Gdy w poniedziałkowe popołudnie, gdzieś około 17, zameldowałem się na dublińskiej stacji kolejowej Tara Street, aby podmiejską kolejką DART podjechać kilkanaście kilometrów do Malahide, zastałem niekończące się kolejki do automatów z biletami. I już wtedy wiedziałem, że całkiem sporo osób wpadło na pomysł obejrzenia brytyjskiej legendy new romantic. Przekonałem się też, że będzie to duże wydarzenie i to nie tylko dla dublińczyków…
Mimo wspomnianych kolejek udało mi się wręcz perfekcyjnie o 18 przekroczyć bramkę wejściową na koncertowe pole, pomieszczone w malowniczych ogrodach Malahide. Perfekcyjnie, bo dokładnie o 18 rozpoczął swój występ pierwszy support, pochodzący z Irlandii Północnej, JC Stewart. Artysta zdobył popularność po tym, jak w 2020 roku Jennifer Aniston udostępniła jego parodię piosenki z serialu Przyjaciele. Z występu zapamiętałem przede wszystkim piękną balladę Can’t Stop, która w rozgrzewającym, popołudniowym słońcu idealnie relaksowała siedzących na trawie lub kocach zebranych. Piknikowy nieco czas upływał wielu na poszukiwaniu najlepszej budki z fish and chips i przeglądaniu bogatego, aczkolwiek nietaniego merczu.
Poprzeczka podskoczyła zdecydowanie wyżej, gdy punktualnie o 19 na scenie zameldował się sam Nile Rodgers ze swoim zespołem Chic. I to już było muzyczne spotkanie, z którego jestem bardzo dumny. Bo przypomnę tylko, że to legendarny amerykański producent, który współpracował z największymi tego muzycznego świata: Madonną, Dianą Ross, Davidem Bowie, Mickiem Jaggerem, Daft Punk, Duran Duran, czy Depeche Mode. A nagrany z Chic, absolutny klasyk funku, Le Freak, został włączony w skład Grammy Hall of Fame. Co ciekawe, artysta właśnie tym szalonym numerem rozpoczął występ! No ale skoro potem ze sceny leciały takie killery jak choćby Like A Virgin Madonny, Get Lucky Daft Punk, czy przemagicznie wykonane Let’s Dance Dawida Bowiego, nie powinno to dziwić.
Gwiazda wieczoru kazała na siebie nieco poczekać, wychodząc lekko spóźniona, z akademickim kwadransem. Ale tym właśnie podkręciła napięcie i rosnące emocje. Przynajmniej we mnie. Bo napisać, że to jeden z najważniejszych zespołów mojej młodości, to jakby nic nie napisać. Do tego, w ciągu ponad 40 lat swojej kariery, byli w Polsce tylko dwa razy a od kilkunastu skutecznie „omijają” nasz kraj. Nie udało mi się być na tych polskich występach, ale może właśnie tak miało być. Że ten mój pierwszy raz z nimi będzie w Irlandii, na plenerowym koncercie, z cudownie oświetlonym Zamkiem Malahide w tle.
Już ich wyjście, poprzedzone futurystyczno – kosmiczną animacją wyświetloną na ogromnym telebimie do Velvet Newton, zrobiło wrażenie. Bo gdy nagle czwórka muzyków (obowiązkowo ubranych na biało), stojąca na podeście w kamiennych pozach, wyłoniła się z gęstych oparów białego dymu, napięcie sięgnęło zenitu. Zaczęli od stonowanego i dość topornie brzmiącego Secret October z jeszcze jakby delikatnie rozleniwionym i niezadowolonym Simonem Le Bonem. Ale gdy odpalili The Wild Boys i publiczność kompletnie oszalała, zaczęła się dziać magia. Bo ze sceny, z szybkością karabinu maszynowego, zaczęły lecieć kolejne hity: Hungry Like the Wolf, bondowskie A View to a Kill ze stosownym klipem w tle, Notorious, czy cover Electric Light Orchestra, Evil Woman. Pięknie zrobiło się, gdy Le Bon zapowiadając Ordinary World wspomniał o tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie a ekrany zostały zdominowane niebiesko – żółtymi barwami. Przejmujący i balladowy nastrój podtrzymało następne Come Undone, na które tak bardzo czekałem. A potem jeszcze wybrzmiały między innymi Planet Earth, The Reflex, Girls on Film a na bis Save a Prayer i Rio. Szczególnie Save a Prayer zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Z tak długim, budującym napięcie do momentu wejścia sekcji rytmicznej, wstępem nie słyszałem tej kompozycji nigdy. Przyznam, że już przy kompletnie ciemnym niebie i padającym delikatnie ciepłym, letnim deszczu – który znienacka pojawił się nad Malahide Castle - miałem łzy w oczach… Cóż, przepiękny wieczór. Jeden z tych niezapomnianych. Do końca życia.