ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 19.10 - Warszawa
- 20.10 - Wrocław
- 19.10 - Łódź
- 20.10 - Warszawa
- 20.10 - Katowice
- 21.10 - Warszawa
- 26.10 - Warszawa
- 27.10 - Warszawa
- 27.10 - Łódź
- 28.10 - Łódź
- 29.10 - Łódź
- 31.10 - Łódź
- 02.11 - Kraków
- 02.11 - Warszawa
- 03.11 - Kraków
- 02.11 - Łódź
- 04.11 - Łódź
- 05.11 - Łódź
- 06.11 - Warszawa
- 09.11 - Kraków
- 09.11 - Warszawa
- 11.11 - Łódź
- 11.11 - Warszawa
- 12.11 - Warszawa
- 13.11 - Gdańsk
- 14.11 - Poznań
- 12.11 - Łódź
- 15.11 - Kraków
- 15.11 - Warszawa
- 16.11 - Wrocław
 

koncerty

25.05.2017

Deep Purple, Monster Truck, Katowice 24.05.2017

Deep Purple, Monster Truck, Katowice 24.05.2017 Nie od dziś wiadomo, że Deep Purple lubią występować w Spodku – od połowy lat 90., gdy promują nowe albumy, można ich w Katowicach zobaczyć, co piszący te słowa miał już okazję uczynić. Nic więc dziwnego, że na rozkładzie europejskiej części trasy promującej nowy album „Infinite” stolica Górnego Śląska również się znalazła. Tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego koncertu, opuszczałem w wiosenny wieczór Spodek z mieszanymi uczuciami.

Chwilę przed 20:00 z głośników popłynęło „For Those About To Rock We Salute You”, a potem na estradzie pojawiło się czterech młodych Kanadyjczyków z Monster Truck. Panowie prezentowali co nieco stereotypowy image – długi włos, liczne dziary, popijanie piwa w przerwach między utworami – ale zagrali solidny, wywodzący się z bluesa ciężki rock, zestaw żywych, dynamicznych kompozycji wieńcząc długą, stylową, bluesującą balladą. To AC-DC na początek nie było przypadkowe, bo gitarzysta wyraźnie lubi styl Angusa Younga – nie tylko dlatego, że nieco podobnie wygląda i też gra na Gibsonie SG (żółtym) i lubi pobrykać po scenie, naśladując słynny angusowo-chuckowy kaczkowaty chód. Trzy kwadranse z twórczością Monster Truck minęły w każdym razie bardzo przyjemnie, należycie rozgrzewając atmosferę.

Płachta z logiem Trucków znikła, odsłaniając gotowy już sprzęt Purpurowych, a z głośników znów popłynęła muzyka. Ostatnie w zestawie było bardzo adekwatne „The Boys Are Back In Town”. Zaraz po 21:00 nad sceną zapłonął obraz – imitacja okładki „In Rock”, tyle że z aktualnym składem i z adekwatnie starszymi obliczami, wyryta tym razem nie w skale, ale w wielkiej górze lodowej. Zgasły światła i z głośników popłynęła tajemnicza introdukcja do „A Time For Bedlam”…

Z aktualnie promowanej płyty usłyszeliśmy jeszcze „Johnny’s Band”, „The Surprising” i „Birds Of Prey”. Do tego „Uncommon Man” i „Hell To Pay” z poprzedniej „Now What”. Wszystkie na żywo wypadły ciekawiej niż w wersjach płytowych, całkiem nieźle przeplatając się z klasyką. A tą dostaliśmy już na początku – po „A Time For Bedlam” (z recytacjami wygłaszanymi na żywo przez Gillana) jednym ciurkiem poleciały „Fireball”, „Bloodsucker” i „A Strange Kind Of Woman”, spuentowany przez Iana długą anegdotką o przypadkiem poznanej kobiecie, jaką wokalista uraczył Steve’a Morse’a.

Ian Gillan wydawał się być w nieco lepszej formie niż w 2010 roku, gdy miałem poprzednią okazję podziwiać Deep Purple na scenie. Fakt, że momentami miewał problemy z głosem, a kamery przekazujące obraz na zawieszone na bokach sceny telebimy kilka razy uchwyciły przyklejone na scenie kartki z tekstami nowych utworów, tym niemniej prawie 72-letni Ian ma w gardle ciągle dużo energii – gdy z Morse’em zaczęli się bawić w call-and-response, Gillan bez większego trudu wyciągał wysokie dźwięki imitujące te wydobywające się z gitary. W pewnym momencie zaczął też naśladować dźwięki wydobywane z Hammonda przez Dona Aireya. A ten był w swoim żywiole, pokazując, jak różne dźwięki da się wyciągnąć z elektrycznych organów, chwilami spychał Steve’a na dalszy plan. Sam gitarzysta zaś prezentował się bardzo dobrze, choć trochę brakowało mu większej dawki scenicznego szaleństwa.

Po porcji nowszych utworów przedzielonej „Lazy” (z harmonijkowym popisem Iana), panowie zeszli ze sceny, zostawiając na niej samego Aireya. A ten w swojej popisówce, oprócz wiązanki motywów z Chopina, nagle zagrał fragment… „Szła dzieweczka do laseczka”, co publiczność przyjęła z gorącym aplauzem. W chwilę potem żarty się skończyły: potężna organowa introdukcja i Ian zapytał nas: Hej, czy pamiętacie, jak się nazywam?… Refren „Prefect Strangers” śpiewaliśmy już chóralnie i to, że parę linijek tekstu się Gillanowi poprzestawiało, w niczym nie psuło zabawy. Bez żadnej przerwy panowie przeszli w „Space Truckin’”, jeszcze podkręcając atmosferę (znów chóralne śpiewanie refrenu) – i znów bez żadnej przerwy Morse zagrał prawdopodobnie najsłynniejszy riff w historii hard rocka. Na ekranie nad sceną pojawiło się ujęcie Jeziora Genewskiego widzianego z Montreux, prasowe artykuły o płonącym kasynie i fotki oryginalnej kartki, na której Gillan na gorąco spisywał rodzący się tekst… Refren „Dymu na wodzie” śpiewał już cały Spodek. Potem było już pożegnanie i panowie zeszli ze sceny.

Nie na długo. Po paru minutach znów mieliśmy okazję chóralnie pośpiewać nieskomplikowane na-nana-na-nana-na… W „Hush” dłuższą solówką popisał się Steve, bawiąc się w call-and-response z publicznością. Potem dłuższym solowym popisem uraczył nas Roger Glover, mniej może mobilny niż w 2010, ale nadal energii i aktywności nie sposób mu domówić. Przy klasyce już pozostaliśmy, bo basowy popis płynnie przeszedł w „Black Night”, znów rozbudowane o partie solowe poszczególnych muzyków. Znów pożegnanie, pałeczki i kostki rzucane w tłum i… koniec. Zapaliły się światła. Po prawie dwóch godzinach purpurowy spektakl dobiegł końca.

Patrząc całościowo koncert wypadł lepiej niż wcześniejszy, na którym miałem okazję się znaleźć, w październiku 2010, także za sprawą lepszej dyspozycji wokalisty. Zresztą znajomi purpurowi weterani oceniali majowy występ jako jeden z najlepszych w ogóle koncertów Purple w Polsce. I także dlatego opuszczałem Spodek z mieszanymi uczuciami. Wszak tytuł „The Long Goodbye Tour” nie wziął się z niczego. Co prawda sami panowie się zastrzegają, że żadne decyzje nie zapadły, że różnie może być, ale… Możliwe, że już nie będzie okazji zdzierać gardła, śpiewając z tą piątką muzyków i tysiącami fanów refreny „Smoke On The Water”, „Perfect Strangers” czy „Space Truckin’”. Możliwe, że była to ostatnia okazja, by zobaczyć Deep Purple w Polsce na żywo. Że taki piękny wieczór już się nie powtórzy. Euforia po koncercie przeplatała się z żalem – i może to najlepsza recenzja tego majowego wieczoru w Spodku. Kto nie był – ma czego żałować.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.