ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 26.09 - Warszawa
- 28.09 - Łódź
- 02.10 - Kraków
- 03.10 - Warszawa
- 03.10 - Białystok
- 04.10 - Lublin
- 05.10 - Rzeszów
- 07.10 - Łódź
- 08.10 - Łódź
- 09.10 - Kraków
- 12.10 - Wrocław
- 13.10 - Bielsko-Biała
- 14.10 - Wrocław
- 15.10 - Bydgoszcz
- 13.10 - Szczecin
- 15.10 - Katowice
- 14.10 - Kraków
- 15.10 - Warszawa
- 19.10 - Warszawa
- 20.10 - Wrocław
- 19.10 - Łódź
- 20.10 - Warszawa
- 20.10 - Katowice
- 21.10 - Warszawa
- 26.10 - Warszawa
- 27.10 - Warszawa
- 27.10 - Łódź
- 28.10 - Łódź
- 29.10 - Łódź
- 31.10 - Łódź
 

wywiady

29.08.2017

"OMD z początku lat 80. i obecne ma więcej podobieństw, niż różnic" - wywiad z muzykami Orchestral Manoeuvres in the Dark (Andy McCluskey & Paul Humphreys)

Legenda muzyki elektronicznej – grupa OMD – powraca z nową płytą zatytułowaną The Punishment of Luxury. Z tej okazji udało nam się porozmawiać z członkami zespołu podczas ich wizyty promocyjnej w Polsce.

Konrad Siwiński (Artrock.pl): Czym różni się OMD 2017 od OMD 1978?

Andy McCluskey: Jesteśmy starsi (śmiech)! A tak poważnie to OMD z początku lat 80. i obecne ma więcej podobieństw, niż różnic. Mamy pełną swobodę umysłową i muzyczną, która posiadaliśmy gdy byliśmy młodsi. W późniejszych latach 80. presja przemysłu muzycznego była tak duża, że wciąż graliśmy trasy koncertowe, a wytwórnia co chwilę do nas przychodziła i pstrykała palcami mówiąc „nowy album! nowy album!”. My tylko pytaliśmy ile mamy czasu…

Paul Humphreys: „Podbijajcie Amerykę!” jeszcze mówili.

AM: W ciągu tych kilkunastu lat staliśmy się zespołem, którym nie chcieliśmy być. Miło jest nagrywać album wtedy, gdy mamy pomysły, czas. Nikt nie mówi nam, co mamy robić. Jak skończymy to idziemy do wytwórni i pytamy, czy chcą wydać naszą płytę. Obecnie nie pracujemy już na zwariowanych harmonogramach, bo mamy dzieci, rodziny, przyjaciół, życie…. Inną sprawą jest to, że świat muzyczny jest bardzo angażujący. Nie masz na nic czasu poza muzyką. Nie jest to łatwe…

PH: Trzeba umieć w życiu znaleźć odpowiednią równowagę.

KS: Udało się Wam po tylu latach znaleźć tę równowagę?

PH: Mamy tyle pomysłów, idei, że chcemy pracować nad albumem spokojnie, aby był dokładnie taki jaki powinien być. Teraz faktycznie jesteśmy bardzo zajęci, bo promujemy najnowsze wydawnictwo, ale jeśli jest to zaplanowany czas to jest ok.

AM: Teraz jest taki etap, że chcemy, aby jak najwięcej osób usłyszało nas album. Rozumiemy jednak, że nie sprzedamy milionów płyt i nie będziemy mieli singla, który podbije listy przebojów. I to jest ok. Chcemy, żeby nas ludzie usłyszeli, ale robimy to dla siebie.

PH: Jak zaczynaliśmy karierę to też nie planowaliśmy, że będziemy gwiazdami i sprzedamy miliony płyt. Sława przyszła z zaskoczenia.

KS: Jak to się w takim razie stało? Jakie były kolejne etapy, które doprowadziły Was do sławy w latach 80.?

AM: Świat w 1978 był zupełnie inny... W tamtych czasach muzyka w Anglii była zdecentralizowana i mieliśmy zespoły z różnych miast, nie tylko z Londynu. My na przykład każdego tygodnia chodziliśmy do Eric’s Club w Liverpoolu, gdzie grali świetną muzykę. Podobne miejsca z nową muzyką były w innych miastach i to nie przypadek, że wielkie zespoły lat 80. pochodzą z prowincji. UB40, Simple Minds, U2, Joy Divison, OMD, każdy z nas robił swoje rzeczy w swojej okolicy. Pamiętam jak zaczynaliśmy, wychodziliśmy na scenę i po koncercie podchodził do nas organizator i mówił: „Było super! A może zagracie drugi gig?”. I graliśmy! Po jakimś czasie trafiliśmy do Factory Club w Manchesterze, gdzie zostawiliśmy kasetę. Po jakimś czasie odezwali się do nas i powiedzieli, że rozkręcają właśnie wytwórnię zapraszając OMD do nagrania demo. Tak powstał singiel „Electricity” w Factory Records. Zabawna sprawa, że po nagraniach powiedzieli nam: „Jesteście przyszłością popu!”. Obydwaj pomyśleliśmy w tym momencie „Fuck off!”

PH: O tak! Solidnie nam wtedy przyłożyli. Przecież my jesteśmy zespołem eksperymentalnym, a nie jakimś popowym. Dla nas to była obraza.

AM: A oni swoje. Rozesłali demo, które trafiło w ręce Virigin i podpisali z nami umowę na 7 albumów. To było szaleństwo – kolejne albumy, single no i faktycznie Top of the Pops. Pamiętam jak szykowaliśmy się do występu w programie z singlem „Souvenir”. Zanim włączyli światła i kamery spojrzeliśmy na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy…

AM&PH: „Jak to się do cholery stało!” (śmiech)

PH: Dla mnie to jest wciąż niesamowite. Za rok będziemy obchodzić 40-o lecie na scenie i zastanawiam się jak to możliwe, że wciąż nagrywamy muzykę.

KS: Jak po tylu latach znajdujecie w sobie pasję i energię do ciągłej aktywności muzycznej?

PH: Po prostu ją mamy. Gdy stracimy chęć do grania muzyki to gwarantuję, że sobie odpuścimy.

AM: Naszą dewizą w zespole było zawsze tworzyć coś ciekawego, z pasją i energią. Są starsze zespoły, które wciąż nagrywają, bo lubią pieniądze, trasy koncertowe i taki styl życia. Problem w tym, że nie mają już pomysłów na samo tworzenie muzyki. Nie chcą wchodzić do studia, ale muszą, żeby utrzymać popularność.

PH: Znamy też takie zespoły, które wciąż nagrywają, ale nawet siebie nie lubią. Uwierz mi, że trudno stworzyć dobry album jak nie możesz na siebie patrzeć.

KS: Wy siedzicie na jednej kanapie. Rozumiem, że wciąż darzycie siebie sympatią?

AM: (uderza poduszką Paula). Szanujemy siebie, ale jesteśmy różni. Mamy odmienne opinie, doświadczenia i postrzeganie muzyki, ale to jest bardzo dobre, bo wpływ pozytywnie na końcowy efekt naszego brzmienia.

KS: Za chwilę premierę będzie miał Wasz najnowszy album The Punishment fo Luxury. Mocny i znaczący tytuł. Co chcieliście nim przekazać?

AM: Pewnie, że dobry tytuł. A czego innego się po nas spodziewałeś? Większość ludzi na tzw. zachodzie ma obecnie za dużo i nie są szczęśliwi. W przeszłości był taki czas, że każdego dnia ludzkość musiała walczyć o jedzenie, dach nad głową trzymając kciuki, żeby nie było kolejnej wojny, głodu, zarazy. Pracą na pełny etat było przetrwanie, a szczęście dawało samo życie i codzienność. W dzisiejszych czasach wielkie korporacje chcą mieć zysk i bonusy dla akcjonariuszy. Muszą znajdować coraz to nowe sposoby, żeby nam wyprać mózg i zmusić do kupna ich produktów. Masz stary samochód? Co ludzie o tobie pomyślą… Twoją żona nie jest wystarczająco ładna, a dzieci nie będą cię kochać jeśli nie kupisz im nowego Xboxa. Sprawili, że czujesz się jak gówno jeśli nie możesz kupić najnowszego produktu i nie wyrzucisz starego, mimo, że jest jeszcze dobry.

KS: Wspomnieliście, że obecnie macie podobną swobodę twórczą, jak na początku kariery. Może z tego powodu mam wrażenie, że Wasz nowy album brzmi z jednej strony innowacyjnie, ale wciąż w jakiś sposób nawiązuje do Waszych początków. Czy to działanie zamierzone?

AM: Nasze brzmienie było niezwykle popularne w latach 80. To jest nasze muzyczne DNA, które zostanie z nami na zawsze. Nie chcemy kopiować siebie, ale to jest coś w naszej krwi. Jednocześnie faktycznie chcemy korzystać z nowych dźwięków i pomysłów. Szukamy równowagi między tym, co nowe, a naszym DNA. To jest brzmienie OMD 2017.

KS: W takim razie powiedzcie, dlaczego warto posłuchać Waszego nowego albumu?

AM: Przed wydaniem albumu, każdy artysta powinien przeprowadzić uczciwą dyskusję z samym sobą. Potraktować swoją muzykę jak lustro, w którym się przejrzy i uczciwie odpowie sobie na pytanie, czy stworzył najlepszą muzykę, na jaką go stać. W OMD zawsze to robimy i stworzyliśmy swój własny język, który w latach 80 trafiał do milionów ludzi. Obecnie też jesteśmy wobec siebie uczciwi i mówimy swoim własnym językiem, który znalazł się na albumie. Mamy nadzieję, że będą odbiorcy, którzy się w niego wsłuchają i wyciągną coś dla siebie, coś co będzie dla nich wyjątkowe.

KS: Planujecie trasę promującą album, ale na razie są na niej tylko wybrane kraje z Europy. Zajrzycie do Polski?

PH: Na pewno wrócimy do Polski w przyszłym roku. Tak naprawdę wszystko zależy od promotorów. Kilka lat temu graliśmy w Łodzi we dwóch i było świetnie, ale chcemy wrócić i do Warszawy, żeby zagrać swój koncert.

AM: Nie musimy mieć zysku z koncertu, ale gdy słyszymy, że mamy przyjechać do Polski i zagrać za 10000 euro to wiemy, że stracimy 6000 euro. Mamy w sumie 10 osób – muzyków i członków załogi i wszystkich trzeba przetransportować, znaleźć noclegi… Obiecujemy, że zagramy w przyszłym roku, ale zapewne przyjedziemy we dwóch. Tak zaczynaliśmy i już teraz możemy zagwarantować, że na pewno będzie bardzo dobrze.