ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 25.03 - Warszawa
- 25.03 - Piotrków Trybunalski
- 25.03 - Legionowo
- 25.03 - Chorzów
- 01.04 - Poznań
- 26.03 - Łódź
- 27.03 - Warszawa
- 28.03 - Warszawa
- 30.03 - Łódź
- 31.03 - Warszawa
- 31.03 - Warszawa
- 02.04 - Łódź
- 02.04 - Warszawa
- 06.04 - Kraków
- 07.04 - Łódź
- 08.04 - Łódź
- 09.04 - Łódź
- 07.04 - Wrocław
- 08.04 - Kraków
- 11.04 - Warszawa
- 19.04 - Łódź
- 22.04 - Katowice
- 23.04 - Łódź
- 25.04 - Lublin
- 26.04 - Warszawa
- 27.04 - Łódź
- 01.05 - Warszawa
- 19.05 - Wrocław
- 20.05 - Warszawa
 

koncerty

07.12.2016

ANITA LIPNICKA, Łódź, Wytwórnia, 03.12.2016

ANITA LIPNICKA, Łódź, Wytwórnia, 03.12.2016

Cóż to był za rok dla fanów starego Varius Manx! Fanów, do których grona, ku osłupiałemu niedowierzaniu i, niebezpiecznie graniczącej z odrazą, dezaprobacie moich miłujących nieco ostrzejsze, czy bardziej skomplikowane dźwięki znajomych i ja się z dumą zaliczam. Najpierw dostali niespodziewaną reaktywację zespołu w niemal najsilniejszym składzie - Robert Janson, bracia Marciniak i Sławek Romanowski znowu na jednym pokładzie. Popartą wymarzoną, mocno retrospektywną, doskonałą (wiem co mówię - byłem tam) kwietniową trasą koncertową pod hasłem "25 lat". W tej sążnistej beczułce miodu, była jednak dla wielu spora łycha dziegciu. Robert Janson musiał dokonać trudnego wyboru jednej wokalistki do tego przedsięwzięcia, spośród pokaźnej już grupy byłych współpracowników "dziwnego kota rasy Manx". Niektórym marzyło się, aby tą wokalistką został sensacyjnie... wokalista Robert Amirian, związany z zespołem w pierwszym, bardziej progresywnym okresie działalności (tak tak, Variusi grali na początku mocno inteligentnego, ilustracyjnego proga, by dopiero poprzez wyrafinowany art rock i AOR dojść do pop rocka, z którym są dzisiaj, mocno niesprawiedliwie, niemal całkowicie utożsamiani). Tak się nie stało. Padło na Kasię Stankiewicz, jedną z dwóch śpiewających pań, z którą łódzka ekipa święciła największe komercyjne tryumfy. To oczywiście pozostawiło fanów wcielenia z Anitą Lipnicką, jak i samej Lipnickiej oraz jej niepowtarzalnego głosu w ciężkiej żałobie i skazało na słuchanie hitowych kompozycji z płyt "Emu" i "Elf" w nieoryginalnym wykonaniu wokalnym. Ale oto nadeszła jesień i piotrkowianka, postanowiła wynagrodzić swym wyznawcom owe wiosenne niedogodności. Po wydaniu nowego singla i zapowiedzi prac nad premierowym materiałem na 2017 rok, ogłosiła trasę koncertową, pod obiecującym monikerem "Na osi czasu". Trasę, która, cytując samą artystkę, miała mieć mocno przekrojowy charakter.

Lepszej zachęty do wybrania się na jeden z występów owej trasy nie potrzebowałem. Ani ja, ani 750 innych osób, które w chłodny sobotni wieczór porzuciły możliwość obejrzenia "pasjonującej" gali KSW w zaciszu domowego ogniska, na rzecz obcowania z aksamitnym wokalem Anity w niezmiennie funkcjonalno - nowoczesnych, a zarazem ciepło - przestronnych, wnętrzach łódzkiej Wytwórni. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że postrzegam Lipnicką jedynie w kontekście dwóch płyt Varius Manx, zaś jej solowa twórczość jest mi całkowicie obca, bądź jestem jej niechętny. Absolutnie nie. Uwielbiam zarówno prze-genialną "Wszystko się może zdarzyć" - poza tytułowym singlem, jak i lekko przewrotną "To co naprawdę", "Moje oczy są zielone", aż po świetną "Vena Amoris" i wybrałbym się na ten koncert nawet gdyby repertuar miał ograniczać się do tego właśnie solowego materiału. Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej w moim odczuciu, prawdziwym magnesem przyciągającym ludzi na to wydarzenie był właśnie ów obiecany "przekrojowy charakter" z wyraźnym mrugnięciem okiem do tych najstarszych utworów.

Koncert umiejscowiono na największej z dostępnych w Wytwórni, równoległej do foyer, sali, zaś przestrzeń dla publiczności ograniczono do miejsc siedzących. Przyznam, że mam delikatną awersję do siedzących imprez. Z jednej strony wygoda i atmosfera prawdziwego kulturalnego święta, z drugiej jest to zawsze pewna bariera między wykonawcą, a publiką, tłumiąca spontaniczny entuzjazm zebranych. Ta druga strona medalu przeważyła tego wieczoru, reakcje ludzi były nieco przytłumione a szkoda, bo artystka ten występ rejestrowała w formacie audio i zostanie on wydany na płycie koncertowej. Opóźnienie soundchecku (dało się go jeszcze słyszeć przez ścianę foyer na 15 minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu) nie spowodowało znacznej obsuwy i równo o 20:08 gwiazda wieczoru pojawiła się przed pospiesznie zajmującą miejsca publicznością. Towarzyszyła jej czwórka muzyków: basista/kontrabasista, a w ostatnim bisie tancerz (!) Kamil Pełka, nie stroniący również od ukulele, gitarzysta Bartłomiej Miarka, ukryty w pleksowym "akwarium", ale i robiący z niego co jakiś czas piesze wycieczki, by podrapać rytmicznie głośnik,  bębniarz Bartłomiej Niebielecki, oraz wygodnie rozgoszczony przed neonem z nazwą trasy, a za klawiaturą marki Nord, dającą nadzieję na wierne odtworzenie cudownych Hammondowych aranży płyty "Wszystko się może zdarzyć”, pianista Piotr Świętoniowski.

Mocno rozgadana, w przesympatyczny sposób, tego wieczoru Anita rozpoczęła od kontrowersyjnego przeboju z solowego debiutu, "I wszystko się może zdarzyć", ponieważ jak sama zażartowała, zawsze chciała zacząć od najbardziej oczywistego bisu i mieć już tę kompozycję za sobą. Utwór zabrzmiał w nowej, lekko neo - folkowej aranżacji. Zresztą większość kawałków tego dnia dostała za sprawą aranży nowe, często absolutnie zaskakujące życie. Olbrzymi kunszt i szeroki stylistycznie warsztat muzyków tylko to zadanie ułatwiał. Zaś każdy z nich miał w którymś momencie 5 minut dla siebie - szczególne wrażenie zrobiła świetna, mocno Maitlandowska solówka perkusyjna Bartłomieja Niebieleckiego. Sama Lipnicka prezentowała się prawdziwie zjawiskowo i eterycznie, nie tylko wokalnie, ale i wizualnie. W hipsterskich glanach, asymetrycznej, zwiewnej sukni i krótkiej skórzanej kurteczce, której pozbyła się gdzieś w połowie koncertu, czarowała i kokietowała zebranych płci obojga, czy to śpiewając, czy też chwytając co chwila za gitarę akustyczną. Współczesne "radiowe" gwiazdki mogą jedynie pomarzyć o choć kropli takiego niewymuszonego, dojrzale kobiecego uroku i szczerze pozazdrościć starszej koleżance. Ale wróćmy do muzyki. Setlistę zdominowały numery starsze i "variusowe". I tak, mój ukochany, wspominany już powyżej kilkukrotnie, debiut reprezentowały jeszcze aż cztery numery: uszlachetniona wersja "Piękna i rycerz", minimalistyczny, wzruszający wyrzut wobec życia "Rzeko", zainspirowane twórczością Sade, rozimprowizowane "I tylko noce", oraz magiczne, rozedrgane brzmieniami organów Hammonda, zdaniem autorki, mocno bluesowe "Mosty", zagrane na pierwszy bis. Każdy z nich, podobnie, jak pozostałe utwory, został poprzedzony obszerną, wylewną konferansjerką szeroko opisującą kulisy powstania i znaczenie mocno osobistych, inspirowanych przeżyciami piotrkowianki tekstów. No właśnie, Anita nadal nie wstydzi się swojego pochodzenia. Wielokrotnie wspominała, jak to fakt wywodzenia się z pobliskiego Piotrkowa Trybunalskiego, czyni dla niej Łódź miejscem szczególnym, zarówno przez pryzmat bycia pierwszą dużą metropolią, do której aspirowała i z którą się zetknęła, jak i miejscem, w którym trafiła do zespołu, dzięki któremu jej kariera wypłynęła na szerokie wody. Chwaliła również zauważalny w ostatnich latach rozkwit miasta, a łódzki rozdział swojej kariery udokumentowała, tak wyczekiwanymi przez publiczność przebojami Varius Manx w postaci "Piosenki księżycowej" (drugi bis), "Tokyo" (odwiedziła to miasto w bardzo młodym wieku, kiedy wiązała jeszcze swoją przyszłość z modelingiem, a nie sceną), oraz "Zanim zrozumiesz" z "Emu". Poleciały również nieśmiertelne klasyki z "Elfa". Zagrała "Zabij mnie"(urządzając żartobliwy konkurs na znaczenie tekstu owej piosenki i wyznając, że szczerze ją on po latach żenuje), przejmujący "Wstyd", który po zmianach aranżacyjnych niebezpiecznie zbliżył się do twórczości....Porcupine Tree, nie tracąc jednak nic ze swej intensywności i soundtrackowe "Pocałuj noc", które podobnie jak "Zabij mnie" i "Tokyo" dostały sporo folkowo - szantowej przestrzeni.

W tym miejscu nie da się uciec od porównań tych wykonań z kwietniowymi koncertami Variusów. Po pierwsze, w sobotę od razu dało się odczuć, że ich teksty śpiewa osoba, które je napisała, pamięta stany emocjonalne, jakie one odzwierciedlały, że to są jej "dzieci". Po drugie, nie ulega kwestii, że Kasia Stankiewicz jest zupełnie inną warsztatowo wokalistką, może i o większych możliwościach głosowych, ale zdecydowanie innej, w moim odczuciu bardziej dziewczęcej, wrażliwości. Nie gorszej, nie lepszej, po prostu innej, kwestia gustu i zestrojenia wnętrza słuchacza z jedną z nich. Po trzecie, z zabaw aranżacjami tych utworów bardziej obronną ręką wyszła Lipnicka, w głównej mierze za sprawą doskonałych, towarzyszących jej instrumentalistów. Po czwarte, jakaś zadra musi jednak pomiędzy Anitą i Robertem Jansonem pozostawać, ponieważ zapowiadając piosenki Varius Manx artystka podkreśliła, że to zespół, któremu wiele zawdzięcza... mimo wszystko (a trzeba pamiętać, że w kwietniu Kasia Stankiewicz zaznaczała przed każdym utworem z tekstem Lipnickiej jej autorstwo i wypowiadała się o niej wyłącznie w samych superlatywach).

Doskonałe 95 minut dopełniły trzy kompozycje z pozostałych solowych płyt wokalistki. I tak nostalgicznie zaaranżowana scena stała się jeszcze areną wykonania "Ballady dla śpiącej królewny" z "Moje oczy są zielone", oraz dziwnie przypominającego tego wieczoru "Byłabym" Hey'a, "Hen, hen" i przepięknej, mimo sporej dozy autoironii, "Trzeciej zimy" z chronologicznie najmłodszej "Vena Amoris". Nie mogło oczywiście zabraknąć najnowszego singla "Dziewczyny z rzeką w tle", czyli niezwykle dla Anity istotnej kompozycji "Ptasiek". Jest ona swoistą elegią dla zmarłego przed dwoma laty muzycznego guru wokalistki, Brytyjczyka Nicka Talbota (nagrywającego pod pseudonimem Gravenhurst), z którym miała okazję współpracować w Londynie przy okazji nagrywania płyty „Hard Land of Wonder”. Wtedy też podarował on jej swój utwór „Bluebeard”, którego nigdy nie dokończyli nagrywać wspólnie. Dowiedziawszy się o śmierci Nicka nasza rodaczka napisała do niego polski tekst i z myślą o uczczeniu pamięci Gravenhurst'a z jednej, a rozpropagowaniu jego mało znanej twórczości z drugiej strony, wypuściła go na singlu. Jak osobisty stosunek do tej piosenki ma Lipnicka, niech zaświadczy fakt, że zagrała go w Wytwórni dwa razy, po raz drugi jako ostatni bis, kosztem innego wcześniej zaplanowanego utworu. Ta swoista powtórka miała już mieć charakter bardziej taneczny, aby poderwać publiczność z miejsc. Było to jednak zbyteczne, bo i bez tego nikt pod koniec występu nie znajdował się na swoim miejscu. Wszyscy wstali, klaskali, niektórzy pospieszyli bliżej sceny, by lepiej zobaczyć artystkę, by podziękować za ten wieczór pełen świetnej muzyki, autentycznych emocji i głębokich wzruszeń związanych z tą swoistą podróżą w czasie.

Anita nie kazała na siebie zbyt długo czekać i mimo, że na sali obecna była jej rodzina, którą pozdrowiła ze sceny i którą zaprosiła za kulisy zaraz po skończonym występie, niespełna 20 minut później już dzielnie podpisywała pamiątki i wytrwale pozowała do zdjęć. Ktoś powie, że to niby nic wielkiego, ale właśnie po takich drobnych gestach poznaje się charakter artysty. Można być "wielką gwiazdą" i okazać odbiorcom szacunek oraz dać im trochę radości, z krótkiego osobistego spotkania. Wielka klasa i wielki szacunek!
 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.