ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 26.10 - Warszawa
- 27.10 - Warszawa
- 27.10 - Łódź
- 28.10 - Łódź
- 29.10 - Łódź
- 31.10 - Łódź
- 02.11 - Kraków
- 02.11 - Warszawa
- 03.11 - Kraków
- 02.11 - Łódź
- 04.11 - Łódź
- 05.11 - Łódź
- 06.11 - Warszawa
- 09.11 - Kraków
- 09.11 - Warszawa
- 11.11 - Łódź
- 11.11 - Warszawa
- 12.11 - Warszawa
- 13.11 - Gdańsk
- 14.11 - Poznań
- 12.11 - Łódź
- 15.11 - Kraków
- 16.11 - Poznań
- 15.11 - Warszawa
- 17.11 - Wrocław
- 16.11 - Wrocław
- 16.11 - Łódź
- 16.11 - Lublin
- 17.11 - Kraków
- 18.11 - Łódź
 

koncerty

14.11.2013

CARL PALMER'S ELP LEGACY, Chorzów, ChCK, 12.11.2013

CARL PALMER'S ELP LEGACY, Chorzów, ChCK, 12.11.2013
Carl Palmer po raz drugi na polskiej ziemi udowodnił, że ma niezwykły talent nie tylko do prowadzenia zwykłej sekcji rytmicznej, lecz przede wszystkim fantastycznych i długich popisów perkusyjnych w blasku pojedynczego spotlightu.

Jeden z dwóch odcinków tegorocznego ogólnopolskiego festiwalu perkusyjnego Drum Fest mogliśmy na żywo obejrzeć w Chorzowskim Centrum Kultury w miniony wtorek. Jego bohaterem był uznany, światowej sławy, brytyjski „garkotłuk” Carl Palmer. Natychmiast kojarzony z popularnym w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych trio Emerson, Lake & Palmer, grywał również z innymi, nie mniej ważnymi dla rodzimej sceny brytyjskiej wyspiarzami, jak chociażby The Crazy World of Arthur Brown czy Atomic Rooster, nie pomijając w tej wyliczance supergrupy Asia. Podobnie jak w 1997 roku, kiedy w/w trio miało jedyny do tej pory koncert w Polsce, w katowickim Spodku, tak i w ubiegły wtorek Carl Palmer nie przyjechał sam do Polski.

Tamtego wieczoru na scenie ChCK-u towarzyszyli mu dwaj młodzi muzycy: Paul Bielatowicz (gitara elektryczna) i Simon Fitzpatrick (gitara basowa). Każdy z nich miał swoje pięć minut na oczarowanie publiczności swą popisową grą. Mnie w szczególności urzekła wersja „The Bohemian Rhapsody” w wykonaniu basisty Carl Palmer's Band – niezwykle precyzyjnie opracowana i zagrana. O solu Bielatowicza, gitarzysty i felietonisty brytyjskich magazynów muzycznych Guitar i Guitar Techniques, można jedynie powiedzieć, że było równie interesujące, co muzyczna dygresja Fitzpatricka.

Trzon koncertu stanowiły jednak kamienie milowe rocka progresywnego, czyli kompozycje Emerson, Lake & Palmer, stadionowych gigantów w latach 1973-74, którzy, cytując za MOJO, przedstawiali repertuar złożony z klasyków: Musorgskiego, Copelanda czy Brubecka. Nie inaczej było w miniony wtorek 12 listopada na kameralnej scenie skromnej, w porównaniu ze Spodkiem, sali chorzowskiego przybytku kultury, na której Carl Palmer przypomniał co ciekawsze fragmenty muzycznej historii swego macierzystego bandu. Zresztą oficjalna, pełna nazwa trwającego obecnie, zaplanowanego na dwa lata tournée brzmi właśnie Carl Palmer's ELP Legacy. A spuścizna tej znakomitej i legendarnej trójki obfituje w różnego rodzaju zapożyczenia z muzyki klasycznej, którym nadano zgoła zaskakujące i jakże korzystnie prezentujące się rockowe interpretacje, czasem zupełnie odbiegające od pierwowzorów. Mieliśmy zatem wymarzoną okazję zażyć w ten dzień solidnego łyka klasyki bez nadmiernego wysiłku umysłowego, jaki normalnie towarzyszy przy poznawaniu bardziej wymagających dzieł wielkich kompozytorów. I tak usłyszeliśmy na początek słynne welcome back my friends to the show that never ends, czyli okrojoną do niezbędnego minimum suitę „Karn Evil 9”, po której nastąpiła prawdziwa eksplozja standardów grupy: „Knife-Edge”, „Mars, The Bringer of War” Gustava Holsta połączone z „The Barbarian”, „Carmina Burana” Carla Orffa czy „America” Leonarda Bernsteina. Jednak chyba największym uznaniem cieszyło się wyśmienite wykonanie całej suity Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego – prawdziwe pièce de résistance całego występu – oraz dwie inne kompozycje zagrane na bis „Fanfare for the Common Man” Aarona Copelanda i „The Nutrocker” Piotra Czajkowskiego.

Podobnie jak szesnaście lat temu w Spodku, cover utworu Copelanda urozmaiciło jeszcze okazalsze i agresywniejsze niż wtedy w Katowicach solo Carla Palmera. Po takiej dawce decybeli udrożnienie kanałów słuchowych dokonało się w każdym najmniejszym calu ku zapewne nie tylko mojemu zadowoleniu, lecz także całego audytorium. Po drobnym incydencie, do jakiego doszło w pierwszych dwudziestu minutach koncertu – Carlowi Palmerowi złamał się pojedynczy pedał przy bębnie basowym, który w ciągu pięciu minut sam wymienił na nowy, podwójny (sic!) – nie było już żadnych innych niespodzianek tego typu. Carl Palmer po raz drugi na polskiej ziemi udowodnił, że ma niezwykły talent nie tylko do prowadzenia zwykłej sekcji rytmicznej, lecz przede wszystkim fantastycznych i długich popisów perkusyjnych w blasku pojedynczego spotlightu. Jednym słowem urodzony z niego pałkarz, przy którym nawet nierdzewna stal, z jakiej wykonany jest jego zestaw perkusyjny Ludwig, okazuje się podatna na złamanie. My, publiczność, poniekąd też poddaliśmy się całkowicie spektakularnemu pod względem wykonawczym widowisku, które nieprędko zostanie wyparte z naszej pamięci.