ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Djam Karet ─ Still No Commercial Potential w serwisie ArtRock.pl

Djam Karet — Still No Commercial Potential

 
wydawnictwo: 3 Ears 1998
 
1. No Vacancy At The Hotel Of Noise (7:04)
2. Twilight In Lonely Hands (7:21)
3. Room 24, Around Noon (8:50)
4. The Black Line (10:08)
5. Night But No Darkness (8:18)
6. Strange Wine From A Twisted Fruit (28:53)
 
Całkowity czas: 70:32
skład:
Gayle Ellett - electric 6 string guitar, E-Bow, organ, percussion
Mike Henderson - electric 6 string guitars, E-Bow
Chuck Oken, Jr. - drums, digital keyboards, percussion
Henry J. Osborne - electric 5 string bass, dideridoo, percussion
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
Album słaby, nie broni się jako całość.
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
Album jakich wiele, poprawny.
Niezła płyta, można posłuchać.
Dobry, zasługujący na uwagę album.
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
Absolutnie wspaniały i porywający album.
Arcydzieło.

Łącznie , ocena:
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: * Bez oceny
08.10.2012
(Gość)

Djam Karet — Still No Commercial Potential

 

Djam Karet to amerykański zespół grający wyłącznie muzykę instrumentalną silnie zakorzenioną i oscylującą konsekwentnie wokół szeroko rozumianego rocka progresywnego i artystycznego, z domieszką wielu innych jeszcze gatunków i podgatunków muzycznych. Co rzuca się w oczy na samym początku to fakt, iż nazwa grupy, a co za tym idzie sama muzyka przez nią tworzona jest na naszym krajowym podwórku raczej mało znana i próżno szukać opracowań, jak również recenzji poświęconych albumom nagrywanym przez Djam Karet. A szkoda, bo bliższe poznanie i zgłębienie niełatwej, a miejscami bardzo wymagającej i potrzebującej czasu i cierpliwości muzyki, z pewnością odwzajemniłoby się bogatym doznaniom i poszerzeniem wiedzy w dziedzinie niekomercyjnych i nie nastawionych na rozgłos i merkantylny sukces dźwięków. Dlatego też chciałbym pokrótce przybliżyć sylwetkę tego niezwykle oryginalnego zespołu, jego biografię, historię, poglądy i stosunek członków grupy do tworzonej przez siebie muzyki, ale i muzyki w ogóle, a to wszystko na tle poszczególnych i najbardziej charakterystycznych płyt, których przez niespełna trzydzieści lat istnienia nagrali bez liku. Na początek trochę suchych faktów i parę refleksji na temat improwizacyjnej strony zespołu; w następnych odcinkach o tzw. graniu na żywo w studio, a na koniec prezentacja wybranych przeze mnie klasycznych studyjnych albumów.

Zespół powstał w 1984 roku w USA, w stanie Kalifornia, a założyło go czterech facetów mieszkających w tej samej miejscowości, w Claremont. Byli to: Gayle Ellett (gitary, instrumenty klawiszowe i właściwie kilkanaście innych instrumentów, na których  potrafi on grac i często to robi, niekoniecznie w macierzystym zespole, ale o nim samym kiedy indziej), Chuck Oken jr. (perkusja), Henry Osborne (bass) i Mike Henderson (gitary), przy czym pierwsi dwaj chodzili też ze sobą do jednej szkoły. Wymieniony wyżej założycielski skład, z bardzo krótkotrwałym epizodem, działa niezmiennie do dziś (w między czasie po dłuższej już aktywności grupy dołączył do niej kolejny muzyk, basista Aaron Kenyon), a to z pewnością daje wiele pozytywnego do myślenia. Panowie nie byli bynajmniej żółtodziobami i z niejednego muzycznego pieca chleb już jedli. Oken, Osborne i Henderson występowali dotychczas w zespole Happy Cancer, zaś spirytus movens Djam Karet – Gayle Ellett grał w grupie, która nazywała się Still Life, choć zanim powołał swoje największe i najbardziej rozpoznawalne dziecko do życia zdążył zagrać w dziesięciu innych grupach. Co ciekawe, żaden z nich nie traktuje swojego muzycznego rzemiosła jako głównego źródła utrzymania, na co dzień są zwykłymi „szarymi” obywatelami kraju za wielką wodą i próbują wiązać koniec z końcem jako szkolny nauczyciel, pracownik sklepu z płytami, projektant, właściciel sklepu muzycznego, a jedynym zawodowym muzykiem w tym towarzystwie jest właśnie Gayle Ellett, który zasługuje z pewnością na odrębną monografię, gdyż poza graniem pierwszych skrzypiec w Djam Karet, udziela się jednocześnie na co dzień, gdzie nagrywa i tworzy w kilku, a dokładnie pięciu muzycznych inicjatywach, jak w szczególności: Fernwood (grający wyłącznie akustycznie), Hillmen (oparty na rockowo jazzowych improwizacjach), Herd of instinct (ostre rockowo, agresywne brzmienie). Poza tym pisze on muzykę do różnych niezliczonych programów telewizyjnych i jest generalnie muzykiem do wynajęcia na różne potrzeby i w ten właśnie sposób zarabia na życie, co pozwala mu, jak sam to podkreśla w wielu wywiadach, z większym dystansem i swobodą  podchodzić do muzyki, którą tworzy w Djam Karet i która już w założeniu leżącym u podstaw jej tworzenia nie jest nastawiona na przynoszenie zysków. Ale o tym może szerzej kiedy indziej. Zresztą nie jest to powód do zdziwienia, że nie w muzyce upatrują członkowie zespołu pracy zarobkowej, jeśli odsłoni się jeden ważny fakt z życia i działalności grupy, a mianowicie prawie zupełny brak występów na żywo. Przez prawie trzydzieści lat aktywności wydali ponad piętnaście płyt, poza tym wiele projektów pobocznych i kompilacji, z czego tylko jedna płyta to zapis koncertu w Orionie i jedno koncertowe DVD. To rzeczywiście tylko mała kropelka w morzu występów scenicznych jakiejkolwiek statystycznej progresywnej grupy. Warto jeszcze w tym miejscu odnotować, iż te koncerty, które od czasu do czasu im się przytrafiają to skromne, bez rozgłosu i poklasku festiwale i kameralne klubowe pokazy, na które grupa jest zapraszana, a które mają miejsce wyłącznie w Stanach Zjednoczonych i to głownie w Kalifornii. Za granicą wystąpili bodajże tylko raz, we Francji na festiwalu prog festiwal Crescendo, którego pośrednim efektem było, jak na razie ostatnie studyjne dzieło, Heavy soul sessions. Tacy z nich domatorzy, kochający swoje własne domowe studio, w którym spędzają każde wolne chwile dając sobie okazje by chwycić za instrument i zacząć tworzyć coś nowego.

Można zapytać więc po co w ogóle czterech ludzi, mających swoje codzienne zajęcia i udzielających się jednocześnie w kilku projektach wykorzystując swoją znajomość i łączące ich więzi oraz wspólne muzyczne zainteresowania, zdecydowało się na stworzenie kolejnej, zupełnie nowej platformy do eksploracji i prezentowania swoich muzycznych fascynacji? Otóż, jak sami muzycy przyznają, Djam Karet został powołany do życia wyłącznie po to, by grać bez wyjątku i w zupełności instrumentalną muzykę opartą na pełnej improwizacji. I tak rzeczywiście na początku się działo przez pierwszych kilka lat działalności zespołu. Wszystkie występy, jakie w początkowej fazie dawali w szkołach, uniwersytetach, galeriach sztuki, barach czy na zwykłych przyjęciach, jak również ich pierwsze wspólne spotkania w studio były oparte na totalnej improwizacji. Po prostu „podłączali” się razem do siebie i dalej wszystko płynnie się toczyło, w sposób wolny, bez żadnych ograniczeń, czy wcześniej zaplanowanej struktury poszczególnych utworów. Płynąca muzyka, oparta w zdecydowanej mierze na gitarach, basie i perkusji. Kiedy dopiero po jakimś czasie z wolna zaczęły się w większym stopniu pojawiać instrumenty klawiszowe, pojawiła się także bardziej konkretna struktura, a improwizacja jako podstawowy atrybut zespołu zeszła na plan dalszy. Nigdy jednak nie została do końca wyeliminowana i nie raz jeszcze miała stanowić o sile grupy i być podstawą nagrywania kolejnych albumów, a co godne uwagi stała się przyjętym sposobem rozpoczynania wspólnej pracy w studio, co często przynosiło efekty motywujące członków zespołu do dalszej pracy i rozwijania narodzonych w ten sposób pomysłów.

Taka właśnie jest też płyta, którą rozpoczynam niniejszą opowieść. Klasyczny, wręcz akademicki, a jednocześnie znakomity przykład tego czym jest instrumentalna muzyka rockowa zrodzona do życia wyłącznie dzięki nieokiełznanej i szalonej improwizacji. Album Still no commercial potential został wydany w 1998 roku i zawiera w sobie sześć nie zmierzających w żadnym ściśle określonym kierunku kompozycji o całkowitym czasie trwania ponad siedemdziesięciu minut. Tak, brak strukturalnych ograniczeń ani potrzeby zamykania się w większej lub mniejszej schematyczności w budowaniu poszczególnych utworów pozwala na właściwie nieograniczoną czasowo radosną twórczość. Co z tego może wyniknąć? Muzyka oparta na improwizacji z pewnością może wywoływać skrajne emocje, budzić z jednej strony zachwyt nad wirtuozerią muzyków i umiejętnością rzeźbienia w często opornej  i niewdzięcznej materii, a z drugiej może razić i odpychać pozorną bezsensownością procesu twórczego i zmierzaniem donikąd oraz nużącymi się w pewnym momencie powtarzalnymi patentami. Muzyka rockowa nie jest też zbyt pomocna sama w sobie do takiego podejścia, w przeciwieństwie do stworzonego wręcz ku temu jazzowi. Tym bardziej ręce składają się same do oklasków, a serce przyspiesza z zachwytu, gdy okazuje się, iż można jednak znaleźć przykład sensu stricto rockowego pejzażu improwizacji podanego w mistrzowski sposób, potrafiącego zarówno wywołać emocje, jak i nie uśpić. Takie ewidentne pozytywne odczucia daje płyta Djam Karet. Nie powiem, abym był jakimś wyjątkowym entuzjastą improwizacji grającej pierwsze skrzypce na płycie, więc też z pewnym dystansem i brakiem wiary podchodziłem do poznania akurat tego fragmentu twórczości zespołu. Cierpliwość się jednak opłaciła i teraz dosyć często płyta Still no commercial potential ląduje w moim odtwarzaczu. I można jej słuchać właściwie w każdej sytuacji, nie trzeba tego robić z wypiekami na twarzy pełnej skupienia w sterylnych warunkach braku jakichkolwiek zewnętrznych przeszkadzajek, przeciwnie można dać muzyce swobodnie sobie płynąć z eteru w przestrzeń nawet podczas czytania książki, czy pracy przy komputerze. Nic się nie straci, a prozaiczne czynności nabierają dodatkowo cieplejszych barw i nie dołują. Myślę, że zbyt poważne podchodzenie do muzyki improwizacyjnej może paradoksalnie jej zaszkodzić, a u słuchacza wywołać przedwczesne znużenie. Nie zamierzam też stawać na głowie, aby zaprezentować w szczególe poszczególne odcinki tej kosmicznej podróży zamieszczonej na płycie. To tak jak rozmawiać ze ślepym o kolorach. Skoro sama materia (a może właśnie nie materia?) jest nieusystematyzowana i nie poddająca się żadnym ramom i strukturom to także opowiadanie o niej w jasny i przemyślany sposób nie sprawdzi się w praktyce. Z ciekawostek warte podkreślenia jest to, iż w czwartym utworze The black line Henry Osborne gra także na klasycznym australijskim instrumencie didgeridoo, co dodaje jeszcze większego kolorytu całej zawartości. I może właśnie ta pozycja na płycie wyróżnia się spośród innych, nie tylko niespotykanym w rockowej muzyce instrumencie, ale też największymi improwizacyjnymi eksperymentami, często bardziej około muzycznymi niż mającymi z nią sensu stricto coś wspólnego.

Niemniej jednak, odkrywając Djam Karet od improwizacyjnej jego strony powinienem zacząć chronologicznie od innego wydawnictwa, płyty z 1985 roku No commercial potential i jej późniejszego wzbogacenia o drugą płytę, także wypełnioną improwizacjami. O nich jednak wspomnę króciutko w suplemencie do niniejszego tekstu dla porządku rzeczy. A rozpoczynam wszystko od Still no commercial potential z powodu wyjątkowości i specyficzności tej płyty. Przede wszystkim dlatego, że stanowi ona dla wielbicieli zespołu rarytas, o który warto zabiegać, zwłaszcza że wkładka do każdego egzemplarza zawiera autografy członków zespołu, a ponadto grupa wypuściła go na rynek tylko w limitowanej do 750 egzemplarzy wersji. I tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że jestem jednym ze szczęśliwych posiadaczy tego kwadratowego pudełeczka z krążkiem w środku. A po drugie, jeśli ktoś rzeczywiście porwałby się z motyką na słońce i chciał poznać muzykę Amerykanów od ich improwizacyjnej strony, to z pewnością byłby to najodpowiedniejszy wybór. Muzyka na płycie jest w miarę zwarta, posiada do pewnego stopnia zarysowane kształty, miejscami brzmi nawet tak jakby miała już wcześniej zaplanowaną konstrukcję, a jednak jest wciąż improwizacją, gdzie nie sposób znaleźć powtarzającego się dźwiękowego motywu więcej niż jeden raz. Mistrzostwo gatunku!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.