ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 27.08 - Inowrocław
- 02.09 - Gdańsk
- 03.09 - Warszawa
- 04.09 - Wrocław
- 08.09 - Warszawa
- 11.09 - Warszawa
- 12.09 - Kraków
- 13.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 16.09 - Poznań
- 17.09 - Piekary Śląskie
- 18.09 - Warszawa
- 18.09 - Kraków
- 24.09 - Warszawa
- 30.09 - Piekary Śląskie
- 01.10 - Poznań
- 09.10 - Kraków
- 11.10 - Kraków
- 12.10 - Warszawa
- 13.10 - Gdańsk
- 13.10 - Wrocław
- 13.10 - Toruń
- 14.10 - Gdańsk
 

koncerty

13.06.2022

WHITESNAKE, EUROPE, Kraków, Tauron Arena, 12.06.2022

WHITESNAKE, EUROPE, Kraków, Tauron Arena, 12.06.2022

Przyznam otwarcie, że był to dla mnie jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w ciągu ostatnich kilku, może kilkunastu lat. Wiem, mocna konstatacja na początek, ale piszę to z perspektywy człowieka, który sporo już w swoim życiu widział…

W niedzielny wieczór wszystko się zgadzało w przypadku obu występujących formacji. Brzmienie, oprawa świetlna, forma muzyków i prawie pełne ideału setlisty. Wydarzenie otworzyła punktualnie o 19.30 szwedzka formacja Europe, która niestety jest na swój sposób niewolnikiem kilku nośnych numerów z początków swojej kariery i przez taki pryzmat przez wielu do dziś jest postrzegana. Mogłem się o tym przekonać stojąc na ich występie w tłumie, gdzieś blisko sceny. Praktycznie w każdej przerwie, między odgrywanymi kompozycjami, słyszałem intonowane przez zebranych intro do The Final Countdown lub po prostu wykrzyczany ów tytuł. A przecież choćby siedem lat temu grupa wypuściła znakomity War Of Kings, jeden z najlepszych hard rockowych albumów tamtej dekady. Pewnie że fajnie byłoby, gdyby zagrali z niego kilka kawałków, ale mieli tylko godzinę i zdecydowali się na kapitalnie rozpędzony Hole in My Pocket, dla mnie jeden z najlepszych momentów ich seta. Ale doskonale wypadły też otwierający całość Walk the Earth, tytułowy utwór z ich ostatniej płyty, czy wreszcie znakomity Last Look at Eden. No i były obowiązkowe killery: stadionowy Rock the Night, pełna lukru słynna ballada Carrie, która wypadła bardzo stylowo, Cherokee czy na absolutny finał wypragnione The Final Countdown z morzem smartfonów nad głowami publiczności, wszak wielu chciało mieć „ten moment na wieczność”. Joey Tempest, choć śpiewa dziś nieco niżej a jego ciemniejsza barwa wokalna jest przyprószona upływem czasu prezentował się doskonale we wszystkich partiach. Do tego energicznie szalał po scenie wymachując przy okazji statywem mikrofonu.

Wydawało się zatem, że już nic nie przebije występu Szwedów. A jednak! Jeśli wydawało się komuś, że siedemdziesięcioletni „rockowy dziadek”, David Coverdale, nie da rady utrzymać emocji i tempa trwającego wydarzenia, to musiał przeżyć „pozytywny szok”. Wraz z trasą The Farewell Tour MMXXII ta hardrockowa legenda postanowiła pożegnać się z publicznością i wykonać utwory z trzynastu swoich albumów, które powstawały na przestrzeni (prawie) ostatniego półwiecza. No i czegóż tam nie było?! Bad Boy, Slide It In, Love Ain't No Stranger, cover Bobby “Blue” Bland Ain't No Love in the Heart of the City, czy Fool for Your Loving. To jeśli chodzi o pierwszą część koncertu, którą zwieńczyły wirtuozerskie popisy gitarowe (w głównych rolach fenomenalni Reb Beach i Joel Hoekstra, którego niezwykle cenię za solową twórczość) i klawiszowe (Michele Luppi). Bo potem zaczęło się już totalne szaleństwo. Crying in the Rain zagrany był porywająco, jednak największe wrażenie zrobiło wplecione weń kilkuminutowe perkusyjne solo Tommy’ego Aldridge’a, w którym „odjeżdżał” za perkusją jak muppetowy Zwierzak, drugą część sola grając bez perkusyjnych pałeczek. Is This Love oświetlone na różowo po prostu wzruszało, będąc jednym z najbardziej magicznych momentów koncertu. Koncertu, który wyprowadzał kolejne działa! Give Me All Your Love, Here I Go Again, miażdżąca wersja Still of the Night i wreszcie Purplowe Burn z soczystym basiskiem, gitarowymi riffami i tyradami, wokalnymi harmoniami i ogniem w refrenie wykrzyczanym przez publiczność. Zaryzykuję, że chyba w takiej wersji tej kompozycji… już nie usłyszymy od samych Purpli!

Momenty i smaczki? Rewelacyjnie wyglądająca obudowana scena, z ogromnym logo zespołu mieniącym się różnymi barwami i prawdziwa feeria świateł. Fajnie na niej wyglądali wszyscy aktorzy tego widowiska. Od „whitesnake’owego”, firmowego wdzianka Coverdale’a, poprzez „kowbojskiego” Reba Beacha, po zjawiskowo wyglądającą nową basistkę grupy, ujmującą długimi dredami, Tany’ę ‘O’ Callaghan. Warto zauważyć, że każdego z muzyków Coverdale przedstawił osobiście wychodząc z nim na wybieg. A sam „Mistrz”? Pewnie, że wielokrotnie otrzymywał wsparcie pozostałych muzyków/wokalistów, których partie czasami maskowały drobne niedociągnięcia, całościowo wypadł jednak wybornie podkreślając absolutnie wysoki poziom koncertu.

Cóż, to oczywiście banał, ale ci którzy nie zdążyli kupić biletów (koncert został kilka dni przed występem wyprzedany) mają czego żałować. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że Biały Wąż długo będzie świętować tę pożegnalną trasę. A może zrobi jej kolejną edycję i wróci do Polski. Bo w takiej formie po prostu szkoda schodzić ze sceny.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.