ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Page, Jimmy & Plant, Robert ─ Walking into Clarksdale w serwisie ArtRock.pl

Page, Jimmy & Plant, Robert — Walking into Clarksdale

 
wydawnictwo: Atlantic 1998
 
1."Shining in the Light" - 4:01
2."When the World Was Young" - 6:13
3."Upon a Golden Horse" - 3:52
4."Blue Train" - 6:45
5."Please Read the Letter" - 4:21
6."Most High" - 5:36
7."Heart in Your Hand" - 3:50
8."Walking into Clarksdale" - 5:18
9."Burning Up" - 5:21
10."When I Was a Child" - 5:45
11."House of Love" - 5:35
12."Sons of Freedom" - 4:08
 
Całkowity czas: 60:43
skład:
Jimmy Page - acoustic and electric guitars, backing vocals, mandolin, co-producer
Robert Plant - vocals, co-producer
Charlie Jones - bass guitar, percussion
Michael Lee - drums and percussion
oraz:
Tim Whelan - keyboards on "Most High"
Ed Shearmur - programming and string pads on "Most High"
Lynton Naiff - string arrangements on "Upon a Golden Horse"
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 2
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 3
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 5
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 3
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 15, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Ocena: 7 Dobry, zasługujący na uwagę album.
10.07.2012
(Recenzent)

Page, Jimmy & Plant, Robert — Walking into Clarksdale

We wish it to be known, that the loss of our dear friend and the deep respect we have for his family, together with the deep sense of harmony felt by ourselves and our manager have led us to decide that we could not continue as we were.

(Niniejszym zawiadamiamy, iż utrata naszego drogiego przyjaciela oraz głęboki szacunek, jakim darzymy jego rodzinę, przy zupełnej jednomyślności zachodzącej pomiędzy nami a naszym managerem, przywiodły nas do postanowienia o zaprzestaniu dalszej działalności w dotychczasowym jej kształcie.)

Oficjalne oświadczenie prasowe Led Zeppelin z 4 grudnia 1980 roku

 

Bez wątpienia, wyjątkowo traumatyczny musiał być rok 1980 dla nieprzeliczonych zastępów wielbicieli Led Zeppelin: najpierw, 25 września 1980 roku, spadła na nich ta tyleż straszna, co niespodziewana wieść o śmierci Johna Bonhama, zaś w niespełna trzy miesiące później – przytoczony powyżej zwięzły komunikat skierowany do prasy przez Jimmy’ego Page’a, Roberta Planta i Johna Paula Jonesa, ogłoszony w porozumieniu z ich nieodłącznym opiekunem i druhem, traktującym swych podopiecznych wręcz po ojcowsku, wielkim, odważnym, a chwilami wyjątkowo antypatycznym i nieustępliwym, szczególnie gdy w grę wchodziły interesy i negocjacje z promotorami i innymi kontrahentami grupy, managerem Peterem Grantem, nieformalnie piątym członkiem załogi Ołowianego Sterowca. A choć dla mnie jakiekolwiek wypadki wieńczącego lata siedemdziesiąte 1980 roku nie mogły być jeszcze wówczas ani z powyższych, ani z żadnych innych względów szokującymi, to jednak obecnie, zresztą już od lat, sam z niejaką przykrością myślę o owych dwóch zamykających właściwą historię Led Zeppelin faktach, ergo, że powtórzę, zgonie wybitnego perkusisty Bonhama i, będącym tegoż wydarzenia konsekwencją, rozwiązaniu „osieroconego” przezeń zespołu.

Pozostali przy życiu członkowie kapeli, porażeni tragicznym obrotem spraw, rozdzielili się, rozpierzchli, każdy na jakiś czas zamknął się w sobie i gdzieś się zaszył, unikając szerszego rozgłosu. Potem, podobnie jak w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach po śmierci Bonhama, Zeppelini nieczęsto i nie zawsze chętnie spotykali się nawzajem, aczkolwiek drogi ich nieraz jeszcze miały się przecinać, choćby wtedy, gdy przy różnych okazjach wzajemnie zapraszali się do współpracy, czy to scenicznej, czy to studyjnej.

Przede wszystkim jednak po rozwiązaniu zespołu każdy z nich podążył własną ścieżką, odnosząc mniejsze lub większe sukcesy. To zakładali jakieś efemeryczne bandy (dla przykładu Page wraz z Chrisem Squire’em i Alanem White’em XYZ, czyli eX-Yes-Zeppelin, potem, między innymi z Paulem Rodgersem z Bad Company, The Firm), to nagrywali ścieżki dźwiękowe do wątpliwej wartości produkcji filmowych (Page do drugiej i trzeciej części Death Wish, czyli Życzenia śmierci z jednym z „siedmiu wspaniałych”, Charlesem Bronsonem, w roli głównej, Jones zaś do Scream for Help), to znowu udzielali się gościnnie w sesjach nagraniowych innych muzyków (choćby Page uczestniczył w rejestracji Whatever Happened to Jugula? Roya Harpera), niejednokrotnie stając się współtwórcami całych albumów i będąc ich producentami (jak Jones, który wespół z Diamandą Galás ogłosił płytę The Sporting Life). Z całej trójki największe sukcesy na ścieżce kariery solowej święcił Plant, którego dwa pierwsze longplaye (Pictures at Eleven, wydany w ‘82 jeszcze przez zeppelinowską wytwórnię Swan Song, która niebawem zawiesić miała swoją działalność, oraz The Principle of Moments z ‘83, album promowany przez zasłużenie osławioną, piękną kompozycję Big Log) odniosły spory sukces komercyjny po obu stronach Atlantyku, powtórzony następnie przez czwartą w dorobku artysty płytę, Now and Zen, na której znalazło się kilka bardzo popularnych piosenek, w tym singlowe Heaven Knows, Tall Cool One oraz Ship of Fools.

Oczywiście, tym, czego od Zeppelinów oczekiwano najbardziej, była reaktywacja legendarnej formacji, ci jednak, lojalni względem niezastąpionego Bonza, myśleć o tym nawet nie chcieli, chociaż… No właśnie, Page i Jones chyba jednak nieraz po cichu liczyli na ponowne uruchomienie Sterowca, ale Plant każdorazowo rychło ucinał wszelkie spekulacje, dotyczące ewentualnego wskrzeszenia Led Zeppelin. Zamiast tego i pomimo to nieukojeni w nadziejach fani Zeppelina kilkakrotnie mogli obejrzeć wspólnie występujących na żywo Page’a, Planta i Jonesa, po raz pierwszy w lipcu 1985 roku w trakcie filadelfijskiego koncertu charytatywnego Live Aid (tu towarzyszył im między innymi Phil Collins), po raz drugi – w maju 1988, kiedy to, wsparci na perkusji przez Jasona Bonhama, syna Bonza, w słynnym nowojorskim Madison Square Garden dali krótki występ z okazji 40-lecia wytwórni Atlantic, wydawcy pięciu pierwszych longplayów grupy. Z obu tych występów muzycy nie byli jednak ukontentowani. W ’89 i ’90 dali jeszcze po jednym gigu na prywatnych, rodzinnych imprezach, najpierw na urodzinach córki Planta, następnie – na weselu Jasona Bonhama. I choć w 1995, podczas wieczoru wprowadzenia Led Zeppelin do Rock and Roll Hall of Fame, ponownie stanęli razem na scenie, to tak naprawdę jedyny po 1980 roku prawdziwy (i tym razem niezwykle udany!) lot Ołowianego Sterowca odbył się 10 grudnia 2007 roku w londyńskiej 02 Arena.

Nie chcąc wybiegać jednak w niniejszym tekście w nazbyt odległą przyszłość, należy wrócić do przełomu lat 80. i 90. Wówczas to bowiem dwóch z trzech żyjących Zeppelinów wzajemnie wyświadczyło sobie pewne przysługi: najpierw gitarzysta zagrał gościnnie na Now and Zen Planta, następnie ów wniósł pewien wkład w powstanie płyty Outrider, debiutu solowego Page’a. Uprzejmości te, jak również będący ich rezultatem wspólny występ obu muzyków w Knebworth latem 1990 roku, nadto późniejsze zabiegi managera Planta, Billa Curbishley’a, skutkujące kolejnym wspólnym koncertem w Bostonie, zaowocowały myślą o połączeniu sił i stworzeniu nowego projektu, z którego jednak od początku wykluczony był, ku niejakiemu rozgoryczeniu osobistemu, John Paul Jones. Samą decyzję o podjęciu poważniejszej współpracy być może przyspieszyło ogłoszenie w 1993 roku przez Page’a i Davida Coverdale’a, już kilka lat wcześniej sarkastycznie ochrzczonego przez Planta mianem „David Coverversion”, tyleż zacnego, ile wtórnego krążka Coverdale/Page, fakt ten bowiem ponoć wprawił byłego frontmana Led Zeppelin, który w ’92-’93 również nagrał wcale dobrą płytę, Fate of Nations, w niejakie niezadowolenie. Mniejsza zresztą z tym, jakie pobudki kierowały Page’em czy Plantem, kiedy powoływali do życia swój nowy projekt; najważniejsze, że w ogóle powstał i w ciągu kilku lat zarejestrował dwie płyty, obie poparte trasami koncertowymi: w 1994 zrealizowaną z pomocą MTV koncertową No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant UnLedded, na której znalazły się nie tylko zeppelinowskie klasyki, częstokroć silnie zorientalizowane, ale też kilka nowych utworów, natomiast w 1998 drugą i ostatnią, studyjną Walking into Clarksdale, promowaną występem na żywo również w Polsce.

Nagrany w ciągu trzydziestu pięciu dni, wydany w kwietniu 1998 roku nakładem Atlantic Records album Walking into Clarksdale, nad którego procesem nagraniowym czuwał znany i ceniony w światku muzycznym inżynier dźwięku Steve Albini, zawiera dwanaście premierowych kompozycji (do wydania japońskiego dołożono dodatkową piosenkę, Whiskey from the Glass), napisanych przez tandem Page-Plant oraz towarzyszących mu w studio i podczas tournée muzyków, zresztą i wcześniej gr(yw)ających z wokalistą, zatem nie żyjącego już perkusistę Michaela Lee, używającego podobnych talerzy, co Bonzo, a przez to zręcznie imitującego jego styl gry, oraz basistę Charliego Jonesa, męża wspomnianej powyżej córki Roberta, Carmen Plant. Na płycie bez trudu wychwycić więc można nie tylko nieustannie mniej lub bardziej wyraziście majaczącego ducha Led Zeppelin, ale i wpływ zarówno solowych przedsięwzięć Page’a i Planta, jak też pierwszego wspólnie po latach sygnowanego przez nich wydawnictwa, wymienionego już No Quarter.

Tym, co błyskawicznie daje się zauważyć, jest przyjemnie szorstkie, surowe brzmienie Walking into Clarksdale, przywołujące skojarzenia z pośmiertną (gdyż wydaną w ’82, a zawierającą odrzuty z wcześniejszych sesji nagraniowych) zeppelinowską Codą albo, że skorzystam z bliższej sercu asocjacji, z Physical Graffiti, zwłaszcza z co zadziorniejszymi z niej numerami, w tym z Custard Pie, In My Time of Dying, The Wanton Song czy Sick Again. Słuchając płyty nieraz przychodzą też na myśl takie zeppelinowskie longplaye, jak Presence czy In Through the Out Door, a momentami może nawet folkowa „Trójka”. Bo choć w poważnej mierze składa się na Walking into Clarksdale, album bynajmniej nie odtwórczy i nie pozbawiony pewnej oryginalności, wcale cięty, choć złożony i z łagodniejszych kawałków czy ballad, zanurzony w swoiście ognistej melancholii, pełen przytłumionego światła i chwilami nader gęstego cienia bluesrockowy materiał, to odnaleźć można tu też głośne echa anglosaskiego folku i country, ponadto północnoafrykańskiej muzyki ludowej, z której zasłynęło Led Zeppelin za sprawą niesamowitego Kashmir, a duo Page & Plant – pełnego marokańsko-egipskich inspiracji No Quarter.

Twarde, częstokroć hałaśliwe, grunge’owate brzmienie uwydatnia grę świetnie pracującego basu, jak i perkusji, przede wszystkim zaś niepowtarzalną barwę mocarnych gitar Page’a, który na całym wydawnictwie po raz kolejny dobitnie udowadnia, że pod jego palcami instrument staje się giętki jak diabli jęzor i przemówić potrafi wszelkimi językami świata. Szkoda jedynie, że mając należytą podbudowę w postaci porządnej pracy sekcji rytmicznej, w zasadzie ani razu nie pokusił się o zagranie jakiejś porywającej, nieśmiertelnej solówki gitarowej, podobnej do tych, jakimi zwykł był popisywać się za czasów Led Zeppelin, a które jeszcze z taką gracją wygrzewał w dobie nagrywania Coverdale/Page, o czym świadczy chociażby zamieszczony na tymże krążku utwór Don’t Leave Me This Way, w którym długo a leniwie płynące solo dosłownie pochłania słuchacza bezlikiem fenomenalnie dobranych nut. No ale też jest to jedna z najlepszych solówek, jakie w ogóle wyczarował Page w ciągu dziesiątek lat swojej bogatej pracy studyjnej. Na Walking into Clarksdale takich zagranych wprost solówek gitarowych w zasadzie nie uświadczy się, trochę jakby Page nie chciał iść na łatwiznę i preferował cokolwiek bardziej wyszukaną, a mniej oczywistą i mniej narzucającą się grę, może zresztą lepiej korespondującą z Plantowym wokalem, wciąż dobrym i mistrzowsko interpretującym słowa, lecz, nie ma co owijać w bawełnę, pozbawionym dawnej, tyleż ekstatycznej, co porywającej mocy. Przez to jednak częstokroć brakuje poszczególnym kompozycjom jakiegoś punktu zaczepienia, pewnego centrum czy punktu kulminacyjnego, ośrodka, na który się czeka, a którego nie uświadczywszy odnosi się wrażenie, że kompozycja zmierza jakby donikąd i wydaje się nijaka, wyzuta z treści, nawet jeśli, w istocie, bynajmniej taka nie jest. Takie odczucie wywołuje dla przykładu otwierające płytę niezłe, okraszone akustyczną gitarą Shining in the Light, mogące kojarzyć się z Fate of Nations Planta, a w końcówce może z Candy Store Rock z Presence Zeppelinów, albo sentymentalne When I Was a Child, trochę zmarnowane, podobnie jak Down by the Seaside z Physical Graffiti. Podobnie jest z When the World Was Young, numerem niby opartym o kontrastowe zmiany tempa i zawierającym wpadające w ucho ostre a żwawe refreny, który jednak w sumie jest mało przekonujący. Co innego Upon a Golden Horse, który, wzbogacony o orkiestrowy akompaniament autorstwa Lyntona Naiffa, wściekłe riffowanie Page’a i żywy śpiew Planta, przywołuje na myśl rozmach No Quarter, a ze starszych dokonań – zeppelinowe Presence i In Through the Out Door. Najdłuższy Blue Train został poświęcony pamięci Karaca Pendragona, zmarłego w 1977 roku w wieku pięciu lat syna Planta. Raz ciepły i łagodny, raz przepełniony bólem i tęsknotą śpiew wokalisty wzbudza emocje, a niosą go gniewne refreny. Nie pierwszy to kawałek upamiętniający zmarłego chłopca – na Fate of Nations znajduje się złożony mu w hołdzie przez ojca I Believe. Mimo wszystko nie jest Blue Train nazbyt udaną piosenką w przeciwieństwie do ciężkiego Please Read the Letter, kawałka już przy rozpoczęciu grzmocącego uszy odbiorcy miażdżącym uderzeniem gitary, dzięki folkowym inklinacjom nieco przypominającego „Czwórkę”, czy - zdecydowanie jednak lżejszą - „Trójkę” Led Zeppelin. Najmocniejszą kompozycją, istną perełką jest jednakże orientalny Most High, jak wydawnictwo No Quarter skąpany w fascynującej tradycji muzycznej północnej Afryki. Utwór tenże, z początku trochę niczym Are You Experienced?, ten niezapomniany majstersztyk Hendrixa, jest absolutnie porywający, wręcz hipnotyzujący, tak że słuchaczowi zdaje się nawet, że może poczuć to, co pogrążony w ekstatycznym transie derwisz. Dla kontrastu po Most High następuje studzący dopiero co rozbudzone emocje melancholijny Heart in Your Hand, muzycznie dystyngowany i oszczędny, w warstwie słownej – retrospektywny. Obok Most High jest to na prezentowanym albumie ulubiony mój utwór, po którym następuje Walking into Clarksdale, blues rock pierwszej wody, epatujący wspaniałą a różnorodną grą Page’a, z zaciętością, pasją i wyczuciem rwącego struny, rozwijającego nawet przybrudzone sola, podparte żywym bębnieniem i mocnym basem. Nie powinno to bluesowe zacięcie tytułowego utworu dziwić, zważywszy, iż Clarksdale to położony w sławnej na cały świat Delcie Missisipi dom Delta Blues, bluesa Delty. Sekcja rytmiczna świetnie pracuje w diablo ciętym i ciężkim, przywołującym atmosferę nieziemskich koncertów Led Zeppelin Burning Up, równie wybuchowym, jak Sick Again z Physical Graffiti czy agresywne, niestety w większości niewyszukane i prostackie numery z Cody. Przedostatni House of Freedom, momentami drobinę przypominający When the Levee Breaks, ma riff łudząco podobny do Most High i choć nie wyzwala tego żaru, co tamten, jest dobry, podobnie jak wieńczący album countrybluesrockowi „Synowie Wolności”, rozpędzeni i oszalali Sons of Freedom, wbrew nerwowo śpiewanemu tekstowi, zdradzającemu liczne rozterki autora, mogący kojarzyć się z rozbijającą się po Dzikim Zachodzie, przeżywającą kolorowe perypetie bandą chamowatych watażków.

W przeciwieństwie do swej poprzedniczki, No Quarter, płyta Walking into Clarksdale nie odniosła oczekiwanego sukcesu, pomimo że promowały ją dwa single, mocny Most High (na stronie B znalazł się mroczny i niepokojący, przeszło sześciominutowy utwór The Window, szkoda, że nie zawarty również na pełnoprawnym wydawnictwie) i słabszy Shining in the Light. Za Most High, do którego zrealizowano profesjonalny, frapujący wideoklip, Page i Plant zgarnęli nawet w 1999 roku Nagrodę Grammy w kategorii Best Hard Rock Performance (w dziesięć lat później Grammy zdobyło też Please Read the Letter, tyle że w nowej wersji, autorstwa Planta i Alison Krauss). Powody niepowodzenia były różne, a choć wszystkich nikt nie zgłębi, to zaliczyć do nich można zapewne przyczyny tkwiące tak w samej płycie (dobrej, lecz grubo ciosanej i niemalże pozbawionej zapamiętywalnych, ponadczasowych melodii i chwytliwych, pchających rozwój muzyki do przodu riffów, podobnych do tych, na jakich ufundowana została niebosiężna kariera Led Zeppelin, kompozycji w rodzaju Since I’ve Been Loving You i Kashmir, które, w mniejszym lub znaczniejszym stopniu przearanżowane, zasiliły jeszcze No Quarter, przyczyniając się do jej sukcesu) jak i poza nią (należy mieć na uwadze choćby to, że: 1. No Quarter zarejestrowano w ramach równie popularnej, co modnej formuły Unplugged, silnie propagowanej przez MTV; 2. potencjalni odbiorcy  w większości chętniej widzieliby reaktywację Ołowianego Sterowca, aniżeli powrót duo Page & Plant, które wspólnymi siłami nie zdołało jednak stworzyć już takiej marki, jak Led Zeppelin; tu można by postawić pytanie, w istocie retoryczne: jaki byłby odbiór płyty i jaką zdobyłaby ona popularność, gdyby w nie zmienionym kształcie ukazała się pod szyldem Led Zeppelin?).

Klapa przedsięwzięcia, z pewnością niekompletna, ale jednak klapa, przyspieszyła rychły rozpad duo Page & Plant, po którym każdy z muzyków poszybował we własną stronę, angażując się w różnorakie projekty. I tak Page nagrał jeszcze w ‘98 z raperem Puffem Daddy’m nową, fajną odsłonę Kashmir, zatytułowaną Come with Me, która trafiła na soundtrack głupawej Godzilli, a w rok później zagrał koncerty z The Black Crowes, upamiętnione na wydanej w 2000 roku całkiem niezłej koncertówce, Live at the Greek, na której znalazły się w części przeboje Crowesów, w części Zeppelinów. Plant zaś wniósł wkład w tribute album ku pamięci zmarłego w ’99 roku Skipa Spence’a, współzałożyciela wpływowego przed laty bandu Moby Grape, potem z kolei powołał do życia kapelę Strange Sensation, z którą nagrał dwa godne uwagi, zdradzające inspiracje niedawną współpracą z Page’em albumy, Dreamland (2002) i Mighty Rearranger (2005). Warto wspomnieć, iż Walking into Clarksdale mogło nie być ostatnią pozycją w dyskografii tandemu Page & Plant, albowiem w swoim czasie Page ułożył już sporo materiału na następcę drugiej płyty, materiału zresztą pozytywnie ocenionego przez Planta, który jednak wolał podążyć w innym kierunku.

Przyjmując skalę oceny dziesiętną, chyba zasadnie można w pewnym uproszczeniu założyć, że dla obojętnego wobec tak twórczości Led Zeppelin, jak i solowych poczynań poszczególnych członków zespołu odbiorcy, Walking into Clarksdale była/jest/będzie płytą maksymalnie na siedem, a pewnie raczej na sześć albo i mniej oczek. Entuzjasta natomiast i Led Zeppelin, i, choć przeważnie znacznie słabszych, późniejszych dokonań Page’a, Planta oraz Jonesa, oceni ją na co najmniej sześć, a raczej na siedem lub nawet jeszcze więcej punktów. Od maleńkości pojony przez rodziców muzyką wielkiego brytyjskiego kwartetu, od wczesnego dzieciństwa zaliczam się do jego admiratorów, stąd wystawiam 7 artrockowych gwiazdek. Nad Walking into Clarksdale unosi się bowiem cień Zeppelina, stąd nawet jeśli post-, to zawsze jednak, tak czy inaczej, jest to płyta zeppelinowska.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.