ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 22.09 - Kraków
- 23.09 - Ciechanów
- 23.09 - Wrocław
- 24.09 - Łódź
- 24.09 - Warszawa
- 26.09 - Warszawa
- 28.09 - Łódź
- 02.10 - Kraków
- 03.10 - Warszawa
- 03.10 - Białystok
- 04.10 - Lublin
- 05.10 - Rzeszów
- 07.10 - Łódź
- 08.10 - Łódź
- 09.10 - Kraków
- 12.10 - Wrocław
- 13.10 - Szczecin
- 15.10 - Katowice
- 14.10 - Kraków
- 15.10 - Warszawa
- 19.10 - Warszawa
- 20.10 - Wrocław
- 19.10 - Łódź
- 20.10 - Warszawa
- 20.10 - Katowice
- 21.10 - Warszawa
- 26.10 - Warszawa
- 27.10 - Warszawa
- 27.10 - Łódź
- 28.10 - Łódź
 

koncerty

30.06.2017

PHIL COLLINS, Kolonia, Lanxess Arena, 15.06.2017

PHIL COLLINS, Kolonia, Lanxess Arena, 15.06.2017

Warto na początku przytoczyć kilka statystyk – tegoroczna trasa koncertowa jest pierwszą od mini-touru promującego album „Going Back”. Odbyło się wtedy 6 koncertów, a setlista składała się wówczas jedynie z coverów (wyjątkiem było „Two Hearts” zagrane podczas jednego z koncertów). Poza nielicznymi gościnnymi występami w ramach akcji charytatywnych, ostatni raz Collins prezentował swój autorski repertuar w roku 2005 na trasie „First Final Farewell Tour”.

Polscy fani mieli ostatni raz okazję usłyszeć utwory Genesis dokładnie 10 lat temu w Chorzowie podczas pożegnalnej trasy tego zespołu.

W bieżącym roku zaplanowane zostało 18 koncertów w 5 europejskich miastach – Liverpoolu, Londynie, Kolonii, Paryżu i Dublinie w ramach „Not Dead Yet Live”. To również tytuł autobiografii Collinsa, która ukazała się pod koniec 2016 roku. I to w dodatku dość cyniczny, biorąc pod uwagę liczne problemy zdrowotne Collinsa. W 2009 roku doznał kontuzji pleców wynikającej z wieloletniego siedzenia przy bębnach. Nieudana operacja spowodowała uszkodzenie nerwów, przez co Phil nie jest już niestety w stanie grać na perkusji. Dodatkowo bóle bioder oraz częściowy brak czucia w jednej z nóg powoduje, że trudność sprawia mu również chodzenie i musi podpierać się laską. Swoje piętno pozostawiły również liczne epizody depresyjne i nękający go w ostatnich latach alkoholizm. Phil przeszedł jednak pomyślnie odwyk, uporał się z problemami osobistymi i triumfalnie powraca na scenę.

23 maja 2017 w LH2 Studios w Londynie odbyły się ostateczne próby przed ruszeniem w trasę. Sala ta jest jedną z najnowocześniejszych tego typu na świecie. Wcześniej swoje próby odbywali tam między innymi Kasabian, Lady Gaga,  Jeff Wayne’s „The War of The Worlds”, Skunk Anansie, Australian Pink Floyd Show i inni. Podczas prób zagrano dwa utwory, które ostatecznie nie znalazły się w setliście późniejszych koncertów: cover Genesis „Turn It On Again” oraz „Going Back”, które finalnie zamienione zostało na „If You Love (Really Love Me)”, czyli angielską wersję „Hyme à L'Amour” Edith Piaf.

Po zaledwie 4 pierwszych koncertach trasy Phil uległ niewielkiemu wypadkowi w hotelu – przewrócił się i uderzył głową w krzesło, rozcinając spory kawałek skóry w okolicy oka. Na wszelki wypadek lekarze chcieli mieć go pod obserwacją, co zmusiło go do przełożenia koncertów, które miały odbyć się 8 i 9 czerwca w londyńskiej Royal Albert Hall, na 26 i 27 listopada. Na szczęście dalsza część trasy odbyła się już bez nieprzyjemnych niespodzianek.

Kolonia była pełna fanów Collinsa. Na ulicy co chwilę można było zauważyć kogoś w koszulce Genesis, Phila albo Mike and the Mechanics. Fani wymieniali ze sobą tylko porozumiewawcze spojrzenia przechadzając się nad Renem i oczekując na któryś z pięciu wieczornych koncertów. Lanxess Arena, w której odbywał się koncert, mieści  18 000 osób (15 000 na trybunach i dodatkowe 3 000 miejsc siedzących na płycie). Wszystkie koncerty zostały wysprzedane co do ostatniego biletu w zaledwie kilka godzin, a frekwencja podczas koncertu 15 czerwca była 100%. Nie sposób było odnaleźć pustego miejsca, nawet na najwyższych trybunach.

Scena początkowo była przysłonięta klimatyczną półprzezroczystą zasłoną, przed którą umieszczono krzesło i dwa światła przypominające bardziej plan filmowy niż scenę koncertową. Z pięciominutowym opóźnieniem na scenie pojawił się, podpierający się laską, Collins. Oklaski i wiwaty trwały tak długo, że Phil trochę nieśmiało przerwał publice: Wiem, że mówiłem, że przechodzę na emeryturę. Ale tęskniłem za wami. Będę dzisiaj siedział, mam nadzieję że nie macie nic przeciwko. Po operacji pleców moje nogi są zjeb…. Ale jesteśmy tutaj i jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy?. Sala wręcz szalała. Wtedy zza kotary rozległy się pierwsze dźwięki tytułowej piosenki z „Against All Odds”.

Opadająca wraz z początkiem „Another Day in Paradise” zasłona ukazała  zespół w składzie: Leland Sklar (bas), Daryl Stuermer (gitara), Ronnie Caryl (gitara rytmiczna), Brad Cole (klawisze), Luis Conte (perkusja), Nicholas Collins (perkusja), Harry Kim (trąbka), Dan Fornero (trąbka), George Shelby (saksofon), Luis Bonilla (puzon), Amy Keys (chórek), Bridgette Bryant (chórek) i Lamont van Hook (chórek). Zespół zatem składał się w zasadzie z samych muzyków, którzy grali na przestrzeni lat z Philem Collinsem. Jedyną nowością był 16-letni Nicholas Collins, syn Phila z trzeciego małżeństwa, radzący sobie na bębnach naprawdę dobrze. Zestaw spokojnych ballad kontynuowało „One More Night”. Później nadszedł czas na piosenkę, która przed trasą „Not Dead Yet Live” nie była nigdy grana na żywo - „Wake Up Call” z albumu „Testify”. Ten energiczny utwór to moja ulubiona kompozycja z tego albumu i jego wersja live była przyjemną odmianą od początkowego powolnego tempa koncertu.

Dawno temu, jakieś 200-300 lat temu, byłem w zespole zwanym Genesis. Wszyscy nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, więc stwierdziłem, że chętnie zagramy dziś wieczór piosenkę Genesis -  zażartował Phil. Wybór padł na kompozycję Mike’a Rutherforda – „Follow You Follow Me”, która zadebiutowała w secie Collinsa podczas tej trasy. Wydaje się to ukłonem w stronę bardziej soft-rockowej odsłony Genesis. Był to przecież ich pierwszy utwór, który osiągnął radiowy sukces. Piosenkę wzbogacały archiwalne nagrania z teledysków, koncertów i filmów dokumentalnych o Genesis. Warto wspomnieć o naprawdę dobrej interpretacji tego utworu w wykonaniu Brada Cole'a na klawiszach. Kolejne „Can't Turn Back the Years” było mocno nostalgicznie. Może to z powodu dużych problemów w życiu osobistym artysty… a może słowa piosenki przypominają Philowi o nieubłaganym upływie czasu?

Takie utwory, jak następujące po sobie „I Missed Again” i „Hang in Long Enough”, posiadające bogatą sekcję dętą, wypadły podczas tego koncertu chyba najlepiej. Ich warstwa muzyczna przykrywała nieznaczne potknięcia wokalne i słuchało się ich naprawdę dobrze. „Seperate Lives” i „Only You Know and I Know” zakończyły pierwszy set. Ostatni z tych utworów pozostawiał jednak wokalnie naprawdę dużo do życzenia. Phil ewidentnie nie radził sobie z wyciąganiem wysokich partii wokalnych. Na szczęście całość świetnie bronił pojedynek solówek Brada Cole'a z Darylem Stuermerem.

Podczas przerwy pomiędzy pierwszą, a drugą częścią koncertu wyświetlane były żartobliwe reklamy nieistniejących produktów, które używały tytułów i słów piosenek Collinsa i Genesis. Był zatem telewizor, który musimy „Turn it on Again” oraz dezodorant „Invisible Touch” czy też sklep z garniturami „Duke”. To chyba najlepszy pomysł na urozmaicenie oczekiwania, jaki widziałem na koncertach.

Drugi set rozpoczął duet perkusyjny Nicka Collinsa i Luisa Conte. Początkowo, gdy ogłoszono, że perkusistą podczas trasy „Not Dead Yet” będzie mający jedynie 16 lat Nick, byłem sceptyczny. Jednak swoim występem nie odstawał on wcale od innych doświadczonych muzyków na scenie. Jego drum solo zapoczątkowało jeden z mocniejszych punktów koncertu - „I Don't Care Anymore” nominowane do nagród Grammy w 1984 roku. Podczas „Something Happened on the Way to Heaven” zespołowi ponownie udało się ruszyć ludzi z miejsc siedzących. Kolejna piosenka to życzenie Nicka Collinsa, który uważa ją za najlepszą kompozycję swojego ojca i poprosił o włączenie jej do setlisty. Nick zasiadł do pianina obok siedzącego bokiem do publiczności Phila, aby zagrać „You Know What I Mean”. Widać było, że jest to dla nich szczególny moment - ojciec i syn występujący ze sobą w duecie. W powietrzu unosiła się magia, którą czuł każdy obecny na koncercie. Wtedy przyszła pora na ostateczne sprawdzenie umiejętności perkusyjnych Nicka i formy wokalnej Phila Collinsa, czyli „In the Air Tonight”. Obaj panowie stanęli tutaj na wysokości zadania, a przejście perkusyjne w środku utworu przyprawiło mnie o gęsią skórkę.

Koncert osiągnął w tym momencie swój najlepszy moment i w zasadzie do samego końca nie spuścił już z tonu. „You Can't Hurry Love” i „Dance Into the Light” poderwało całą salę z krzeseł. Drugim coverem Genesis tego wieczoru było „Invisible Touch”, które w aranżacji z sekcją dętą brzmi ciekawie. Osobiście jednak wolałbym klasyczne wykonanie tego ponad 31-letniego klasyka. Zespół natomiast uraczył publikę wersją, która brzmiała jak wyjęta z któregoś solowego krążka Collinsa z lat 90. „Easy Lover” z konieczności śpiewany był przez duet Amy Keys - Lamont van Hook a nie Amy Keys - Arnold McCuller. Nieobecny tego dnia Arnold co prawda pojawił się na wszystkich początkowych koncertach trasy „Not Dead Yet Live”, ale z niewiadomych przyczyn opuścił zespół na kilka dni po drugim koncercie w Kolonii. Lamont poradził sobie jednak świetnie, nie próbując ślepo naśladować tonu Arnolda. Drugi set zakończyło „Sussudio”, podczas którego Phil niestety znów napotkał spore wokalne problemy. W ukryciu potknięć pomogła tutaj publika, która chóralnie śpiewała refren. Ze sceny posypało się confetti, Phil podziękował publiczności i zespól zszedł ze sceny  tylko po to, aby po krótkiej chwili gromkich braw wrócić na bis. Nie ma chyba w dyskografii Collinsa lepszego utworu na zakończenie niż „Take Me Home” i właśnie tym utworem Phil pożegnał swoich fanów. Trzeba przyznać, że podczas tego upalnego wieczoru wzruszeniom nie było końca. 

Fani muzyków w podeszłym wieku dzielą się na dwie grupy – ta pierwsza uważa, że artysta powinien odejść w chwili, kiedy nadchodzi moment, w którym nie może on już dostarczyć koncertu na najwyższym poziomie. Druga natomiast uważa, że wokalne, bądź instrumentalne niedociągnięcia w pewnym wieku są, siłą rzeczy, naturalne i akceptują potknięcia swoich idoli podczas wykonań. Są oni wdzięczni, że mogą choć trochę dłużej nacieszyć się obcowaniem z muzyką swoich ulubionych artystów. Lanxess Arena przez ten czerwcowy tydzień wypełniona była właśnie tą drugą grupą słuchaczy. Aplauzom i wiwatom nie było końca, a wszyscy wychodzili z koncertu zachwyceni.

Zadałem pytanie mojemu ojcu (który jest wielkim fanem Genesis i solowego Collinsa), czy warto było jechać 1100 kilometrów w jedną stronę na ten koncert. Jego odpowiedź brzmiała: pojechałbym i jeszcze raz. Moja brzmi dokładnie tak samo.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
Picture theme from BloodStainedd with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.