ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 24.02 - Łódź
- 24.02 - Poznań
- 24.02 - Częstochowa
- 25.02 - Katowice
- 03.03 - Kielce
- 04.03 - Olsztyn
- 05.03 - Białystok
- 10.03 - Bielsko-Biała
- 25.02 - Warszawa
- 26.02 - Warszawa
- 27.02 - Gdańsk
- 28.02 - Wrocław
- 01.03 - Warszawa
- 03.03 - Kraków
- 01.03 - Gdańsk
- 03.03 - Warszawa
- 04.03 - Kraków
- 01.03 - Poznań
- 02.03 - Wrocław
- 03.03 - Piekary Śląskie
- 04.03 - Warszawa
- 10.03 - Łódź
- 02.03 - Poznań
- 03.03 - Warszawa
- 03.03 - Warszawa
- 04.03 - Poznań
- 03.03 - Wrocław
- 04.03 - Gdańsk
- 10.03 - Łódź
- 11.03 - Warszawa
 

wywiady

10.12.2016

"W korcu maku" - wywiad z muzykami Tides From Nebula

2 grudnia, przed koncertem w łódzkiej Scenografii, miałam okazję usiąść w pokoju zwierzeń z przedstawicielami zespołu Tides From Nebula, czyli Przemkiem Węgłowskim, Maćkiem Karbowskim oraz Tomkiem Stołowskim. Poniżej nasza rozmowa m.in. o marzeniach, frustracji, pojęciu trio oraz Freddiem Mercurym bez dodatków.

Wiosną byliście w Chinach. Do jesieni koncertowaliście po całej Europie, a w ciągu najbliższych kilku dni zagracie trzy ostatnie koncerty z polskiego tournée. Na początek zadam wam krótkie pytanie… Czy to „już”?

Przemek: Nadal nie. Cokolwiek oznacza to pytanie nie mamy poczucia, że to „już”. Wiemy, że coś nas jeszcze czeka.

Maciej: Jeszcze długa droga przed nami.

Wciąż snujecie marzenia o przyszłości zespołu? Wydaje mi się, że odgrywają one w ludzkiej świadomości wielką rolę. Mam na myśli te wszystkie teksty mówiące, że gdy przestajesz marzyć – umierasz. Jak jest z wami w tej kwestii?

Przemek: Wiesz, gdy zaczynaliśmy grać to marzyłem o tym, żeby w ogóle zagrać koncert gdzieś poza Warszawą. Uważałem, że jak zagramy poza rodzinnym miastem i wydamy płytę to będziemy mogli umierać (śmiech). Ale w momencie gdy zaczęło się dziać więcej wokół nas i naszej muzyki to mam wrażenie, że muszę sobie trochę wymyślać te marzenia.

Maciek: U mnie to dzieje się samo z siebie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie muszę nic wymyślać.

Tomek, a ty jakie masz marzenia zespołowe?

Tomek: Grać stadiony (śmiech). A tak na poważnie, to chciałbym żeby zespół po prostu rósł i żebyśmy mieli na Zachodzie taką frekwencję na koncertach jak w Polsce.

Maciek: Albo chociaż połowę tego.

Tomek: Tak po 400 osób byłoby fajnie. A jak będzie przychodziło te 400 to będziemy mówili, że chcemy 800 (śmiech).

Przemek: A jak będzie przychodziło 800 to wtedy zapytaj nas czy to „już” (śmiech).

Ciekawa jestem czy kiedykolwiek powiecie, że to „już” (śmiech).

Przemek: Oby nie.

Tomek: Jak już nie będziemy mogli ze sobą wytrzymywać (śmiech).

No właśnie. Bez wątpienia jesteście ze sobą połączeni, ale przecież każdy z was ma własne życie, osobowość, perspektywę, czucie. Czy wasze osobiste marzenia nie kłócą się z zespołowymi planami?

Maciek: Mi się wydaje, że dobraliśmy się jak w korcu maku, bo wszyscy patrzymy maksymalnie w jednym kierunku. Nigdy nie było tak, że rozminęliśmy się muzycznie czy w kwestii przyszłości TFN.

Przemek: TFN to priorytet. Reszta planów dostosowywana jest pod zespół.

Czym w takim razie jest dla was Tides From Nebula? I nie pytam tu o czysto formalną kwestię, czyli komponowanie muzyki i granie koncertów. Uznajmy to jako pytanie o istotę waszej kapeli. Czy zespół tworzy swoiste sacrum w waszym życiu?

Maciek: Wiesz, generalnie każdy z nas na pewno choć raz dziennie pomyśli o zespole, nawet gdy nie gramy prób.

Przemek: Myślę, że ważne jest też to, że TFN jest czymś więcej niż tylko pasją. Jest to też jakiś sposób na życie i czasem nawet wydaje mi się, że nie zdajemy sobie całkowicie sprawy, ile dla nas znaczy ten zespół. Zacząłem się nad tym zastanawiać, gdy Adam zaczął mieć swoje problemy zdrowotne i wtedy zauważyłem – i chyba on też zdał sobie z tego sprawę – że zespół znaczy dla nas dużo więcej, niż nam się wydawało.

Pojawiają się różne sytuacje, również w życiu zespołowym. Nigdy nie mieliście dość?

Maciek: Jak człowiek jest czymś zmęczony to łatwo w sobie zaburzyć te odczucia względem grania w zespole.

Przemek: Zwłaszcza teraz jak już kończymy trzecią w tym roku trasę, do tego cała akcja z wydaniem płyty... Dużo się działo, więc teraz jesteśmy trochę zmęczeni. Człowiek chciałby już nieco odetchnąć od zespołu, ale to nie znaczy, że mamy go dosyć.

Narastają w was jakieś frustracje, które możecie wyładować tylko dzięki zespołowi? Macie poczucie, że to taka wasza strefa komfortu? Przykładowo, Matt Bellamy powiedział kiedyś, że „można albo grać w zespole rockowym, albo wyjść na ulicę i zabijać ludzi” (śmiech).

Przemek: My generalnie nie jesteśmy sfrustrowanym zespołem i raczej cieszymy się z życia (śmiech). Ja na przykład jak mam gorszy czas to mi się akurat w ogóle nie chce grać. Nie mamy takiego punkowego podejścia, żeby ze sceny wykrzyczeć gniew. To działa raczej w drugą stronę. Chcemy przekazać ludziom te pozytywne emocje, bo i w sobie mamy ich dużo więcej.

Czyli patrząc rano w lustro mówicie sobie: „Cholera, cieszę się, że jestem tym, kim jestem, a moje życie toczy się takim, a nie innym torem”.

Przemek: Tak, raczej mówimy „co za fajny gość”, niż mamy zamiar ciąć się żyletkami (śmiech).

Maciek: Bardzo często myślę sobie, że każdy z nas trzyma się mocno świadomości, że mamy wielkiego farta. Zdajemy sobie sprawę, że moglibyśmy tak naprawdę przez 10 lat nie osiągnąć 1/10 tego, co już się stało. Dodatkowo jesteśmy w fortunnej sytuacji, że nasza wrażliwość i nasze charaktery pozwalają nam maksymalnie doceniać to, co mamy.

Stąd pomysł żeby zbudować własne studio nagraniowe? Chcieliście stworzyć bardziej intymną muzycznie przestrzeń dla zespołu i waszych wrażliwości? Na zasadzie - „nikt nas nie podgląda, nie pcha łap gdzie nie trzeba, nie wywiera presji. Wszystko zależy od nas”.

Maciek: Nie, nie. Decyzję o budowie studio podjęliśmy jakieś 6 - 7 lat temu.

Przemek: Nawet wcześniej. Jak zaczynaliśmy grać to już mieliście taki pomysł.

Maciek: Mieliśmy wtedy już nawet kupiony mikser. Więc to jest bardzo stara historia, tylko po prostu 4 czy 5 lat temu wzięliśmy się za to tak porządnie.

Wychodzi na to, że koncepcja Nebula Studio ma już swoje lata. Obecny wygląd studia to dokładne odwzorowanie waszych wizji sprzed kilku lat?

Maciek: Wtedy to wyglądało trochę inaczej. Inaczej miały być zrobione na przykład pomieszczenia, ale z biegiem lat uzyskaliśmy więcej miejsca i zmieniła się koncepcja. Przystąpiliśmy do budowy te 5 lat temu i właściwie od tamtej pory robimy to na etat (śmiech).

Tomek: Głównie chyba też dlatego podjęliśmy decyzję o budowie studia, bo mieliśmy gdzie to zrobić. Mieliśmy duży budynek do dyspozycji. Gdyby nie to, pewnie byśmy się tego nie podjęli.

Maciek: Wtedy musielibyśmy podejść do tego komercyjnie, a nie chcieliśmy być tak uwiązani sprawą z wynajmem i tak dalej. Poza tym to generowałoby kolejne koszty. Na szczęście teraz wszystko zmierza już ku końcowi. Nareszcie (śmiech).

Wokół budowy studia rozszalała się PR-owa mikroburza, szczególnie ze strony ludzi z branży. Chodziło przede wszystkim o to, że udało wam się zebrać potrzebną kwotę do wykończenia Nebula Studio poprzez crowdfunding. Jak poradziliście sobie z falą hejtu, która – mimo że studio to inicjatywa przede wszystkim Tomka i Maćka – okryła odrobiną brudu również szyld TFN?

Tomek: Na początku może się przejęliśmy, ale bardzo szybko to sobie odpuściliśmy.

Maciek: Na pewno bardzo mocno nas to zaskoczyło, bo nagle ludzie których znasz i kojarzysz, personalnie cię obrażają, nie mając pojęcia co robisz i myląc fakty. Więc stwierdziliśmy, że to jest niewarte naszych nerwów, że nie będziemy się w ogóle udzielać. Z biegiem czasu stwierdziłem nawet, że to bardzo nam schlebia, że tak się pasjonują naszym życiem i tym co robimy (śmiech).

W Raporcie ze studia, który powstał przy okazji nagrywania waszego najnowszego albumu ‘Safehaven’, na pytanie o to czy sami się tego wszystkiego nauczyliście, Maciek odpowiedział: „Ogólnie tak, ale my jeszcze nic nie wiemy”. Powiem szczerze, że wkurzył mnie ten tekst. Wypuszczacie na rynek kosmiczny krążek, nad którym pracowaliście zupełnie sami i nagle pada takie zdanie…

Maciek: Bo to prawda. Wiesz, nagrywanie to jest jedna rzecz i w tym na pewno jesteśmy lepsi niż zespoły, które dopiero zaczynają. Nikt już nam nie musi mówić w jaki sposób mamy robić płytę. Możemy nagrywać na własną rękę i brzmi to sensownie. Sami ogarniamy cały sprzęt: bębny, blachy, wzmacniacze gitarowe i basowe. Ale to dlatego, że po prostu zajmujemy się graniem od kilkunastu lat. Natomiast na samej inżynierii dźwięku można zjeść zęby. Więc może za 10 lat powiemy, że znamy się na rzeczy, ale tak naprawdę nadal będziemy się uczyć.

Czy tegoroczne doświadczenia koncertowe w jakiś sposób wspomogły ten proces dokształcania się?

Maciek: Myślę, że trasy nie. Koncerty to jest jedno, a studio to drugie. Coś niby jest w tym wszystkim wspólnego, ale jednak realizacja dźwięku na żywo rządzi się innymi zasadami niż praca w studio. Sądzę, że robienie nowego materiału będzie dla nas ciekawe, bo wykorzystamy tę okazję do pracy w środowisku czysto studyjnym. Na przykład gdy będziemy nagrywać jakieś brzmienia czy motywy, to podejrzewam, że wiele tracków z demówek, które wtedy powstaną, wejdzie od razu na płytę, bo będą one bardzo dobrze nagrane. Może zmienimy trochę system pracy i będziemy skakać od sali prób do pracy studyjnej… Zobaczymy. Na pewno pojawiło się dla nas sporo nowych możliwości w tej kwestii.

Podczas trasy powstał jakiś nowy materiał?

Maciek: Nie, podczas tras nawet nie zabieramy się za robienie materiału.

Przemek: Wręcz wszystko zapominamy (śmiech).

O nieobecnych niby nie powinno się mówić, ale może Adam nam wybaczy. Jak to się stało, że nagle staliście się trio? ‘Safehaven’ promowany był niemal jako wasz „album życia”. To musiało być bardzo bolesne, gdy okazało się, że nie możecie cieszyć się graniem nowych kompozycji w pełnym składzie. Wyobrażam sobie jak silne emocje w was wtedy buzowały i jak trudną była decyzja o kontynuowaniu tras we troje.

Maciek: Przede wszystkim to jest to wyłącznie tymczasowa decyzja, na którą zresztą nie mamy wpływu, bo w końcu zdrowie jest najważniejsze. Wszystko stało się dość nagle, ale na szczęście byliśmy przygotowani na taką ewentualność, więc wybrnęliśmy z tej sytuacji. Na pewno na tę jesienną trasę byliśmy dużo lepiej przygotowani, niż na trasę europejską, którą graliśmy wiosną i latem. Zarówno pod względem technicznym, jak i mentalnym.

Przemek: Chyba najtrudniejsza była ta zmiana mentalna.

Maciek: Tym bardziej, że to wpłynęło też w jakimś stopniu na funkcje zespołowe. Na przykład to Adam zawsze mówił ze sceny do publiczności, a nagle ja musiałem zacząć to robić. To była dla mnie nowa sytuacja, więc początkowo była trochę trudna, ale teraz już się z tym oswoiłem i nawet to polubiłem. Jakkolwiek dobrze, że w przyszłym roku wracamy już w pełnym składzie.

Przemek: Generalnie my cały czas jesteśmy we czterech. Trio jest tylko pojęciem live.

Adam nagrał wam wszystkie swoje partie?

Maciek: Tak, wszystko było tak dograne, żeby podczas koncertów brzmiało jakbyśmy faktycznie grali w pełnym składzie.

Za kilka godzin wyjdziecie na scenę. Po tylu miesiącach jest to już dla was pewnego rodzaju rutyna czy wciąż ekscytujące i nieco tremujące doświadczenie?

Maciek: Na tegorocznej trasie europejskiej miałem tak, że się lekko stresowałem, ale w tej chwili już nie pamiętam na którym koncercie ostatni raz miałem tremę. Chyba wrzuciłem już na luz.

Przemek: Gdy mamy zagrać jakieś duże koncerty, jak na przykład Kraków albo jutro [3 grudnia odbył się koncert w warszawskiej Progresji – przyp. red.] to będziemy się pewnie trochę stresować.

Tym bardziej, że jutro gracie u siebie.

Przemek: Tak, u siebie zawsze najtrudniej. Ale ogólnie dużo mniej się stresujemy niż wcześniej, a czasem właściwie zupełnie nie mamy tremy. Dziś na przykład jest jej bardzo mało.

Podobno nie znosicie pytań o to dlaczego nie macie wokalisty… (śmiech). W takim razie wyobraźcie sobie, że pewnego ranka budzicie się jako zawodowi wokaliści. Pytanie brzmi następująco: jakiego zespołu bylibyście wokalistą i dlaczego akurat tego?

Przemek: Mars Volty! Bo jest świetny. Tylko takie samo afro musiałbym jeszcze mieć (śmiech).

Maciek: Chyba Muse... (pada odpowiednio wysoki dźwięk). Jaka to musiałaby być zabawa na koncercie, gdy wychodzisz z gitarą i robisz z nią co chcesz (śmiech).

Tomek:  To ja pójdę jeszcze dalej. Queen.

(wszyscy śmiech)

Tomek: Ale przepraszam, bez dodatków i drugiego dna (śmiech).

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.