ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Yes ─ Relayer w serwisie ArtRock.pl

Yes — Relayer

 
wydawnictwo: Atlantic 1974
 
1. The Gates of Delirium (21:50)
2. Sound Chaser (9:26)
3. To Be Over (9:06)
 
Całkowity czas: 40:31
skład:
Jon Anderson – vocals/ Steve Howe – guitars and vocals / Chris Squire – bass and vocals / Patrick Moraz - keyboards/ Alan White – drums
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 3
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 4
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 6
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 8
Arcydzieło.
› 97

Łącznie 121, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
29.09.2011
(Recenzent)

Yes — Relayer

Topograficzne Oceany wzbudziły kontrowersje nie tylko wśród fanów i krytyków, ale także w samym zespole. Najbardziej niezadowolony był Rick Wakeman, któremu nie podobała się koncepcja albumu i który chciał powrotu do prostszej muzyki, a jako że Jon Anderson nie miał zamiaru rezygnować ze swoich koncepcji, Rick trzasnął drzwiami (decyzję na pewno ułatwił mu sukces drugiego już projektu solowego, Podróży do środka ziemi na podstawie powieści Verne’a).

Jego następcą miał zostać Vangelis, ale ostatecznie został nim Patrick Moraz skaperowany z grupy Refugee, która właśnie wydała swój jedyny, ale za to słusznie cieszący się statusem arcydzieła album. Styl Moraza zdecydowanie różnił się od stylu Wakemana i to miało mocno rzutować na ostateczny kształt Relayera; Rick grał „klasycznie”, Moraz – wychowany na jazzie i w młodości udzielający się w różnych jazzowych projektach – był dużo bardziej skłonny do szaleństw i improwizacji. W efekcie Relayer jest najbardziej awangardową i chyba najmniej przystępną w odbiorze płytą zespołu. Być może taki kształt albumu był reakcją na dość chłodne przyjęcie Oceanów, na których przeważały brzmienia „żeńskie”, sporo było instrumentów akustycznych i wpadających w ucho przyjemnych melodii?

 

Oczywiście to nie znaczy, że album został w całości zdominowany przez awangardowy hałas. Swoją strukturą przypominał Close To The Edge – jedną stronę wypełniają dwa „krótsze” utwory (około dziesięciu minut), z czego jeden bardziej liryczny, drugi bardziej dynamiczny, podczas gdy druga jest zajęta w całości przez magnum opus, stanowiące syntezę obydwu oblicz zespołu.

 

W przypadku Relayera tym  magnum opus jest oczywiście inspirowane Wojną i pokojem Tołstoja monumentalne Gates of Delirium, jeden z najwspanialszych (a z całą pewnością najdłuższy) utworów w historii grupy, stanowiący kolejne yesowe arcydzieło konstrukcji. Ośmiominutowe preludium rozpoczyna się dość sielankowo, z czasem pojawia się coraz więcej dysonansów, wreszcie – po ostatnim refrenie - przechodzi w instrumentalną sekwencję bitwy,  pełną zgrzytów, wybuchów i dźwiękowej kakafonii. I nagle... wszystko cichnie, w głębi pojawia się dźwięk orchestronu, a na jego tle Jon Anderson wyśpiewuje krystalicznie czystym głosem cudowną pieśń pokoju i nadziei. Soon to być może najpiękniejszy fragment muzyki kiedykolwiek nagrany przez Yes, i nie ma się co dziwić, że pojawił się na singlu, był grany w radiu i trafił na różne składanki; ale jego piękno brzmi naprawdę w pełni dopiero w kontekście całej suity, w kontraście do zgiełku poprzednich minut.

Jeżeli Relayer jest najbardziej awangardową i najmniej przystępną w odbiorze płytą w historii Yes, to The Sound Chaser jest jej najbardziej awangardowym fragmentem. Pierwsze kilka minut to jest czyste fusion: nie tylko Moraz gra jak Chick Corea, nie tylko White bębni w stylu, którego spodziewalibyśmy się raczej po Brufordzie, ale jako gitarzysta jazzowy objawia się Mr. Steve Howe. Ale Yes nie byłby sobą, gdyby tej improwizacji nie przełamał interludium w zupełnie innym nastroju – Howe wraca solówką już jak najbardziej w swoim stylu, tempo zwalnia, na chwilę pojawia się Anderson... po czym na ostatnie minut wracają instrumentalne improwizacje, acz nie tak zgiełkliwe jak na początku.

Po tych galopadach dźwięków ostatni utwór na płycie przynosi prawdziwe ukojenie. To Be Over to urokliwa piosenka, choć rozbudowana do dziewięciu minut, z wyjątkowo jak na Yes prostym i bezpośrednim tekstem. W ogóle na Relayerze teksty są mniej kosmiczne, mniej surrealistyczne i bardziej bezpośrednie niż na poprzednich płytach (no i jest ich mniej), a zakończenie To Be Over jest tak proste, że aż wzruszające:

 

After all your soul will still surrender

After all don't doubt your part

Be ready to be loved

 

Relayer to Ultima Thule Yes w ich podróży w krainę muzycznej progresji. Być może w tym składzie, z Morazem, w tym konkretnym momencie historycznym, byliby w stanie jeszcze płynąć dalej. Nigdy nie przestanę żałować, że tak się nie stało. Zamiast tego pojechali na chyba najwspanialszą w swojej historii trasę koncertową, nagrali płyty solowe, a potem... obudzili się w innej epoce muzycznej.

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl na Myspace.com ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2017 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.