ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Queen ─ Live Killers w serwisie ArtRock.pl

Queen — Live Killers

 
wydawnictwo: Hollywood Records 1979
 
CD 1
1. We Will Rock You (3:29)
2. Let Me Entertain You (3:04)
3. Death on Two Legs (3:32)
4. Killer Queen (1:59)
5. Bicycle Race (1:28)
6. I'm in Love With My Car (2:01)
7. Get Down, Make Love (4:31)
8. You're My Best Friend (2:07)
9. Now I'm Here (8:42)
10. Dreamer's Ball (3:42)
11. Love of My Life (4:59)
12. '39 (3:26)
13. Keep Yourself Alive (4:02)

CD 2
14. Don't Stop Me Now (4:28)
15. Spread Your Wings (5:15)
16. Brighton Rock (12:13)
17. Bohemian Rhapsody (5:52)
18. Tie Your Mother Down (3:41)
19. Sheer Heart Attack (3:35)
20. We Will Rock You (2:48)
21. We Are the Champions (3:27)
22. God Save the Queen (1:32)
 
Całkowity czas: 77:40
skład:
Freddie Mercyry - wokal, pianino
Brian May - gitary
John Deacon - bas
Roger Taylor - wokal, perkusja
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 4
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 5
Arcydzieło.
› 4

Łącznie 15, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: * Bez oceny
12.08.2012
(Recenzent)

Queen — Live Killers

 

królewski cykl – część VII

Jest to pierwsza koncertówka Queen, zarejestrowana podczas trasy promującej, wydany rok wcześniej album Jazz. Kiedy ją nagrano? Na przełomie stycznia i marca 1979 roku. A gdzie? Dzisiaj wiadomo tylko skąd pochodzi kilka utworów. Sami muzycy nawet już nie pamiętają z jakich koncertów są co poniektóre nagrania. Krążą także plotki, że parę utworów zostało sklejonych z kilku różnych występów.* Kolejny istotny fakt, o którym wypada wspomnieć – członkowie zespołu nigdy nie lubili tego albumu. Miksowali go sami, chyba po raz pierwszy w swoim studiu w Montreux i po premierze nie byli zadowoleni z tego, jak to wszystko brzmiało (tak przynajmniej twierdzą Brian i Roger). Swojego czasu David Fricke w „The Rolling Stone” poszedł o krok dalej i bardzo krytykował muzyków za nie granie całego „Bohemian Rhapsody” w całości, tylko puszczanie części z taśmy (zespół i tak robił to końca swej koncertowej kariery). Stało się to jego podstawą do wierzenia, że Queen na żywo to nie to samo co w studiu.

Dzisiaj po latach na Live Killers każdy będzie patrzył inaczej. W zbiorowej świadomości istnieje to stadionowe Queen, które podczas koncertów gra „Radio Ga Ga”, „A Kind of Magic” albo „Hammer to Fall” dla setek tysięcy osób. Największa w tym chyba zasługa legendarnego występu zespołu na Live Aid. Po tym wydarzeniu (oraz ostatniej trasie z 1986 roku) nikt już chyba nie śmiałby nazwać ich słabymi na koncertach. W 1979 roku występy Queen były zdecydowanie inne, choć zespół był już bardzo popularny i doświadczony. Trochę bardziej kameralne, przekrojowe i odważne. Były już świetnie sprzedające się płyty, same sukcesy oraz długie trasy po Stanach Zjednoczonych i Japonii, ale to nie był jeszcze szczyt popularności. Ten miał nadejść wraz z latami 80. i skierowaniem muzyki na bardziej popowe tory. Niektórzy uważają wręcz Jazz i tę koncertówkę jako albumy rozgraniczające to stare i nowe Queen (czyt. lepsze i gorsze Queen). Z tym przekonaniem zmierzę się wkrótce, przy okazji recenzji The Game. Na razie zaznaczę tylko, że choć rzeczywiście jest to słabo brzmiący album, to jednak powstał w bardzo dobrym momencie. Później nie byłoby już okazji zarejestrować „Death on Two Legs”, „Dreamer’s Ball” oraz wielu innych perełek, które szybko zostały wyparte przez nowe kompozycje.

Niektóre utwory mogą sprawiać wrażenie granych trochę na szybko, dla innych będzie to po prostu oznaka koncertowej dynamiki utworów. Nigdy nie lubiłem szybszej wersji „We Will Rock You”, moje zdanie o „Get Down, Make Love” już kiedyś wyraziłem, ale ten album płynie tak lekko i dynamicznie, że naprawdę wszystkiego słucha się z wielką przyjemnością. Podczas słuchania pojawiają się też myśli jak na prawdziwym koncercie. Nie brak tu drobnych błędów, niedoskonałości, pragnień żeby któryś utwór trwał dłużej (lub krócej). Innymi słowy – jest to wydawnictwo ciekawe. Nie powiela albumowych schematów i przyciąga uwagę niemalże cały czas. Ciekawi nas jak zostaną zagrane pewne utwory i często zaskakuje. Jak choćby dzięki solówce „Brighton Rock”. Nie zgodzę się z opiniami, że wieje nudą od tej wersji. Dawno temu oglądałem (jeszcze na VHSie) koncert z Budapesztu z trasy Live Magic i tam rzeczywiście było tak nudno, że montażyści musieli dodać jakieś wstawki Briana spacerującego po mieście. Tutaj gra Maya jest szalona, ale porywająca. No i jest urozmaicona krótką solówką Rogera Taylora na kotle. Nie zabrakło też utworów pięknych - „You’re My Best Friend”, „Don’t Stop Me Now”, porywających „Keep Yourself Alive”, “Sheer Heart Attack” oraz nieodłącznych części tamtych koncertów. Jest nawet „39”, które nie było grane aż do 1992 roku, już z Goergem Michaelem. Freddie Mercury porusza precyzją w głosie i koncertową błyskotliwością. Nawet Roger Taylor, choć prawie tu nie śpiewa, zapada w pamięć przez „I’m In Love In My Car” i jeszcze bardziej przez jeden krótki moment w „Dreamer’s Ball”… Brian May, już z wyrobionym własnym stylem, również błyszczy…

Można by tak wyliczać w nieskończoność, ale chciałbym jeszcze poruszyć najważniejszą rzecz, związaną z tym albumem. Otóż największą zaletą Live Killers jest akustyczne „Love of My Life” – w tym wydaniu jest to moja ulubiona ballada wszechczasów. Operową wersję z fortepianiem zastąpił minimalizm, dwunastostrunowa, delikatna gitara Maya i anielski głos Mercury’ego. Każda sekunda tak piękna, tak subtelna. Każda chwila przepełniona smutkiem i miłością… Nie ważne czy Queen grało koncerty w Europie, Stanach czy Ameryce Południowej – „Love of My Life” zawsze śpiewała cała widownia. Zawsze było pięknie, ale… ta wersja jest po prostu tą absolutnie idealną. Szablonem do powielania na wszystkich koncertach. Pomimo niewyciszonej publiczności, krzyków, gwizdów… A może właśnie to z tego powodu po prostu magiczne nagranie?

Do niedawna była to jedyna, solidna pamiątka po tamtym okresie działalności koncertowej Queen. Dopiero DVD Rock Montreal uzupełniło te braki, ale i tak nie zmieniło znaczenia Live Killers w dyskografii Queen jako w sumie jedynego udanego albumu koncertowego, który został wydany zaraz po trasie. Dla fana rzecz obowiązkowa, dla nowicjuszy może być to wielkie zaskoczenie :)

A już za tydzień o miłosnych grach – The Game


 

* Mój redakcyjny kolega "Strzyż" poprawił mnie wczoraj, podając przekonujący dowód na to, że utwory są rzeczywiście posklejane z fragmentów różnych wykonań. Więcej informacji pod adresem queenlive.ca