojdzie już jako Freddie Mercury?

Po wyborze wokalisty oraz zmianie nazwy na Queen do obsadzenia zostało jeszcze miejsce basisty. Kandydatów było kilku, ale żaden nie został w zespole na dłużej. Sprawdził się dopiero John Deacon i w tak uformowanym składzie muzycy pozostali aż do 1991 roku, kiedy to zmarł Freddie (czyli moim zdaniem do samego końca).

A sam album? Trzeba przyznać, że debiut Queen to dość ciekawa płyta. Czwórka muzyków zgrabnie szukająca swojego miejsca na muzycznej scenie. Poruszali się tu jeszcze w okolicach hard i glam-rocka i jest to zdecydowanie najmniej zróżnicowany album grupy. Bardzo oszczędni w środkach wyrazu (żadnych syntezatorów, czym tak bardzo szczycił się przez lata Brian May), zaserwowali kawał czerstwego, żywiołowego grania, które musiało się wtedy podobać. Słychać za to jeszcze lekki brak wyczucia w spokojniejszych utworach - „Doin’ All Right” i „The Night Comes Down”. Pierwszy z nich pochodzi jeszcze z czasów Smile. Freddie starał się zaśpiewać go jak Staffell, co nie wyszło chyba na dobre. Drugi ma ładną melodię i romantyczny nastrój stworzony tylko akustyczną gitarą, ale niestety chórek w refrenie odrobinę razi.  Siłą tego albumu są mocniejsze utwory i to pewnie nimi Queen zwróciło na siebie uwagę. Mercury już tutaj pokazał, że ma bardzo silny głos, a May zagrał na gitarze sporo ciekawych rzeczy. Obaj muzycy pokazali, że tkwi w nich duży potencjał i talent. Natomiast Taylor i Deacon byli wciąż mniej doświadczeni i ciut później pokazali na co ich naprawdę stać.

Zawsze lubiłem motyw grany przez gitarę na samym początku „Keep Yourself Alive”. Do dzisiaj brzmi dość niestandardowo i świeżo. Wciąż odnoszę się z sympatią do „Great King Rat”, gdzie kwartetowi udało się dźwiękami odtworzyć klimat tekstu. Kolejna kompozycja Mercury’ego – „Jesus” – też ma coś w sobie, choć są to przez większość czasu dwa proste akordy na krzyż. Jednak moim ulubionym utworem z tego albumu jest od zawsze „Liar”. Szorstkie i ciężkie gitarowe riffy, delikatny wokal przeplatający się z niemal odrzucającymi wrzaskami i bardzo ciekawa zmiana rytmu w piątej minucie. Kolejnym utworem, który bez problemu zapada w pamięć jest „Modern Times Rock And Roll”. Jest to jedyna kompozycja na Queen I napisana i zaśpiewana przez Taylora. Zawrotnie szybkie tempo i charakterystyczny wokal sprawiają, że utwór zdecydowanie wyróżnia się stylistycznie na tle pozostałych.

Na Queen I nie znajdziemy żadnego utworu, który byłby dzisiaj znakiem rozpoznawczym tego zespołu. Kompozycje z tego albumu w późniejszych latach nie były grane na koncertach. Być może powodem jest wydanie aż dwóch albumów w następnym roku i świadomość szybkiego rozwoju?

Tak zaczęła się historia jednego z najbardziej zasłużonych, najlepiej sprzedających się i utalentowanych zespołów w historii. Osoby mniej rozeznane z ich twórczością mogą się nieźle zdziwić. Ja zawsze wolałem drugi, bardziej bajkowy album Queen, a do jedynki sięgałem stosunkowo rzadko. I chociaż nie jest to jeszcze ten poziom i rozpoznawalny styl zespołu, to trzeba przyznać, że jest tu sporo ciekawej muzyki. Tylko ta nieco ucierpiała przez produkcję.

Już w niedzielę poszukamy kogoś do pokochania – A Day at the Races.


 

PS. Reedycja zawiera dodatkowy utwór „Mad the Swine”. Wyleciał on z oryginalnej płyty przez mix Roya Thomasa Bakera, który nie przypadł do gustu muzykom... Całe szczęście, że mu się postawili.
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.