ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

10.10.2016

KATATONIA, AGENT FRESCO, VOLA, Kraków, Kwadrat, 06.10.2016

KATATONIA, AGENT FRESCO, VOLA, Kraków, Kwadrat, 06.10.2016

Choć tego dnia skórę oplatał mi chłód, a w organizmie czułam już przedweekendowe zmęczenie, w moich żyłach krążyła ciepła adrenalina. Wakacyjne miesiące spędzone na zanurzeniu w muzyce akustycznej zastygły, wprowadzając mnie w stan dziwnego zawieszenia. Cały mój organizm czekał więc na energetyczny impuls, którym miał się stać koncert trzech skandynawskich zespołów.

W klubie, który byłby wysunięty tak bardzo na kraniec świata byłam po raz pierwszy. Gdy tylko wysiadłam z autobusu, zobaczyłam kilka par glanów maszerujących w stronę jakiegoś blokowiska i po krótkiej chwili wahania, uznałam, że lepiej jest dołączyć do tego raźnego pochodu, niż po raz kolejny dopytywać Google Maps o drogę. Tym sposobem znalazłam się w krakowskim Kwadracie. W sumie klub jak klub. Przestrzeń wypełniona plakatami kapel, piwem, ćwiekami i czarnymi koszulkami. Atmosfera pobudzającego oczekiwania, luzu i powszechnej wesołości.

Nawoływania z sali koncertowej spowodowały, że w mgnieniu oka znalazłam się w ciemności przecinanej migającymi światłami sceny. Na deskach pojawił się duński kwartet, Vola. Dla mnie zagadka, bo znałam z ich twórczości może trzy numery na krzyż. I dobrze. Lubię nowe, świeże dźwięki. Lubię pozytywne zaskoczenie i szczerość przekazu kapel, które po raz pierwszy słyszę właśnie na żywo, a nie na albumie. To sprawia, że nawet jeżeli muzyka nie do końca do mnie trafia, robi to sam zespół i jego energia. Duńczycy mocno rozbujali publiczność zgromadzoną pod sceną, zagrali tak, jak na support przystało - mocno i bezpardonowo, pozostawiając niedosyt i zachęcając do zapoznania się bliżej z ich kompozycjami już w domowym zaciszu.

Wrażenie niedosytu nie utrzymało się jednak długo, bo po kilku minutach przerwy cały klub dostał islandzki cios prosto w twarz.

Agent Fresco. Samo wspomnienie ich koncertu wywołuje u mnie uśmiech. Pierwszy raz miałam szczęście poznać ich muzyczne szaleństwo prawie rok wcześniej w warszawskiej Hydrozagadce i absolutnie mnie tym kupili. Nawet nie miałam oczekiwań. Towarzyszyła mi pewność, że w Krakowie także wytworzą coś niesamowitego i tak się stało. Ludzie bujali się w rytm uderzeń bębnów Keliego, machali głowami przy każdym uderzeniu w struny Þórarinna, a dziki ruch sceniczny Arnóra Dana to zjawisko, które powinno znaleźć swoją własną definicję w Britannice. Chyba najlepiej występ Islandczyków podsumował pewien Pan Metal stojący tuż obok mnie: “No żesz kurwa, dobrze klepie ta muza!”.

Poklepało. Ale napięcie nie opadło - bynajmniej. Wszyscy się jakoś spięli, przyczaili, nerwowo zamawiali kolejne kufle piwa i w pośpiechu wracali na swoje miejsca. Nikt już niczego nie komentował. Śmiechy ucichły. Nadchodziło apogeum.

Mam chyba coś co można nazwać syndromem niepokoju koncertowego, dlatego często zmieniam swoją lokalizację w klubie. Prawdopodobnie dzięki temu przeżyłam ogromne natężenie pisku i krzyku, które powitały Katatonię na deskach Kwadratu, bo akurat znajdowałam się na balkonie. Pierwszy raz widziałam Szwedów na żywo, ale setlistę jaką przygotowali na ten dwugodzinny koncert znałam aż za dobrze. Legendy rodem z The Great Cold Distance czy Viva Emptiness przeplatały się z nowościami z The Fall Of Hearts. Pięknym momentem na pewno był wystrzał w górę rąk i nóg podczas utworu “Soil’s Song”, na który osobiście czekałam i nie zawiodłam się. Ten numer sprawił, że cząsteczki energii praktycznie przybrały materialną formę. I to chyba naprawdę byłby doskonały koncert gdyby nie… nagłośnienie. Nie chcę rozwodzić się nad kwestią co zawiniło - dziwna budowa klubu (wysunięte balkony po dwóch stronach sali koncertowej), która mimowolnie spłaszczała odbierane spektrum dźwięku czy podwieszone kolumny, które na najzdrowsze nie wyglądały i być może po prostu nie były gotowe na takie natężenie. Nie wiem, ale wiem, że trzaski, pierdzenia i akustyczna buła zmęczyły mnie na tyle, że mimo całego szacunku do Katatonii i ich twórczości, czteroutworowy bis z chęcią bym sobie darowała. Rzecz jasna nie zrobiłam tego. Stoicko wysłuchałam “Ghosts of the Sun”, “My Twin”, “Lethean” i “July”, a nawet pozwoliłam, by moje brawa przez pewien czas wybrzmiewały w przestrzeni klubu wraz z całą gamą pokrzykiwań reszty zgromadzonych osób.

Każdy fan Katatonii marzy o wysłuchaniu takich utworów jak “Deliberations”, “Serein”, “For My Demons” czy “Forsaker” prosto z krtani Jonasa Renkse, który bezapelacyjnie jest w świetnej formie wokalnej. Niezmiernie cieszę się, że miałam możliwość poznania tego zespołu od strony koncertowej, szczególnie w tak bogatej setliście. Słucham teraz tych utworów z ciekawością przyprawioną wspomnieniami. Podkręcam głośność, zanurzam się, pozwalam się ponieść na nowo, tak jakbym po raz pierwszy spotkała te brzmienia.

Katatonia to ciągle synteza wielkiej mocy i jakości, a więc także doskonała marka koncertowa. Gdy tylko wrócą do Polski, nie zabraknie mnie pod sceną.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.