ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Fairport Convention ─ Liege & Lief w serwisie ArtRock.pl

Fairport Convention — Liege & Lief

 
wydawnictwo: Island 1969
 
1. Come All Ye [5:03]
2. Reynardine [4:34]
3. Matty Groves [8:10]
4. Farewell, Farewell [2:40]
5. The Deserter [4:25]
6. Medley [4:09]:
a) The Lark in the Morning
b) Rakish Paddy
c) Foxhunters' Jig
d) Toss the Feathers
7. Tam Lin [7:14]
8. Crazy Man Michael [4:46]
 
Całkowity czas: 40:33
skład:
Sandy Denny - vocals
Ashley Hutchings - bass guitar, backing vocals
Dave Mattacks - drums, percussion
Simon Nicol - electric, 6-string & 12-string acoustic guitars, backing vocals
Dave Swarbrick - violin, viola
Richard Thompson - electric & acoustic guitars, backing vocals
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 3
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 5
Arcydzieło.
› 11

Łącznie 25, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
01.03.2012
(Recenzent)

Fairport Convention — Liege & Lief

W błękitne zmierzchy letnie pójdę miedzą polną

Skroś traw i ziół, muskany przez dojrzałe żyto…

Śniąc, będę czuł pod stopą świeżość ros podolną,

Pozwolę wiatrom kąpać mą głowę odkrytą.

 

Nie będę tedy mówił ani myślał wcale.

Lecz skończona miłość w serce moje spłynie…

I będę szedł jak Cygan – w coraz dalsze dale,

W Przyrodzie, jak z kobietą, szczęsny w tej godzinie.

                                                                                                        Arthur Rimbaud, Wrażenie

 

12. maja 1969 roku zdarzył się wypadek, poważny wypadek. Doszło do niego na autostradzie M1, podówczas jeszcze nowiutkiej, łączącej Londyn z Leeds, to znaczy południe z północą Anglii. W zdarzeniu brał udział van młodej, idealistycznie nastawionej do życia grupy Fairport Convention, która właśnie wracała z występu w Birmingham do stolicy Wielkiej Brytanii. Wszyscy członkowie zespołu ucierpieli w wypadku drogowym, były nawet dwie ofiary śmiertelne: pierwsza to niespełna dwudziestoletni perkusista Martin Lamble, druga – Jeannie Taylor, dziewczyna gitarzysty Richarda Thompsona. Pokiereszowana fizycznie i psychicznie grupa omal nie rozpadła się pod wrażeniem doświadczonej tragedii. Zresztą już wcześniej jeden z członków, wokalista Iain McDonald alias Iain Matthews, z powodu napięć opuścił szeregi Fairport Convention i założył własny band Matthews’ Southern Comfort. Kapela przetrwała jednak moment krytyczny, przyjęła w poczet członków perkusistę Dave’a Mattacksa oraz skrzypka Dave’a Swarbricka, obu znanych sobie z wcześniejszej współpracy, a dzięki troskliwej opiece swojego managera, Joe’go Boyda, wyjechała na wieś, by uleczyć rany. Być może okrutnie zabrzmi to w danym kontekście, nie sposób jednak nie przyznać racji mądrości ludowej, która poucza, iż „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Bowiem w wynajętym, malowniczo położonym domu w miejscowości Farley Chamberlayne, usytuowanej nieopodal dawnej angielskiej stolicy, jaką było niegdyś znajdujące się w hrabstwie Hampshire miasto Winchester, zespół nagrał album, który stał się jednym z kamieni milowych współczesnej muzyki popularnej, a ściślej - kamieniem węgielnym europejskiego folk rocka.

Fairport Convention zostało założone w 1967 roku przez basistę Ashley’a Hutchingsa i gitarzystę Simona Nicola, nadto wspomnianego wyżej, grającego na gitarze Richarda Thompsona oraz obsługującego instrumenty perkusyjne Shauna Fratera, już po pierwszym wspólnym występie wymienionego na Martina Lamble’a, jedną z ofiar późniejszego fatalnego wypadku samochodowego. Zarówno w tamtym czasie, jak i później dochodziło częstokroć do przetasowań w składzie grupy, a jedną z osób, która się przez Fairport Convention w początkowym okresie przewinęła, była utalentowana wokalistka Judy Dyble, po odejściu z grupy krótkotrwale współpracująca wraz ze swoim chłopakiem Ianem McDonaldem z bandem Giles, Giles and Fripp, który wkrótce przeistoczył się w King Crimson. Dyble uczestniczyła jedynie w nagraniu debiutanckiej, biorącej tytuł od nazwy grupy płyty Fairport Convention (1968). Pomimo że zawierała ona dość interesujący materiał, nie została należycie doceniona. W tamtym czasie inspiracją byli dla zespołu północnoamerykańscy artyści, tacy jak Bob Dylan i Joni Mitchell, Emitt Rhodes oraz Jim & Jean. Interpretacje kilku piosenek tych wykonawców grupa na swoim pierwszym longplayu zaprezentowała obok własnych, może rzeczywiście pozbawionych oryginalności utworów, znajdujących się pod przemożnym wpływem północnoamerykańskiego folku i country, rocka i popu, dlatego niektórzy określali ją „brytyjskim Jefferson Airplane”. Co jednak najważniejsze, po odejściu Dyble do grupy przystąpiła Sandy Denny, fenomenalna, obdarzona ciekawą osobowością sopranistka, wielce oryginalna interpretatorka między innymi brytyjskich pieśni ludowych, zapewne dzięki wywodzącej się ze Szkocji babci, także śpiewaczce ludowej.

Wpływu Swarbricka i Denny na kierunek rozwoju Fairport Convention przecenić nie sposób, gdyż pod ich wpływem zespół coraz silniej zwracał się ku tradycyjnej muzyce Wysp Brytyjskich, angielskiej, szkockiej, walijskiej, irlandzkiej, na każdym kolejnym swoim wydawnictwie, zatem już na wydanym w styczniu ’69 roku What We Did on Our Holidays i w lipcu tegoż roku Unhalfbricking. Obie te płyty były co najmniej bardzo dobre, zawierały moc łagodnych, lecz poruszających do żywego melodii, świadczyły o wielkiej muzykalności grupy i rozwoju jej mocy twórczych, chociaż na obu obok własnych kompozycji ansambl zamieścił przeróbki utworów należących do repertuaru innych wykonawców, w tym Mitchell i Dylana, ponadto aranżacje starych, niejednokrotnie zapomnianych już piosnek ludowych. Na pierwszej z dwóch wymienionych płyt znalazły się takie perełki, jak na przykład skomponowana przez Denny Fotheringay oraz późniejszy nieoficjalny „hymn” Fairport Convention, Meet on the Ledge autorstwa Thompsona. Na drugiej zaś pojawił się między innymi przerobiony numer Dylana If You Gotta Go, Go Now, tyle że ze słowami po francusku, stąd tytuł jego brzmi Si Tu Dois Partir, dalej sławna ballada Ballad of Easy Rider Roberta McGuinna z The Byrds oraz Who Knows Where the Time Goes? Denny, wreszcie najważniejsza, powoli rozwijająca się A Sailor’s Life, tradycyjna piosenka, której ponad jedenastominutowa akustyczno-elektryczna aranżacja dokonana przez Fairport Convention poczytywana jest za właściwy wstęp do rozwoju nie tylko odrębnego i własnego stylu tej grupy, ale też rozwoju angielskiego folku elektrycznego w ogóle.

Kamieniem węgielnym pod błyskawiczny a wspaniały rozkwit electrick folku (czy szerzej - folk rocka) na Starym Kontynencie stała się jednak właśnie Liege & Lief, czwarta płyta w dorobku Fairport Convention, trzecia wydana przez kapelę jeszcze w 1969 roku, dokładnie w grudniu. Ten trwający niewiele powyżej czterdziestu minut album zawiera osiem kompozycji, których długość waha się od ponad dwóch do przeszło ośmiu minut. Trzy są oryginalnymi, to znaczy autorskimi kompozycjami członków zespołu, natomiast reszta to tradycyjne, zaaranżowane przez nich stare i tkwiące w zapomnieniu piosenki ludowe, które, co ważne i ciekawe, Hutchings odnalazł w kolekcji sławnego folklorysty Cecila Sharpa, znajdującej się w archiwach The English Folk Dance and Song Society. Przearanżowanie ich wcale nie było proste, gdyż choćby próba przepisania tych odznaczających się częstokroć obecnie już dziwnym metrum, swoistym rytmem, tempem i odmienną melodyką piosenek na instrumenty korzystające z dobrodziejstw zasilania elektrycznego nastręczała niemałych problemów. Udało się jednak, o czym za chwilę. Okładkę Liege & Lief (ang. Wierny i gotów) ozdobiły zdjęcia-portrety każdej z osób należących podówczas do sekstetu, czyli, w porządku alfabetycznym, Sandy Denny, Ashley’a Hutchingsa, Dave’a Mattacksa, Simona Nicola, Dave’a Swarbricka i Richarda Thompsona.

Nowe, autorskie piosenki zostały zmyślnie ułożone, mianowicie znalazły się na początku, w środku i na końcu płyty. Pierwszy z kawałków to stworzony przez Hutchingsa i Denny pogodny, żywo biegnący Come All Ye, w którym fantastycznie dobywająca swojego unikalnego głosu wokalistka, w refrenie każdorazowo wspierana chóralnym śpiewem kolegów, w prostych, celowo może nieco archaicznych i wzbudzających magiczną aurę słowach zaprasza odbiorcę do wspólnego przeżycia niezwykłej przygody muzycznej. Kiedy wymienia skrzypka, z tła akompaniujących jej instrumentów wychodzą na plan pierwszy skrzypce Swarbricka, kiedy basistę – ujawnia się Hutchings ze swoim basem i tak dalej. Śliczna, melodyjna kompozycyjka.

W mistycznej, przenikniętej staroangielskim duchem balladzie Reynardine Denny śpiewa jak natchniona i tu trzeba podkreślić, że w ten jakże znamienny, piękny i przesiąknięty duchem minionych stuleci Wysp Brytyjskich sposób potrafią śpiewać bodaj jedynie Wyspiarze, a może zwłaszcza te iście cudownie operujące swoimi strunami głosowymi i oddechem, posiadające natychmiast rozpoznawalną barwę głosu piosenkarki, takie jak właśnie Sandy Denny, a z młodszych – Sinéad O'Connor lub Dolores O’Riordan. Pieśń ta w prostych, poetyckich słowach opowiada o grasującym po wzgórzach i górach bandycie czy wilkołaku, dążącym do porwania i uwiedzenia niewinnej niewiasty. Niesie w sobie pewną mądrość życiową, a jest nią przestroga skierowana do samotnych dziewcząt i kobiet, by nie zawierzały słowom i namowom obcych. Reynardine to w zasadzie czysty popis wokalny Denny, z cicha wspomaganej przez kreujących doborową oprawę instrumentalistów. Piosenkarka śpiewa bowiem i przejmująco, i autentycznie, jak zresztą w każdym innym utworze, nie tylko na omawianej płycie.

Najdłuższa na niej kompozycja to sięgająca XVII wieku, jeśli nie czasów znacznie wcześniejszych, ballada Matty Groves, przekazująca historię romansu, w który wdała się pewna dama, żona szlachcica z utrzymywanym przez męża sługą. Jak można domyślać się, w trakcie jednej ze schadzek małżonek nakrywa niewierną partnerkę na zdradzie, co dla przyłapanych na gorącym uczynku kończy się przykładną a ostateczną karą, śmiercią. Przy dystyngowanym akompaniamencie kolegów Denny wyśpiewuje tę opowieść przez jakąś połowę utworu, potem rozpoczyna się pełna dramatyzmu instrumentalna opowieść akustyczno-elektryczna z wybornymi solówkami na altówce i gitarze. Tak porywające wykonania, jak to, nie mogły potem nie inspirować całych zastępów muzyków, choćby Iana Andersona i Jethro Tull, z którymi zresztą w późniejszych latach historia Fairport Convention nieraz splatała się.

Napisane przez Thompsona smutne i spokojne Farewell, Farewell jest najkrótszą piosnką na płycie. Jak w każdym innym przypadku, tak i w tym wszyscy spisali się na medal, niemniej to pieśniarka Denny znów błyszczy najjaśniej, niesamowicie frazując swoim przepełnionym goryczą i bólem sopranem.

Melancholijny The Deserter prezentuje raz po raz łapanego na ucieczce z wojska dezertera, osamotnionego wśród ludzi, bezbronnego wobec wszechmocnego państwa prawa, skazanego na śmierć przez rozstrzelanie, w ostatnim momencie ocalonego od śmierci przez księcia, który jednak wysyła go na powrót do wojska, by służył Królestwu. Może na szczególną uwagę zasługuje tu świetna praca skrzypiec, nadto charakterystyczne, niosące utwór ostinato, zapewniające podstawę harmoniczną skrzypcom.

Szósty utwór to jedyna na całym Liege & Lief instrumentalna kompozycja, zgrabna i melodyjna, szaleńczo roztańczona czteroczęściowa składanka, zażywna i skoczna, jakby wprost wyjęta z jakiejś przydrożnej karczmy angielskiej, kolejny dowód wysokich umiejętności muzyków współtworzących Fairport Convention.

Tam Lin to następna pełna gracji i pradawnego czaru, ujęta w karby elektryczności pełna tajemnic ballada, tym razem czerpiąca ze staroszkockich podań, przy tym ponownie mająca szerszy, ponadczasowy i ogólnoludzki wydźwięk, choć pozornie błahy i nieskomplikowany tekst traktuje jedynie o perypetiach młodej dziewczyny, niejakiej Janet, rycerzu Tam Linie i królowej wróżek, znaczy się tkwi w starych jak Anglia jej tradycjach ustnych i literackich.

Całość zamyka niepokojący, nostalgiczny i melancholijny Crazy Man Michael, napisany do spółki przez Swarbricka i Thompsona, stąd nie jest zaskoczeniem, że główną rolę, poza subtelnie i z czuciem wyśpiewującą poruszający wiersz wokalistką, odgrywają tu gitary i skrzypce.

Muzyka wypełniająca Liege & Lief jest piękna i romantyczna. Największą jej siłą jest – i bynajmniej nie ma w tym stwierdzeniu sprzeczności - ujmująco finezyjna prostota, z powodzeniem łącząca muzykę przeszłą ze współczesną, okres „przedelektryczny” z elektrycznym. Piosenki, choć proste, odznaczają się oryginalnością, wyrazistością i wyrafinowaniem, są kunsztownie opracowane i wykonane, tchną niebywałym czarem, autentyzmem, naturalnością oraz oszczędnością użytych środków. Moc wszystkich tych utworów oraz napisanych do nich słów drzemie nade wszystko właśnie w ich prostocie i wiążącej się z nią swoistej muzycznej prawdomówności. Zapewnia im to wartość niezbywalną, gdyż – pomimo zachodzących na świecie przemian - zawsze i wszędzie brzmią one nawet jeśli nie nowocześnie, to na pewno aktualnie, a tym samym – ponadczasowo.

Nie była z pewnością Fairport Convention pierwszą grupą rockową, która na gruncie brytyjskim sięgnęła do folku, bez wątpienia jednak była pierwszą, która zrobiła to z pełną świadomością i taką śmiałoscią, z rozmysłem i całkowitym zaangażowaniem, pierwszą, która tak pieczołowicie i udanie opracowała starannie dobrany przez siebie wiekowy materiał, zachowując go dla przyszłych pokoleń. Bowiem wyprowadzając go z zapomnienia, z tej umarłej brytyjskiej kultury ludowej, wprowadziła do obiegu dzisiejszej kultury popularnej, zapewniając zastygłej czy zagasłej tradycji niejako życie po życiu.

Liege & Lief to płyta, która inspirowała kolejnych twórców muzyki z całej Europy, wystarczy wymienić brytyjskich, zatem choćby Blackmore’s Night, Jethro Tull czy Led Zeppelin, na którego czwartej płycie Denny, podobnie jak Hutchings już nie związana z Fairport Convention, niebiańsko zaśpiewała w The Battle of Evermore w duecie z Robertem Plantem. Szkoda tylko, że w kilka lat później, w wieku zaledwie 31 lat, ta niedoszła pielęgniarka, obdarzona mocnym i urzekającym głosem artystka zmarła w wyniku wyniszczającego trybu życia, jaki prowadziła od lat, nie oglądając się na nikogo, również na najbliższych. Nie pierwsza i nie ostatnia to ofiara osobistego sukcesu.

Treść Liege & Lief trafia do serca, umiejscawia się gdzieś w odmętach umysłu, w skrytości duszy i towarzyszy człowiekowi w życiu, ujawniając się w samotności w najbardziej zaskakujących chwilach, takich jak te, kiedy wędruje się przez świat w błękitne zmierzchy letnie skroś traw i ziół, a przedziwna miłość życia spływa w serce człeka, niosąc mu ulotne wrażenie szczęścia w tej godzinie, że nawiążę do przytoczonych na początku niniejszego tekstu słów francuskiego poety w przekładzie Bronisławy Ostrowskiej.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.