ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 19.08 - Cieszanów
- 20.08 - Warszawa
- 01.09 - Wrocław
- 02.09 - Szczecinek
- 20.08 - Warszawa
- 24.08 - Łódź
- 26.08 - Inowrocław
- 31.08 - Łódź
- 03.09 - Kraków
- 07.09 - Warszawa
- 08.09 - Kraków
- 09.09 - Poznań
- 14.09 - Gdańsk
- 15.09 - Warszawa
- 19.09 - Warszawa
- 22.09 - Kraków
- 23.09 - Wrocław
- 24.09 - Łódź
- 24.09 - Warszawa
- 13.10 - Szczecin
- 15.10 - Katowice
 

koncerty

20.07.2017

10. LETNIA AKADEMIA JAZZU: Kamil Piotrowicz Sekstet/Trio Możdżer, Rantala, Wollny, Łódź, Wytwórnia, 18.07.2017

10. LETNIA AKADEMIA JAZZU: Kamil Piotrowicz Sekstet/Trio Możdżer, Rantala, Wollny, Łódź, Wytwórnia, 18.07.2017

Na wstępie tej relacji pragnę zaznaczyć, parafrazując kultowy polski serial "Kariera Nikodema Dyzmy", że „jak Państwo zapewne wiedzą, na co dzień jestem miłośnikiem muzyki rockowej i metalowej, zaś świat jazzu i fussion, jest mi znany na tyle, na ile pozwalają moje skromne doświadczenie koncertowo-odsłuchowe i otwartość dźwiękowych horyzontów". A czemuż to deprecjonuję swoją wypowiedź, już tak ad hoc, zapytacie?

Ano czynię to w służbie wspaniałej imprezy, jaką bez wątpienia jest łódzka Letnia Akademia Jazzu, organizowana z zapałem przez prawdziwych pasjonatów gatunku - Fundację Wytwórnia - nieprzerwanie przez ostatnie 10 lat. Chcę pokazać, że nawet odbiorca z innej stylistycznie grupy docelowej, nie będący ekspertem, ani znawcą gatunku tak przecież wymagającego jak klasyczny jazz, powinien choć raz zawitać, na przełomie lipca i sierpnia, w gościnne progi dawnego studia przy ulicy Łąkowej, a z pewnością odnajdzie tam wiele niezapomnianych wrażeń i nie odejdzie zawiedziony.

Nie będę czarował, że magnesem, który przyciągnął mnie na tę premierową wizytę (odczuwam prawdziwe zażenowanie, że dopiero teraz, ale wiadomo okres wakacyjny), było główne danie inauguracyjnego wieczoru, a więc "szalone trio fortepianowe" Iiro Rantala, Leszek Możdżer, Michaell Wollny, a zwłaszcza osoba Leszka Możdżera. Miałem przyjemność podziwiać już w tym roku genialnego gdańszczanina na koncercie w Gliwicach i pozostawił mnie on w stanie artystycznego i wirtuozerskiego zachwytu, oraz... sporego niedosytu. Obiecałem zresztą wtedy Panu Leszkowi, że z pewnością spotkamy się, po dwóch przeciwległych stronach sceny, jeśli tylko zawita do mojej rodzimej Łodzi, nie wypadało więc nie dotrzymać słowa.

Organizacyjnie Letnia Akademia Jazzu jest przedsięwzięciem, nawet jak na niebotycznie wysokie standardy łódzkiej Wytwórni, porażającym, poziomem profesjonalizmu i dopiętym doprawdy pod samą szyję i na ostatni guzik. Dwie bramki na zewnątrz klubu, zapewniające przestrzeń do integracji i wymiany wrażeń publiki, bar zlokalizowany zarówno wewnątrz, jak i we wspomnianym powyżej, prowizorycznym patio, liczne grono służących wszelką pomocą, przemiłych wolontariuszy, bogato zaopatrzone stoisko płytowo-książkowe, stanowiące piękną pamiątkę, darmowe programy całego wydarzenia na kredowym papierze, spotkanie z artystami po koncercie, reżyserowane przez organizatora - nawet największy malkontent nie znalazłby nitki, za którą można by pociągnąć. Sam koncert inauguracyjny odbywał się w sali powstającej z połączenia sal: średniej i najmniejszej, gdzie wcześniej dane mi było gościć chociażby na występach Lao Che, czy Raya Wilsona. Naturalnie wszystkie miejsca były siedzące.

Festiwal od początku swego istnienia posadowiony jest na czterech mocnych filarach: umożliwienia obcowania na żywo z twórczością największych gwiazd współczesnej muzyki jazzowej, prezentowaniu szerszemu gronu odbiorców nowych obiecujących twarzy gatunku, warsztatach mistrzowskich, organizowanych w kooperacji z International Jazz Platform, i wreszcie... wspaniałej, nie tylko łódzkiej, publiczności, bez której nie dobrnąłby z pewnością do dekady bytności na letniej festiwalowej mapie Polski.

Po krótkiej introdukcji scenariusza, zarówno całej edycji, jak i wtorkowego koncertu inauguracyjnego, podczas której nie zabrakło oczywiście podziękowań dla sponsorów, partnerów, jak i mecenasów całego przedsięwzięcia, a więc Miasta Łodzi i Narodowego Centrum Kultury, oraz licznie zebranej publiki, kwadrans po 19-stej sceną zawładnął sekstet Kamila Piotrowicza. Nominat tegorocznych Fryderyków w kategorii Muzyka Jazzowa, za płytę "Popular Music", wystąpił właśnie w charakterze wschodzącej gwiazdy gatunku. Kierowany przez koszalińskiego absolwenta AM w Gdańsku ensemble, to prawdziwa mieszanka młodości z rutyną. Ów młodzieńczy zapał i świeżość zapewnia, poza osobą lidera za fortepianem, sekcja dęta, w składzie Kuba Więcek - saksofon sopranowy i altowy, Piotr Chęcki - saksofon tenorowy i Emil Miszk - trąbka. W ryzach trzyma ich doświadczenie sekcji rytmicznej Andrzej Święs - kontrabas, Krzysztof Szmańda - perkusja. Zespół zaprezentował głównie materiał ze swojego debiutu fonograficznego, za to w mocno rozimprowizowanych wersjach. Zagospodarował około 70 minut z bisem, przed którym znalazło się miejsce dla krótkiej solówki perkusyjnej. Materiały promocyjne umiejscawiały jego twórczość w ramach mainstreamowego nurtu conterporary jazz, zapowiadając wykorzystanie z rozmachem potencjału tkwiącego w dużej sekcji dętej. Osobiście właśnie owego improwizacyjnego rozmachu saksofonów i trąbki w tym występie mi brakowało. Soliści wpisywali się raczej w leniwą dynamikę długo rozwijających się tematów, mających niewątpliwie urzekający, ilustracyjny potencjał i częściej dobywali ze swoich instrumentów drone-owe tła i pogłosy, niż raczyli zabranych ognistymi popisami. Wzruszenie mogła wzbudzać gra Andrzeja Święsa z wykorzystaniem smyczka, stanowiąca piękny podkład dla fortepianu Kamila Piotrowicza, oraz uroczo nieśmiała, pełna przedstawień poszczególnych muzyków, konferansjerka lidera sekstetu. Słuchając tego występu, często przychodziły mi na myśl analogie ze spokojniejszymi projektami Johna Zorna i wrażenie…, że Krzysztof Szmańda, z braku szerszego pola do popisu,  ewidentnie się za swoim instrumentem nudzi. Oczywiście odbiór, zwłaszcza takiej, wielowarstwowej, skomplikowanej muzyki, to kwestia gustów i indywidualnej wrażliwości. Dla mnie subiektywnie za mało było na scenie szaleństwa i ekwilibrystyki, za mało "wolności", bo przecież jazz to właśnie wolność, instrumentalna dzikość, nieposkromione szaleństwo.

Po około 20 minutowej przerwie i kolejnej zapowiedzi, przearanżowana scena należała już jednak na 75 minut niepodzielnie do prawdziwej "trójgłowej hydry" i działy się na niej niemal wyłącznie rzeczy zapierające dech w piersiach i po prostu magiczne. Sylwetek artystów nie będę w tym miejscu przytaczał, bo niniejsza relacja rozrosłaby się do nieakceptowalnych rozmiarów. Dość powiedzieć, że są to wiodący pianiści Starego Kontynentu, ostatnich, nomen omen, dziesięciu lat. Panowie Rantala, Wollny i Możdźer powielili, dobrze już znany, chociażby z występów na legendarnym Jazz at Berlin Philharmonic Festivall, z których zeszłoroczny został wydany na płycie winylowej, schemat. Mianowicie, najpierw prezentowali się solo, następnie w duetach, metodą każdy z każdym, by w finale zafundować publiczności prawdziwą fińsko-niemiecko-polską sceniczną orgię. Pierwszy za klawiaturą zameldował się Fin Rantala i po przedstawieniu się zebranym, wykonał w iście barokowym stylu "Candide Overture" Bernsteina. Żegnany gromkimi oklaskami zapowiedział wkraczającego już, najmłodszego członka tria, Niemca polskiego pochodzenia Michaell'a Wollny'ego. Ten, nie zaniżając absolutnie poziomu poprzednika, po przywitaniu się z Wytwórnią, zagrał lekko Możdżerowską improwizację. Gdy wszyscy spodziewali się pojawienia naszego rodaka, zza kulis wyszedł Rantala i w pierwszym tego wieczoru duecie, z Wollny'm, brawurowo zaprezentował piękny, delikatny temat Chrisa Beiera "White Moon". Chemia między oboma, siedzącymi za ustawionymi twarzami do siebie, fortepianami muzykami była natychmiast wyczuwalna. Sala szalała, ale nie było czasu na oddech, bo oto nareszcie podziwiać mogliśmy byłego kolaboratora Davida Gilmoura w pełnej scenicznej krasie. Możdżer zapowiedział samego siebie z niepowtarzalną, charakterystyczną tylko dla niego dezynwolturą i luzem. Zagrał na dwóch fortepianach, tym, na którym wcześniej grał Wolln'y, nastrojonym do częstotliwości 441 Hz i ustawionym prostopadle do niego, nastrojonym do częstotliwości 432 Hz, pięknie wykorzystując różnice ich brzmień do tworzenia przejść i harmonii. Zażartował zresztą, że chce przetestować, który strój spodoba się bardziej. Nie obyło się naturalnie bez nieodzownych gadżetów zmieniających tonację i brzmienie instrumentu, a więc wszelkiej maści szmatek, kartek, koralików i paciorków, rzucanych na i wkręcanych pomiędzy struny fortepianu, oraz grania palcami bezpośrednio na owych strunach. Tak lubiane przez Leszka zabawy z brzmieniem osiągnęły apogeum, gdy dołączył do niego Iiro i zachowując świetny kontakt wzrokowy, siedząc na przeciwko siebie dobywali ze swoich instrumentów naprawdę trudne do przewidzenia dźwięki. Biorąc pod uwagę, że obaj panowie są niemałymi oryginałami: Polak zawsze występuje boso, a że lubi przytupywać dla zachowania rytmu, odgłos klaskania stanowi nieodzowny element jego gry, zaś Fin nie może się powstrzymać od melodycznego dźwięko-naśladownictwa, po sali co rusz wędrowały rozbawione uśmiechy. Jednak prawdziwe tornado miało dopiero nadejść. Możdżer z Wollny'm, po losowaniu... nakrętką od wody miejsca na pojedynczym stołku fortepianowym, umiejscowili się ciasno pomiędzy prostopadłymi fortepianami, a zaniedbywanym dotychczas elektrycznym pianem marki Fender Rhodes i dali popis wirtuozerii, po obejrzeniu którego nawet tacy parapetowi showmani, jak Keith Emerson, Rick Wakemann, czy Jordan Rudess długo zbieraliby szczęki z podłogi. Muzycy naturalnie nie mogli usiedzieć na swoich miejscach, wymieniając się instrumentami, grając na dwóch na raz, czy też spomiędzy rąk partnera. Niezapomniany był moment, w którym Możdżer, kucając, grał jedną ręką na Fenderze, a drugą na fortepianie, zaś Wollny miotał się, jak opętany między wszystkimi trzema pianami. Gdy publiczność jeszcze przecierała oczy ze zdumienia, do zabawy dołączył Rantala. Wpierw Możdżer w przezabawny sposób uzyskał od młodej damy siedzącej w pierwszym rzędzie zapowiedź pierwszej gry potrójnej, a więc "La Fiesta" Chicka Correi. Zaczęli Fin z Niemcem, bardzo delikatnie, by dać kapkę odetchnąć Leszkowi. Ten rozbawiał publiczność stojąc z boku i udając znudzenie, by w końcu w dogodnym momencie, gdy koledzy przerzucali się dźwiękami, włączyć się w całe zamieszanie... siadając na klawiaturze.

Tego co działo się potem nie da się opisać słowami, to po prostu TRZEBA BYŁO zobaczyć. Wszyscy trzej instrumentaliści grający na jednej klawiaturze, zmieniający się, biegający z jednego końca sceny na drugi. Istne pandemonium!!! Nie ma się co dziwić, że po tym, wieńczącym niestety podstawową część występu, numerze, ludzie pierwszy raz tego wieczoru wstali z miejsc. Szalone trio nie dało się długo namawiać na bis i błyskawicznie wróciło, by kontynuować, powodującą oczopląs, „potrójną woltyżerkę, na trzy fortepiany i pianino elektryczne", za sprawą "Armando's Rumba". Drugi bis był tylko kwestią czasu. Padło na Lennonowskie "Imagine", zagrane na sześć rąk, przy jednym instrumencie z wokalem Możdżera w drugiej części i prześmiesznymi chórkami Rantalli.

Owacje na stojąco i piski, charakterystyczne bardziej dla stadionowych gwiazd, niż muzyków jazzowych, żegnały trzech wirtuozów jeszcze bardzo długo, ale niczego nie mogły już niestety zmienić. Imponujące otwarcie jubileuszowej 10-ej LAJ w łódzkiej Wytwórni przeszło do historii pozostawiając szczęśliwców, którzy mogli w nim uczestniczyć, w poczuciu spełnienia i uczestniczenia w doprawdy szczególnym wydarzeniu artystycznym. Trio Rantala, Wollny i Możdżer, mimo niesamowitego potencjału i emanującej wewnętrznej chemii na poziomie tak personalnym, jak i przede wszystkim muzycznym, grywa razem naprawdę rzadko. Tym większy szacunek dla Fundacji Wytwórnia za sprowadzenie tej perełki do Łodzi. Chapeau bas proszę Państwa, tylko tak trzymać, przez kolejne co najmniej 10 lat!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.